Wilczyca (XXVII)
11 września 2026
Wilczyca
38 min
Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo kontrowersyjne sceny!
Rozdział XXVII – Obóz
Berlin, jesień 2010
Prosto z zajęć, jeszcze z torbą przerzuconą przez ramię, wsiadła do Fiata i ruszyła pod adres zapisany na wizytówce. Pracownia mieściła się na pograniczu Kreuzbergu i Neukölln – w tej części miasta, gdzie wszystko jest trochę na uboczu, a najbardziej charakterystyczne miejsca łatwo przeoczyć. Zaparkowała w bocznej uliczce. Kamienica była stara, wysoka, z bramą tak głęboką, że światło dnia ginęło po kilku krokach. Dopiero po chwili dostrzegła niewielką tabliczkę, niemal wtopioną w mur – bez logo, bez nazwy, tylko nazwisko i numer lokalu. Gdyby nie znała adresu, przeszłaby obok. Weszła do środka. Zapach skóry uderzył ją od razu – ciężki, ciepły, wyraźny, zmieszany z wonią olejów i czegoś metalicznego. Przestrzeń była niewielka: z przodu mały sklepik, raczej ekspozycja niż sklep w klasycznym sensie. Na ścianach wisiały skórzane elementy garderoby, pasy, rękawice, uprzęże, baty i akcesoria, wszystkie wykonane z tą samą dbałością o detale. Nic krzykliwego. Wszystko funkcjonalne, surowe, niemal ascetyczne. Dalej, za ciężką kotarą, musiała być pracownia. Zza niej wyszedł mężczyzna. Starszy, szczupły, o prostych plecach i nieco nerwowych ruchach. Siwe włosy miał zaczesane do tyłu, krótką brodę starannie przystrzyżoną. Ubrany był w ciemną koszulę i skórzany poplamiony fartuch – nie brudny, raczej intensywnie używany. Spojrzał na nią uważnie.
– Dzień dobry – powiedział spokojnie, niskim głosem. – W czym mogę pomóc?
– Dzień dobry. Szukam pana Wolfganga. Dostałam ten adres od pani Stern.
Mężczyzna uniósł wzrok znad stołu roboczego i uśmiechnął się, jakby dokładnie na to czekał.
– Ach. Eva uprzedzała mnie, że dziś przyjdziesz. – Otarł dłonie o skórzany fartuch. – Jestem Wolfi. Nie krępuj się, możesz tak do mnie mówić. Mamy mało czasu do piątku.
Nie czekając na odpowiedź, skinął głową w głąb pracowni i poprowadził ją na zaplecze. Przestrzeń zmieniła się z niewielkiego sklepiku w miejsce, które było jednocześnie pracownią krawiecką i warsztatem kaletniczym. Stoły robocze, ciężkie maszyny, rolki skóry w różnych odcieniach czerni i grafitu, metalowe elementy poukładane z aptekarską dokładnością. Wszystko miało swoje miejsce.
Przy jednej z maszyn siedziała kobieta. Skupiona, o czarnych włosach spiętych nisko i azjatyckich rysach twarzy. Zszywała właśnie długie płaty skóry, prowadząc materiał pewną ręką. Wolfi skinął w jej stronę. Kobieta podniosła wzrok, wstała i podeszła bliżej.
– Nie bój się – powiedział spokojnie. – Będzie cię mierzyła pani Linh. Wolę, żebyś czuła się komfortowo. Niech to zrobi kobieta.
Mierzenie przebiegło sprawnie, bez słów, z profesjonalną koncentracją. Taśma sunęła po ramionach, talii, biodrach. Kobieta zapisywała liczby i podawała je Wolfiemu.
Mężczyzna słuchał, marszcząc lekko brwi. Przez chwilę patrzył na notatki, potem na Paulinę, jakby zestawiał dane z obrazem.
– Chyba coś mam – powiedział w końcu.
Zniknął na moment między wieszakami i wrócił z jednoczęściowym strojem. Skóra była miękka, matowa, cięższa, niż się spodziewała.
– Proszę przymierzyć – dodał krótko.
Weszła do małej przymierzalni na zapleczu. Przestrzeń była ciasna, ale czysta, z lustrem od podłogi do sufitu. Założyła strój. Mundur był jednoczęściowy – coś pomiędzy uniformem a dopasowanym kombinezonem, luźniejszy w kroku, zapinany z przodu. Dopięła pas, poprawiła ramiona, wyszła.
Zatrzymała się przed lustrem.
Zobaczyła siebie: wyprostowaną, inną, wyraźniej zaznaczoną. Skóra układała się naturalnie, nie krępowała ruchów, a jednocześnie porządkowała sylwetkę. Wolfi uśmiechnął się krótko, z satysfakcją rzemieślnika.
– Tak myślałem. – Podszedł bliżej, zaznaczył kilka miejsc kredą, zapisał coś szybko w notesie. – Drobne poprawki. Jutro będzie gotowy.
Paulina wróciła do przymierzalni, przebrała się i oddała strój. Umówili się na odbiór następnego dnia, wieczorem.
Kiedy wyszła z przymierzalni, na blacie czekały już kolejne elementy. Skórzane oficerki
ustawione równo obok siebie, para prostych, czarnych rękawiczek i czapka ze skóry, stylizowana na oficerską. Na jej froncie, wyszyty srebrną nicią, widniał symbol identyczny z tym, który Paulina widziała na wizytówce Evy. Rozpoznała go od razu.
Przymierzyła buty. Leżały idealnie – ani za ciasne, ani za luźne, stabilne, pewne. Rękawiczki również pasowały bez zastrzeżeń, skóra miękko dopasowała się do dłoni. Wolfi tylko się uśmiechnął, z tym spokojem kogoś, kto nie musi niczego tłumaczyć.
– Lata praktyki – powiedział krótko.
Czapka także była dobra. Ułożyła się na głowie naturalnie, bez poprawiania, jakby od początku była szyta z myślą o niej.
Na koniec Wolfi skinął głową w stronę ściany, na której wisiały baty i pejcze – różne długości, różne sploty.
– Wybierz sobie – powiedział. – Polecenie Evy.
Paulina podeszła bliżej i zaczęła oglądać je uważnie. Przesuwała palcami po skórze, ważyła je w dłoni, sprawdzała elastyczność. Wtedy usłyszała jego głos za plecami:
– Nowa na Sklavenkamp?
Zarumieniła się lekko i przytaknęła.
Wolfi podszedł bliżej, sięgnął po jeden z pejczy. Był gruby, pleciony, z rozdwojoną końcówką przypominającą język węża. Podał go Paulinie.
– Ten – powiedział spokojnie. – Od razu pokażesz, kto rządzi. I wzbudzisz respekt. Zaufaj mi, wiem coś o tym.
– Był pan tam kiedyś?
– Dawne czasy, teraz to już nie to zdrowie. Ale jeśli Eva zaprosiła cię, musi widzieć w tobie coś szczególnego. Ona ma nosa do tych spraw i nie wybiera byle kogo.
Paulina wykonała kilka ruchów w powietrzu. Skinęła głową.
– Dziękuję, Wolfi. Będzie idealny.
Uśmiechnął się tylko, jakby dokładnie to przewidział.
– Polecam się.
Następnego dnia, późnym popołudniem, odebrała mundur. Leżał idealnie – choć już wcześniej wydawał jej się perfekcyjny, teraz miał w sobie coś ostatecznego, jakby został doprowadzony do formy, w której nie było już miejsca na poprawki. Wolfi podał go z tym samym spokojem, z jakim pracował.
– Powodzenia – powiedział, zapinając pokrowiec – I mam nadzieję, że jeszcze nie raz się zobaczymy.
Uśmiechnęła się krótko, dziękując. Wiedziała, że to nie była grzeczność.
Noc z czwartku na piątek była prawie bezsenna. Kręciła się w łóżku, raz odkrywając kołdrę, raz naciągając ją z powrotem, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Myśli wracały uparcie do wyjazdu, do drogi, do tego, co ją czeka. Przed snem sięgnęła jeszcze po regulamin miejsca. Był krótki, niemal ascetyczny w formie. Kilka punktów, bez komentarzy: absolutne posłuszeństwo wobec strażniczek, system kar, pełna dowolność i arbitralność w ich wymierzaniu. Zero wyjątków, zero wyjaśnień.
Czytała powoli, linijka po linijce. Poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz – nie strachu, raczej napięcia, które trudno było jednoznacznie nazwać.
Wstała w środku nocy. W mieszkaniu panowała cisza, Berlin spał. Podeszła do miejsca, gdzie leżał mundur. Wyjęła go ostrożnie, jak coś kruchego. Pogładziła skórę dłonią. Była chłodna, gładka, pachniała intensywnie, głęboko – zapachem, który natychmiast przywoływał obrazy i myśli. Stała tak chwilę, bez pośpiechu, pozwalając, by to uczucie się utrwaliło.
Zasnęła dopiero nad ranem. Sen był płytki, niespokojny, pełen urywków obrazów. Kiedy obudziła się, wiedziała jedno: odwrotu już nie było.
Spreewald, jesień 2010
Rano pojechała jeszcze na zajęcia, jakby to miał być zupełnie zwyczajny dzień. Dopiero pod koniec wykładu, gdy zamykała notes i chowała długopis, poczuła wyraźnie, że to tylko pozory. Na tylnej kanapie czekał już pokrowiec z mundurem, a w bagażniku torba, do której starannie spakowała oficerki, pejcz, rękawiczki i czapkę. Dorzuciła bieliznę termiczną, wygodne legginsy, ręcznik i kosmetyczkę – rzeczy praktyczne, niemal neutralne, jakby mogły zrównoważyć ciężar tego, co było najważniejsze.
Po drodze zabrała Bellę. Droga zajęła im kilkadziesiąt minut; miasto zostało za plecami szybciej, niż się spodziewała. Zjechała z autostrady, droga zwęziła się, krajobraz stał się spokojniejszy, bardziej sielski.
Dzień był słoneczny, ale chłodny. Niskie, jesienne słońce przebijało się przez korony drzew, rzucając złotawe refleksy na brukowany podjazd przed dworkiem. Zaparkowała na niewielkim parkingu i zgasiła silnik. Przez chwilę obie siedziały w ciszy, jakby chciały zapamiętać ten krótki moment zawieszenia – zanim wszystko ruszy dalej.
Bella pierwsza przerwała milczenie. Odwróciła się w jej stronę i mocno chwyciła za dłoń.
– Dasz radę – powiedziała cicho. – Kto, jeśli nie ty?
Ściskała jej palce jeszcze przez sekundę.
– Jesteś piękna. Zimna. Władcza. Bądź sobą. I bądź bezlitosna, a będą cię wielbili.
Paulina spojrzała przed siebie. Skinęła głową, powoli, jakby zamykała w sobie ostatnią wątpliwość. Wysiadła i rozejrzała się po okolicy. Gospodarstwo wyglądało jakby żywcem wyjęte z innej epoki – solidny, odnowiony dworek z klasyczną elewacją, symetryczny, spokojny w proporcjach, oraz kilka przyległych budynków gospodarczych z czerwonej cegły. Nic tu nie było przypadkowe, a jednocześnie nic nie sprawiało wrażenia teatralnej dekoracji.
W powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi i drewna. Cisza była gęsta, przerywana tylko odległymi dźwiękami – szelestem liści, krakaniem wrony, skrzypnięciem gdzieś w głębi podwórza.
Przestrzeń za zabudowaniami była uporządkowana, niemal surowa. W jednym z narożników stały dyby, obok dwa masywne, drewniane koziołki i solidne łoże z grubych belek, wyposażone w łańcuchy i metalowe obejmy na przeguby. Wszystko wyglądało na stare, ale zadbane. Na stojaku wisiały baty i trzcinki, poukładane według długości i grubości, jak narzędzia w warsztacie.
Po placu uwijał się mężczyzna w pomarańczowym drelichu. Na plecach miał wyraźny, czarny napis: SKLAVE. Przenosił coś z jednego miejsca na drugie, poruszał się szybko i bez słowa, jakby dokładnie wiedział, co ma robić i gdzie jest jego miejsce. Na widok kobiet tylko na moment spuścił wzrok i wrócił do swojej pracy.
– Wybrani ulegli pomagają nam tutaj. Thomas też ma dołączyć.
Bella zerknęła na Paulinę, obserwując jej reakcję, po czym ruszyła dalej. Otworzyła drzwi starej stodoły. W środku było chłodniej. Wzdłuż ścian stały małe klatki – proste, metalowe, ustawione w równych rzędach. Na środku kolejne dyby i koziołki.
– Tu będą spać nasi goście – rzuciła z lekkim śmiechem, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym.
Następnie przeszły do głównego budynku. Wnętrze było inne: cieplejsze, z grubymi murami i ciężkimi drzwiami. Otworzyła je pewnym ruchem, jak ktoś, kto zna każdy zakamarek. Panowała cisza. Kolejnych dwóch mężczyzn w drelichach pracowało w milczeniu: wynosili skrzynie, rozkładali jakieś narzędzia, przygotowywali sprzęt. Ukłonili się nisko, gdy dziewczyny przeszły obok.
– Widzisz jacy wytresowani? – powiedziała z uśmiechem, prowadząc Paulinę w głąb dworku.
Weszły po wąskich schodach na górę. Drewno cicho skrzypiało pod stopami, a światło było tu słabsze, bardziej punktowe. Na poddaszu ciągnął się krótki korytarz, z którego prowadziły drzwi do kilku niewielkich pokoików – prostych ale czystych i schludnych.
Spotkały dziewczynę w czarnych spodniach i krótkiej skórzanej kurtce. Miała jasne blond włosy, spięte niedbale, twarz usianą drobnymi piegami i spojrzenie kogoś, kto nie tylko zna to miejsce, ale czuje się w nim całkowicie swobodnie. Zatrzymała się na moment, mierząc Paulinę szybkim, ciekawskim spojrzeniem.
– Ciao – powiedziała Bella z uśmiechem. – To Paulina. Jej pierwszy raz.
Dziewczyna klasnęła w dłonie, szczerze rozbawiona, bez cienia ironii.
– Och, pierwszy jest zawsze niezapomniany – rzuciła i mrugnęła do Pauliny. Podeszła bliżej, podała jej dłoń.
– Jestem Hilde.
Paulina uścisnęła ją krótko, pewnie.
– Właściwie Hildegard, po babci – dodała dziewczyna po chwili, jakby dopiero teraz przyszło jej to do głowy. Uśmiechnęła się krzywo, ze specyficznym poczuciem humoru, które balansuje na granicy żartu i prowokacji.
– Wiem, idealne imię dla strażniczki obozowej, prawda? – rzuciła. – Cholera wie, co babcia robiła w czasie wojny.
Bella parsknęła śmiechem, a Hilde wzruszyła ramionami, jakby właśnie powiedziała coś zupełnie oczywistego, po czym ruszyła dalej korytarzem, mówiąc jeszcze, że nie może już doczekać się przyjazdu pierwszych uległych.
Weszły do jednego z pomieszczeń.
– To nasz pokój. Możesz się przebrać.
Paulina zaczęła się przebierać w mundur - skóra układała się na ciele dokładnie tak, jak powinna. Zapięła pas, włożyła oficerki. Na koniec rękawiczki i czapka – wszystko razem tworzyło spójną całość, w której czuła się zaskakująco pewnie.
Kiedy się odwróciła, Bella już na nią czekała również gotowa. Oparła się o framugę drzwi, przyglądając się z pobłażliwym uśmiechem.
– Nie zapomniałaś o czymś?
Uniósłszy lekko swój bat, spojrzała znacząco. Paulina odpowiedziała uśmiechem, sięgnęła do torby i wyjęła pejcz. Bella skinęła głową.
– Teraz jesteś gotowa. Pamiętaj – żadnej litości.
Otworzyła drzwi.
– Chodź. Przywitamy się z resztą dziewczyn, na parkingu było kilka samochodów.
Wyszły na zewnątrz. Promienie jesiennego słońca przedzierały się przez korony drzew, rzucając długie cienie na żwirowy plac przed zabudowaniami dawnego gospodarstwa. Powietrze było nieruchome, jakby przyroda wstrzymała oddech przed zbliżającym się spektaklem.
Na placu, nieopodal starej stodoły przerobionej na budynek z celami, stały trzy kobiety. Ubrane w mundury, wyglądały jak przedsionek innego świata – świata, w którym siła i kontrola przyjmowały elegancką, wyrafinowaną formę.
Bella szła pewnie i swobodnie, trzymając w dłoni pejcz, który lekko kołysał się przy każdym kroku. Paulina, idąc obok, czuła jak kombinezon układa się na jej ciele, jak podkute podeszwy kozaków wbijają się w żwir. Wyglądała, jakby stworzono ją specjalnie do tej roli.
Zbliżając się do grupy kobiet, Bella uśmiechnęła się szeroko i powiedziała półgłosem:
– Czas się przywitać z koleżankami.
Podeszła do dziewczyn i powiedziała.
- Dziewczyny, to Paulina - część z was już ją poznała, to ta nasza zdolna studentka, która męczyła nas pytaniami i wyciągała z nas różne mroczne sekrety.
Jako pierwsza podeszła do nich Greta – pochodząca z Norwegii, wysoka, szczupła blondynka o arystokratycznych rysach i urodzie godnej niemieckich filmów propagandowych z lat trzydziestych XX wieku.
– Paulina, miło cię widzieć w nowej roli. Twoje pytania podczas wywiadu były wyjątkowo trafne. Teraz przekonamy się, czy równie celnie bijesz batem.
– Postaram się nie zawieść.
– Tego się nie obawiam. Masz to w oczach.
Następna była Carolina – średniego wzrostu hiszpanka, o lśniącej cerze i ostrym spojrzeniu. Jej ciemne loki opadały na ramiona.
– Paulina! – zawołała i przytuliła ją lekko. – Naprawdę się cieszę, że jesteś z nami. Już podczas naszych rozmów czułam, że kiedyś staniesz po tej stronie, to była tylko kwestia czasu i fajnie, że przyjęłaś propozycję Evy.
– Nie sądziłam, że się na to kiedykolwiek zdecyduję.
– To siedzi w tobie głębiej, niż myślisz – powiedziała Bella.
Na końcu stała Noëmi – jedyna, której Paulina dotąd nie poznała. Piękna niesamowitej urodzie, oliwkowej skórze, wysokich kościach policzkowych i lekko afrykańskich rysach. Jej czarne, kręcone włosy spięte były w ciasny kok.
– Noëmi – powiedziała, uścisnąwszy dłoń Pauliny. – Więc to pierwszy raz?
– Tak. Ale cieszę się, że tu jestem. Z każdą chwilą coraz bardziej.
Dziewczyna lekko się uśmiechnęła, przelotnie mierząc ją od stóp do głów.
– Zobaczymy, jak poradzisz sobie z ciszą i krzykiem. I z tym, co pomiędzy. Gdybyś cokolwiek potrzebowała to zwracaj się z tym bezpośrednio do mnie albo do Belli. Evy nie będzie z nami tym razem.
Kolejne dziewczyny dołączały do nich. Każda była inna, ale wszystkie łączył ten sam spokój i pewność siebie, jakby dokładnie wiedziały, po co tu są. Któraś poprawiała jeszcze włosy, inna zapinała pasek. Rozmowy urywały się same.
W końcu na środek wyszła Noëmi. Stanęła przed nimi pewnie, z rękami splecionymi z tyłu, spojrzeniem obejmując całą grupę.
– Eva kazała przeprosić – powiedziała rzeczowo. – Nie czuje się dziś najlepiej. Przejmuję jej obowiązki.
Nie było pytań ani komentarzy. Kilka dziewczyn skinęło głowami, przyjmując to jak oczywistość.
Noëmi przesunęła spojrzeniem po twarzach, aż zatrzymała się przy Paulinie.
– Dla tych, które jeszcze nie miały okazji – dodała – to jest Paulina. Nasza piękna studentka, a mam nadzieję, że od dziś również koleżanka.
Kilka uśmiechów pojawiło się na twarzach. Paulina skinęła głową, czując na sobie uwagę całej grupy.
– Przypominam zasady – ciągnęła, a jej głos stwardniał. – Obowiązują bez wyjątków. Egzekwujemy je surowo. Nie ma miejsca na improwizację ani na litość. Każda z nas odpowiada za porządek i dyscyplinę.
Zapadła cisza.
– Władza jest kobietą! Zero litości!
– Władza jest kobietą – powtórzyły pozostałe, niemal jednocześnie.
Słowa odbiły się echem w przestrzeni. Paulina poczuła, że to już się zaczęło.
Gdzieś od strony drogi, w oddali rozległ się dźwięk silnika. Nadjeżdżający samochód oznaczał, że spektakl za chwilę się rozpocznie. Odruchowo zacisnęła dłoń na rękojeści pejcza. Czuła w piersi ciche, równomierne bicie serca.
Była gotowa.
Paulina i Isabella stały razem z pozostałymi kobietami na szerokim, utwardzonym placu między budynkami gospodarstwa. Popołudnie zaczęło robić się chłodne – powietrze pachniało lasem i wilgotną ziemią. Skórzane mundury błyszczały delikatnie w szarawym świetle. Paulina, choć z zewnątrz opanowana, czuła pod skórą lekkie napięcie – ekscytację i zaciekawienie, które pojawiało się, ilekroć miała do czynienia z nowym doświadczeniem.
Zza rogu budynku wyłonił się czarny Volkswagen Transporter, który wjechał na dziedziniec. Silnik zamilkł, drzwi przesunęły się z charakterystycznym trzaskiem. Z wnętrza pojazdu zaczęli wychodzić mężczyźni – jeden po drugim, powoli, ostrożnie. Wszyscy mieli na oczach materiałowe worki, przez co poruszali się niezdarnie, wystawiając ręce, by nie natknąć się na przeszkody. Jeden z nich niemal potknął się o stopień, ale szybko odzyskał równowagę.
– Ustawić się w szeregu! – zawołała Noëmi, stanowczym i pewnym tonem.
Głos kobiety rozbrzmiał wyraźnie nad placem. Mężczyźni, choć jeszcze niepewnie, zaczęli formować rząd. Kilku z nich korygowało swoje położenie, wyczuwając obecność innych ramieniem lub łokciem. Wciąż mieli zasłonięte oczy.
– Rozebrać się.
Polecenie zostało wykonane niemal natychmiast. Bez słowa sprzeciwu, zaczęli się rozbierać – powoli, mechanicznie, jakby wykonywali dobrze znany rytuał. Ruchy były uważne, jakby każdy z nich chciał pokazać posłuszeństwo już od pierwszych chwil. Ubrania układali w równych stosach przy swoich nogach. W końcu wszyscy stali w równym szeregu, nago, boso, na chłodnym, lekko wilgotnym żwirze. Ich ciała były różne – jedni szczupli, drudzy bardziej muskularni, jeszcze inni z widoczną tkanką tłuszczową – każdy z nich miał założoną obrożę i klatkę chastity. Wyraźnie odbijały się w świetle popołudnia – niektóre z metalu, inne z czarnego lub przezroczystego silikonu – obejmowały genitalia, symbolizując uległość, oddanie i pełne podporządkowanie zasadom panującym na tym miejscu. Ciała wielu z nich nosiły ślady wcześniejszych sesji – delikatne zaczerwienienia, lekkie otarcia, czasem ledwo widoczne pręgi. Stali wyprostowani, z rękoma splecionymi z tyłu, jakby chcieli powiedzieć: „Jesteśmy gotowi.” Ich nieruchome postacie kontrastowały z wyglądem kobiet, które ich obserwowały. Każdy z nich wiedział, że to początek weekendu, który całkowicie wyjmie ich z codzienności i przekaże w ręce pięknych i bezwzględnych oprawczyń.
– Zdjąć worki! – padło spokojnie z ust Noëmi.
Zasłony zsunęły się z twarzy. Ich oczy przez chwilę mrużyły się od światła zachodzącego słońca. Niektórzy rozglądali się dyskretnie ale szybko opuścili wzrok. Zapanowała cisza, ciężka od napięcia. Wtedy do szeregu podeszła Isabella. W dłoni miała cienki, czarny pejcz, który lekko wirował, gdy poruszała nadgarstkiem. Podeszła do jednego z mężczyzn i przez chwilę przypatrywała mu się.
– Masz stać na baczność, z wyprostowanymi plecami.
Jej głos przeciął powietrze jak ostrze. Gdy nieco się poruszył, uniosła bicz i uderzyła go w bok uda.
Paulina obserwowała to z dystansu, czując, jak ogarnia ją znajome podniecenie. Powoli wchodziła w rolę, która choć nowa, zdawała się zadziwiająco naturalna. Greta zrobiła krok do przodu, sprawdzając ustawienie. Isabella i Hilde przejęły inicjatywę. Krążyły powoli wzdłuż szeregu, chłodnym wzrokiem omiatając każdą sylwetkę. Ich buty uderzały o ziemię z jednostajnym rytmem, który sam w sobie brzmiał jak polecenie.
– Wyprostuj plecy – rzuciła Bella chłodno, wskazując pejczem jednego z mężczyzn.
Uderzenie przyszło po chwili. Niski świst, odgłos kontaktu z plecami, stłumiony jęk. Greta stanęła przodem do szeregu nagich, skulonych nieco uległych i powiedziała krótko, sucho, bez emocji:
– Pozycja pompki.
Więźniowie niepewnie opuścili się na ziemię. Ich dłonie zetknęły się z chłodnym podłożem, a kolana szybko zostały uniesione. Kilku zrobiło to z opóźnieniem. Greta od razu zauważyła:
– Ty! – Jej pejcz przeciął powietrze i wylądował z głośnym plasknięciem na plecach jednego z nich. Drgnął, ale nie zaprotestował. Po prostu naprężył mocniej mięśnie, próbując wytrzymać ból.
– Trzydzieści – powiedziała Hilde, przechadzając się wolno wzdłuż szeregu, spokojnym, niemal niedbałym krokiem.
– Tempo podam ja.
Uniosła rękę i zaczęła liczyć.
– Raz. Dwa. Trzy...
Każde słowo oznaczało jedno pełne ćwiczenie. Ulegli poruszali się synchronicznie, z coraz większym wysiłkiem. Pejcze obijały się o ciała tych, którzy spóźniali się choćby o ułamek sekundy. Każda z kobiet wiedziała dokładnie, gdzie trafić, jak uderzyć aby zadać odpowiedni ból.
– Jesteście tu tylko po to, by służyć i wykonywać polecenia. Bez myślenia. Bez pytania.
Po zakończeniu serii padła kolejna komenda – przysiady. Tym razem Bella stanęła naprzeciw grupy, obserwując dokładnie ich twarze. Każdy, kto zwlekał choćby pół sekundy, był karcony uderzeniem. Ruchy uległych stawały się coraz bardziej ciężkie. Paulina, stojąc z boku, obserwowała całą scenę z narastającym podnieceniem. Dostrzegała mechanikę tego wszystkiego – hierarchię, rytuał. Czuła, jak narasta w niej gotowość, by za chwilę dołączyć. Jej dłoń znowu przesunęła się nieznacznie na rękojeści pejcza, który trzymała lekko pochylony w dół. Jeszcze czekała. To był wciąż dopiero początek.
Na placu zapadła chwilowa cisza, przerywana jedynie ciężkimi oddechami pierwszej grupy mężczyzn, którzy skończyli właśnie serię przysiadów. W tym samym momencie w bramie pojawił się kolejne dwa samochody – tym razem były to dwa identyczne, srebrne Volkswageny Caravelle. Gdy wtoczyły się wolno na dziedziniec, Noëmi zerknęła w stronę Pauliny i Caroliny.
– Chodźcie.
Czując jak w jej ciele znów rozlewa się dobrze znane napięcie, kiwnęła głową i ruszyła razem z pozostałymi dwiema dominami w kierunku pojazdów. Gdy drzwi się otworzyły, zaczęli wysiadać kolejni mężczyźni – podobnie jak poprzednicy, mieli worki na głowach i poruszali się z lekkim zawahaniem. Ich stopy uderzały o żwir, kolana drżały lekko – czy to z chłodu, czy z napięcia – a dłonie szukały punktów odniesienia w przestrzeni.
Padł rozkaz i zaczęli ustawiać się w nierównym szeregu.
– Rozbierać się – rzuciła stanowczo Carolina.
Sprawnie, choć nie bez pewnej niezdarności, nowi przybysze zaczęli ściągać z siebie ubrania. Buty, spodnie, koszule. Kiedy byli już nadzy, a chłodne powietrze musnęło ich ciała, padła kolejna komenda:
– Worki z głów.
Posłusznie wykonali polecenie, mrużąc oczy.
Wtedy Paulina zauważyła jednego z nich – starszego, z lekko zgarbioną postawą, niepewnym spojrzeniem. Stał źle. Zamiast przyjąć wyprostowaną pozycję z rękami splecionymi za plecami, miał dłonie spuszczone wzdłuż ciała, a kolana lekko ugięte.
Zaczęła powoli iść w jego stronę. Zauważył ją kątem oka i drgnął, jakby przeczuwając, że nieświadomie popełnił jakiś błąd. Zatrzymała się tuż przed nim.
– Głowa prosto. Ręce za plecy. Klatka wypięta – wysyczała z taką intensywnością, że jej ton przeszył powietrze mocniej niż krzyk.
Próbował się poprawić, ale zrobił to niezgrabnie, wciąż nie do końca spełniając oczekiwania. Bez słowa uniosła rękę, a jej bat przeciął powietrze i zatrzymał się na jego ramieniu. Nie był to przypadkowy ruch – uderzenie było precyzyjne, szybkie i bardzo mocne. Uległy aż zachwiał się ma nogach.
– Mam cię na oku. Następnym razem – powiedziała chłodno – będzie bolało jeszcze bardziej.
Potem odwróciła się i wróciła do szeregu strażniczek, nie oglądając się za siebie. Za jej plecami, mężczyzna przyjął wreszcie prawidłową pozycję – jakby nagle uświadomił sobie, że nie przyjechał tu na wycieczkę.
Noëmi przeszła wolno wzdłuż ustawionego szeregu nagich uległych, zatrzymując się co kilka kroków, by przyjrzeć się każdemu z nich. Jej wzrok był chłodny i badawczy, jakby oceniała materiał do tresury.
– Zaczynacie od przysiadów. Równo. Na mój znak. Jak ktoś będzie się ociągał, poczuje to bardzo szybko.
Zaledwie chwilę później padła komenda:
– Raz!
Szereg zadrgał. Ciała zaczęły się poruszać w dół, niektóre z lekkością, inne – niezdarnie.
– Dwa!
Jeden z nich zachwiał się i zamiast zejść do końca, zamarł w półruchu.
– Co to ma być? – syknęła Paulina i natychmiast znalazła się przy nim. Szybkim ruchem zadała uderzenie w udo – donośny dźwięk odbił się echem po placu.
– Przysiad! Nie przyjechałeś tu odpoczywać!
Obok niej jedna z domin pochylała się już nad innym, który miał problem z rytmem, bijąc go po całym ciele.
– Ruch ma być płynny, nie jak u jakiegoś paralityka! Góra, dół, góra, dół, wykonać!
– Więcej życia! – rzuciła Noëmi. – Jak się nie ogarniecie, będziecie powtarzać do skutku!
Kiedy jeden z uległych sapnął z wysiłku i nie zdążył wykonać kolejnego przysiadu, Carolina podeszła do niego i wymierzyła mu kilka szybkich razów.
– Milcz i ćwicz! Nikt cię tu nie pyta, jak się czujesz.
Paulina poczuła, jak coś w niej się zmienia. Obserwowała tę scenę nie tylko z fascynacją – ale też z pewną satysfakcją. Czuła ciężar pejcza w dłoni. Czuła zapach potu i ciepło bijące od ciał mężczyzn. Ściskała jeszcze mocniej rękojeść, gotowa do kolejnej reakcji. Wiedziała, że nie zawaha się już ani przez moment. Jej wzrok padł na jednego z niewolników po lewej stronie – wysoki, szczupły, z dłońmi drżącymi w rytm nierównych ćwiczeń. Od początku nie radził sobie z tempem, jego ruchy były chaotyczne, zbyt płytkie, spóźnione o ułamek sekundy. W końcu zrobiła krok do przodu.
– Ty! Wyjdź z szeregu – powiedziała chłodno, wskazując pejczem.
Spojrzał zaskoczony, jakby nie był pewien, że to do niego. Dopiero drugie, ostrzejsze – Już! – poderwało go do posłuszeństwa.
Podeszła bliżej. Stanęła naprzeciwko, nie spuszczając wzroku z jego twarzy.
– Nogi szerzej. Ręce splecione za karkiem. Plecy prosto. – mówiła tonem pewnym, nieznoszącym sprzeciwu.
Gdy wykonał polecenie, poprawiła mu ustawienie dłoni i kolan, po czym odsunęła się na krok. Przez moment nic się nie działo – jedynie lekki podmuch wiatru poruszył kosmyk jej włosów. Potem uniosła rękę. Pierwszy raz spadł z suchym świstem. Kolejny zaraz po nim – równy, wymierzony z siłą i precyzją. Pejcz lądował kolejno na udach, plecach i pośladkach mężczyzny, pozostawiając po sobie wyraźne, czerwone ślady. Biła pewnie i mocno. Ani razu nie zwolniła tempa. Każde uderzenie było wyraźnym komunikatem: to ona tutaj rządzi. Kiedy skończyła, zatrzymała się na moment, wpatrując się w jego drżące ciało.
– Teraz wróć do szeregu i pokaż, że potrafiłeś się czegoś nauczyć.
Kiwnął głową i posłusznie wrócił na miejsce. Odetchnęła spokojnie. Czuła się coraz pewniej – jakby ten świat, ten rytm i ta rola od dawna były dla niej naturalne.
Bella podeszła i rzuciła z uśmiechem:
– Ładnie. Bardzo ładnie.
Odpowiedziała krótkim uśmiechem. W tej ciszy, którą przerywały jedynie komendy, świszczące raz po raz pejcze i przyspieszone oddechy więźniów, czuła, jak budzi się w niej pasja – nie tylko do przemocy, ale również do pełnej kontroli, do prowadzenia świata na swoich zasadach. Na chwilę przymknęła oczy. Usłyszała zgrzyt jakiegoś metalu, dźwięk łańcucha sunącego po stalowym haku, gdzieś w tle warkot silnika agregatu. Wszystko to tworzyło tło – surowe, pozbawione emocji, kontrastujące z intensywnością tego, co działo się pomiędzy kobietami a ich podopiecznymi.
Kiedy znów otworzyła oczy, zobaczyła, jak jeden z niewolników klęka z wyczerpania. Próbował unieść się, ale jego ręce zadrżały. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, była już przy nim.
– Wstań. – Jej głos nie był głośny, ale niósł się czysto i niepodważalnie przez dziedziniec.
Mężczyzna spojrzał na nią błagalnym wzrokiem, próbując z wysiłkiem wykonać polecenie. Paulina nie odwracała wzroku. Uniosła pejcz.
– Kazałam ci wstać!
Uderzenie było szybkie i czyste. Dokładnie takie, jakie powinno być – dyscyplinujące. Uległy wstał, a w jego oczach błysnęła rezygnacja. Właśnie to chciała zobaczyć. Cofnęła się o krok, obserwując go jeszcze przez chwilę, po czym powoli odwróciła się na pięcie.
Ćwiczenia fizyczne zakończyły się, ale nikt nie dostał szansy na odpoczynek. Gdy ostatni przysiad dobiegł końca, kobiety zaczęły formować grupy. Każda z nich wybierała kilku, nie wyjaśniając zasad. Wystarczył gest dłoni, spojrzenie, lekkie skinienie głowy. Reagowali natychmiast – nie było potrzeby słów.
Strażniczki ustawiły się w pięciu punktach dziedzińca. Do każdej z nich dołączyło po kilku uległych. Każda grupa otrzymała inne zadania – pozornie proste, fizyczne, ale skonstruowane w taki sposób, by nie miały końca. Celem nie była wydajność, lecz bezwarunkowe posłuszeństwo, powtarzalność, upokorzenie, zmęczenie i sprawdzian dyscypliny.
W grupie Pauliny mężczyźni otrzymali jutowe worki, które mieli napełnić piaskiem, a następnie przenieść do dużej, drewnianej skrzyni i opróżnić zawartość. Kiedy skrzynia się zapełniła – Paulina tylko wskazywała pejczem. W odpowiedzi musieli wsypać piasek gołymi rękami z powrotem do worków – ziarnko po ziarnku, bez pomocy żadnych narzędzi – i zanieść go do innej skrzyni po drugiej stronie dziedzińca. Gdy druga skrzynia się zapełniała, proces zaczynał się od nowa.
Ręce drżały, paznokcie wbijały się w ziarnisty piasek, pył osiadał na ciałach drażniąc i wysuszając dłonie. Piasek był zimny, wilgotny, ciężki. Ale nie to było najgorsze – najgorszy był bezsens zadania i świadomość, że nie ma końca. Gdy tylko ktoś zwolnił tempo, natychmiast biła lub kopała.
Czasem przechodziła między nimi powoli, zatrzymując się nad tymi, którzy pracowali zbyt wolno, czasem tylko uderzała batem o cholewkę buta, powodując, że drżeli ze strachu i przyspieszali ruchy, a czasem odzywała się chłodno:
– Nie przestawaj. Pracuj.
Z każdą minutą czuła coraz większe podniecenie. Władza, upokarzające ćwiczenia, zadawanie bólu. Ona w nieskazitelnym stroju i nadzy brudni niewolnicy. Ten kontrast ją napędzał i nakręcał.
W tym samym czasie ulegli z grupy Grety nosili wiadra z wodą. Punkt A: studnia. Punkt B: metalowa balia oddalona o trzydzieści metrów. Gdy woda w balii osiągała określony poziom, odwracała ją jednym, zdecydowanym ruchem, wylewając całą zawartość na żwir. I znów – od nowa. Wyczerpani, mokrzy, brudni od błota, z dłoniami otartymi od uchwytów wiader, kontynuowali bez słowa.
Carolina nadzorowała noszenie kamieni. Dużych, nieregularnych, ostrych. Zadanie polegało na zbudowaniu równych stosów – według dokładnych instrukcji co do wysokości, kolejności ułożenia, symetrii. Gdy stos był gotowy – wskazywała inny punkt placu, a mężczyźni musieli zdemontować konstrukcję i rozpocząć od nowa. Ich dłonie drżały, plecy bolały, ramiona piekły od napięcia – ale nikt nie ośmielił się zwolnić tempa.
Bella i dwie inne dziewczyny, pilnowały grupy idącej w kieracie. Zaparci o drewniane bale, obracali kołem. Kobiety krążyły wśród nich. Ich buty uderzały rytmicznie o ziemię. Pejcze świszczały w powietrzu, trafiały celnie – w plecy, w pośladki, w genitalia lub w uda. Co jakiś czas Noëmi używała gwizdka i grupki zamieniały się zadaniami.
Czas płynął inaczej. Minuty zlewały się w godziny. Więźniowie byli przemoknięci od potu i wody, ich ciała zaczynały się poddawać. Ale żaden z nich nie zaprzestał pracy. Ich oczy wbite były w grunt, oddechy płytkie, mięśnie napięte do granic wytrzymałości. W końcu, po trzech godzinach powtarzalnych, wyczerpujących zadań, padła komenda do przerwania prac. Dźwięk gwizdka przeszył plac jak wybawienie, choć nikt nie odważył się okazać ulgi. Mężczyźni, nadzy, brudni, wyczerpani do granic możliwości, z trudem zebrali się w wyznaczonym miejscu – na środku dziedzińca. Byli mokrzy od potu, skóra nosiła ślady błota, piasku, a na plecach i udach malowały się wyraźne pręgi po pejczach – niektóre różowe, inne ciemniejsze, czerwone, świadczące o powtarzających się uderzeniach. Kolana wielu z nich były otarte, łokcie zabrudzone, dłonie drżały. Niektórzy z trudem stali – kołysali się lekko, próbując utrzymać równowagę. Ale nikt nie ośmielił się usiąść.
Kobiety stanęły naprzeciw nich w luźnym półokręgu. Ich sylwetki były wyprostowane i eleganckie, mundury nieskazitelne, rękawiczki i buty wciąż lśniące. Spoglądały na swoich uległych z rozbawieniem.
– No, nieźle wyglądają – rzuciła Bella, uśmiechając się pod nosem. – Jakby przetoczył się po nich huragan i zostawił tylko wstyd i błoto.
– Nie zaszkodzi im trochę ćwiczeń. Zobacz jacy posłuszni – dodała Hilde, zerkając na jednego z mężczyzn, który trząsł się z wyczerpania, ale nadal stał w idealnie wyprostowanej pozycji. – Widać, że zaczynają rozumieć.
– Myślisz, że któremukolwiek z nich przyszłoby do głowy zapytać, po co to wszystko? – zapytała Noëmi ironicznie.
– Nie muszą wiedzieć – odpowiedziała Greta. – Mają czuć. Ma ich boleć. Mają cierpieć.
Paulina nic nie mówiła. Stała lekko z boku, z rękami skrzyżowanymi na piersi, przesuwając wzrokiem się po sylwetkach uległych. Każda blizna, każdy otarty łokieć, każde drżące udo było ucztą dla jej oczu. W jej wnętrzu rosło poczucie kontroli. Głębokie, spokojne, satysfakcjonujące. Nie musiała krzyczeć. Nie musiała wymachiwać pejczem. Sama jej obecność wystarczała, by trzymali głowy nisko. Ta świadomość była coraz bardziej elektryzująca. Miała władzę – czystą, bezwzględną, niemal nieograniczoną. Patrząc na nich, poczuła coś, czego wcześniej nie znała, coś głębszego. instynktownego. Uśmiechnęła się.
Po zbiórce nadszedł czas na kąpiel. Mężczyźni zostali ustawieni w rzędach przy bocznej ścianie stodoły. Każdy z nich otrzymał kawałek szarego, twardego mydła. Woda z węża ogrodowego była zimna. Strumień uderzał w ciała z siłą, która nie pozostawiała wątpliwości co do intencji – to nie było mycie. To była demonstracja władzy. Oczyszczenie z brudu – fizycznego i symbolicznego.
Strażniczki śmiały się głośno pokazując sobie palcami niewolników. Każdy musiał się samodzielnie namydlić, a potem, na komendę, przyjąć pozycję i czekać na strumień wody.
Ciała lśniły od wody, skóra czerwieniała, pory zaciskały się pod wpływem chłodu. Wokół panowała cisza przerywana oddechami i syknięciami – z zimna, ze wstydu, z bólu.
Po umyciu się, każdy otrzymał drelich – szorstki, pomarańczowy, z dużym czarnym napisem SKLAVE na plecach. Ubrania były jednakowe, bez różnic, bez wyjątków. Uniformy nie służyły ochronie – były symbolem. Ich założenie było jak zapięcie kajdan. Kiedy wszyscy byli już ubrani, przyszła pora na ostatni etap.
– Do środka – wydała polecenie Greta.
Pejcze znów poszły w ruch – mocno i zdecydowanie. Uderzenia miały tempo, rytm, wyznaczały drogę. Zostali wprowadzeni do wnętrza starej stodoły, gdzie czekały na nich stalowe klatki. Zostali umieszczeni po cztery osoby w każdej – ciasno, bez możliwości wyprostowania nóg. Klatki były niekomfortowe, z niskim sufitem, chłodne i wilgotne od starych desek i betonu pod spodem.
Zamki zatrzasnęły się jeden po drugim. Stodoła wypełniła się szelestem zamykanych krat i ciężkimi oddechami. Na koniec podano im skromny posiłek. Niewolnicy, których Paulina zobaczyła na początku przynieśli metalowe miski z jedzeniem i po butelce wody. Bez łyżek. Więźniowie musieli jeść rękami.
Kobiety stały przez chwilę przed wejściem, spoglądając rozbawione na swoje dzieło.
– No, teraz mają chwilę odpoczynku, ale tylko chwilę. Po kolacji znów zajmiemy się nimi – rzuciła Bella, poprawiając rękawiczkę.
Paulina spojrzała na jedną z klatek. Twarze niewolników były przygaszone, oczy spuszczone, ciała skulone. Czuła satysfakcję. To była jej przestrzeń. Jej reguły. Jej świat.
Ulegli mieli zakaz odzywania się do siebie. Światło przygasło. W chłodnym wnętrzu stodoły słychać było tylko przyspieszone oddechy i ruch ciał w zbyt ciasnych klatkach.
Dziewczyny przeszły przez dziedziniec do oświetlonego dworku. Ciepło bijące z wnętrza kontrastowało z chłodem placu. W holu czekało już trzech nagich uległych, z nisko spuszczonym wzrokiem i rękami splecionymi za plecami. Mimo skórzanej maski, Paulina od razu rozpoznała Thomasa, który ugiął się lekko w eleganckim ukłonie i puścił jej oko.
Salon był starannie przygotowany – długi stół nakryty obrusem, delikatna porcelana, srebrne sztućce. Zapach pieczonej polędwicy i czerwonego wina unosił się w powietrzu. Spojrzała na dwóch pozostałych mężczyzn – podobnie jak Thomas, poruszali się w milczeniu, wykonywali polecenia tak szybko, jakby wyczuwali potrzeby, jeszcze zanim zostały wypowiedziane.
– Niewolnicy osobiści – pomyślała. – Niektóre dziewczyny mają szczęście.
To nie było jednak zaskoczenie. To był logiczny porządek rzeczy w tym świecie. Siedząc przy stole, obserwowała, jak uległy partner Belli nalewa jej wino, a potem spokojnie odchodzi, by zająć się kolejnym zadaniem. Był uważny, cichy, dokładny i subtelny. Pomyślała o Andrzeju. O jego spojrzeniu, o delikatności, z jaką kiedyś całował jej dłonie i stopy. O jego nabożnym oddaniu, o tym, jak patrzył na nią, gdy zakładała po raz pierwszy catsuit. Ale po chwili ten obraz zniknął. Zdmuchnięty jednym zdecydowanym przekonaniem.
– Nie – pomyślała. – Nie odnalazłby się tutaj.
Zbyt miękki. Zbyt zakochany w idei, a nie w dyscyplinie.
Podniosła kieliszek, przymknęła oczy i upiła łyk wina. W ustach rozlała się gorycz owocu i ciepło alkoholu. Spojrzała na siedzące obok dziewczyny, które właśnie wymieniały uwagi o dzisiejszych ćwiczeniach. Śmiała się razem z nimi – szczerze. Bo ten świat był już jej. I czuła, że zostanie w nim na długo.
Po kolacji podeszła do niej Noëmi.
– Chodź. Zabawimy się.
Nie zapytała o nic. Wstała od stołu i ruszyła za nią, czując w sobie dobrze już znane napięcie. Noc była chłodna, a żwir chrzęścił cicho, kiedy szły przez dziedziniec w stronę stodoły. Wewnątrz panował półmrok, jedynie pojedyncza lampa zawieszona pod belką rzucała słabe światło na klatki.
Zatrzymała się przy jednej z nich. Wewnątrz, skuleni, zmęczeni, siedzieli mężczyźni. Nachyliła się nieco i wskazała palcem jednego z nich.
– Ty. Powiedz, kto naruszył ciszę, a dostaniesz nagrodę.
Mężczyzna uniósł wzrok. Był blady, jego oddech przyspieszył.
– Nie wiem, pani strażniczko.
Uśmiechnęła się krótko.
– A ja myślę, że wiesz.
Otworzyła drzwiczki klatki.
– Wyjdź.
Wypełzł niepewnie. W rogu stodoły stały dyby – stare, masywne. Podeszła do nich pewnym krokiem. Paulina obserwowała całą sytuację w milczeniu.
– Rozbierz się. Zdjął szybko drelich, ciało nosiło już liczne ślady.
– Głowa i ręce!
Nie śmiał się opierać. Włożył dłonie i szyję w otwory. Drewno zatrzasnęło się z głuchym trzaskiem. Noëmi wzięła cienką trzcinową rózgę i spojrzała na Paulinę.
– Zasada jest prosta. Kłamstwo kosztuje.
Uniosła ją i z rozmachem uderzyła. Świst, potem głośny jęk. Drugie uderzenie spadło jeszcze mocniej.
Po dwudziestym uderzeniu przerwała. Otworzyła dyby. Więzień założył drelich i powłócząc nogami wrócił do klatki.
– Kto kłamie, będzie płacił bólem – rzuciła w stronę pozostałych.
Odwróciła się do Pauliny i zapytała szeptem:
– Gotowa ?
Paulina bez słowa podeszła do jednej z klatek. Przez chwilę patrzyła w milczeniu na skulone sylwetki, aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na jednym z mężczyzn.
– Ty! – powiedziała chłodno. – Masz mi coś do powiedzenia?
Mężczyzna uniósł głowę. Jego twarz była zmęczona, policzki zapadnięte, ciało napięte.
– Nie, pani strażniczko, nikt nie naruszył ciszy.
– Nie wierzę ci. Wyjdź.
Ton nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Drzwiczki klatki otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a uległy niepewnie wypełzł na zewnątrz. Wskazała na drewniany koziołek stojący nieopodal – prostą, solidną konstrukcję z grubymi pasami i wyżłobieniem na tułów.
– Rozbierz się i właź.
Zdjął swój strój i wspiął się. Jego dłonie i kostki zostały sprawnie przypięte pasami, unieruchamiając go w pozycji z wypiętymi pośladkami i napiętym kręgosłupem. Nie spieszyła się. Odeszła na kilka kroków i sięgnęła po trzcinkę – grubą, ciężką i długą.
Poruszyła kilka razy nadgarstkiem. Rózga zaświszczała w powietrzu jak zwiastun nadchodzącej kary. Mężczyzna próbował nie drżeć, ale jego ramiona napinały się mimowolnie. I wtedy spadł pierwszy raz.
Ciszę stodoły przeciął ostry, brutalny świst – a zaraz po nim przenikliwy krzyk. Dźwięk odbił się echem od drewnianych ścian. Stała skupiona, chłodna, opanowana. Uniosła rękę raz jeszcze. Krzyk powtórzył się – tym razem głębszy, jakby ciało i umysł zaczęły pojmować, co się właśnie dzieje. Wiedziała, że to jest ten moment. Każde uderzenie miało znaczenie. Każde było jej komunikatem. To ona ustalała porządek. Ona nadawała sens bólowi i wiedziała, że on to zrozumie. Nawet jeśli nie od razu. Niewolnik bardzo szybko zaczął błagać o litość. Jego głos, z początku drżący, z każdą chwilą stawał się coraz bardziej rozpaczliwy.
– Pani strażniczko... błagam... wystarczy... przepraszam... proszę... powiem wszystko.
Nie reagowała. Jej twarz była jak z kamienia. Poruszała się jakby wpadła w trans. Każdy ruch ręki, każdy świst trzcinki i każdy krzyk, który się po nim pojawiał, tylko pogłębiały jej koncentrację. Była tylko ona i narzędzie, którym kształtowała uległość tego mężczyzny. Czuła władzę. Czuła, jak przez jej ciało przepływa coś więcej niż tylko adrenalina – to była esencja dominacji. Uległy w tej chwili nie był już człowiekiem, lecz bezkształtnym materiałem, który należało uformować. Kątem oka dostrzegła ruch. Odwróciła nieznacznie głowę i wtedy zobaczyła Bellę. Stała oparta o jedną z klatek, uśmiechnięta – jakby dokładnie wiedziała, co się dzieje w jej umyśle. Gdy spojrzenia się spotkały, kiwnęła tylko głową z uznaniem. Cicho. Znacząco. To był sygnał. Potwierdzenie. Akceptacja.
Wróciła wzrokiem do uległego. Jego pośladki były już czerwone, rozpalone od kolejnych uderzeń, ciało osuwało się lekko na pasach, a krzyki zamieniły się w spazmy płaczu. Kolejne uderzenia – celne, szybkie, bardzo bolesne. Dopiero teraz wypuściła powietrze z płuc, jakby na moment zapomniała oddychać. W jej oczach wciąż tliło się skupienie, ale kąciki ust uniosły się ledwie zauważalnie. Spojrzała raz jeszcze na przyjaciółkę. I wtedy zrozumiała. Była jedną z nich.
Stopniowo do stodoły zaczęły dołączać kolejne dziewczyny. Ulegli, dotąd zamknięci w klatkach, wpatrywali się w nie z mieszaniną strachu, fascynacji i resztek nadziei. Świadomość, że dzień się skończył, okazała się złudna. To, co najtrudniejsze, miało dopiero nadejść. Dziewczyny poruszały się po pomieszczeniu jak cienie – pewnie, spokojnie, bez zbędnych słów. Wskazywały. Wyciągały. Biły. Kopały. Dla uległych czas przestał mieć znaczenie – liczyły się tylko rozkazy, uderzenia, polecenia, które trzeba było wykonać natychmiast, bez pytania i bez najmniejszych prób oporu. Klatki otwierały się i zamykały z metalicznym zgrzytem. Ciała mężczyzn – obolałe, posiniaczone, drżące z wycieńczenia – były ustawiane, wiązane, wystawiane na kolejne próby. Każdy krzyk, każda prośba o litość tylko nakręcała rytm tej nocnej ceremonii. To była długa noc. Długa i bolesna. Dla niewolników – niekończąca się lekcja uległości. Dla domin – święto władzy.
Nadchodzący dzień wcale nie miał być łatwiejszy. Ćwiczenia, ciężka praca, ból i upokorzenie. Sobota była bardzo intensywna i wyczerpująca - nie tylko dla uległych, nad którymi niemal bez przerwy znęcano się ale również dla ich oprawczyń.
Ostatniego dnia, w niedzielę, o godzinie szesnastej, rozległ się gwizdek. Obóz został oficjalnie zakończony. Ulegli zostali ustawieni w szeregu na środku placu – nadzy, brudni, z ciałami naznaczonymi licznymi śladami. Oddychali ciężko, z trudem utrzymując równowagę na nogach. Mieli blade umęczone twarze i puste spojrzenia, ale tu i ówdzie tliły się uśmiechy ulgi. Noëmi podeszła bliżej, spojrzała po wszystkich i oznajmiła:
– To koniec. Możecie się umyć i ubrać.
Poszli wciąż milcząc do jednego z pomieszczeń, przerobionego na łaźnię, w której mogli wziąć w końcu ciepły prysznic. Na ławkach leżały równo złożone ich ubrania, w woreczkach były rzeczy osobiste, które musieli oddać do depozytu. Niektórzy patrzyli na nie z ulgą, inni z niechętnym zawahaniem – jakby nie chcieli jeszcze opuszczać tej formy, w którą byli tak boleśnie wtłoczeni. Kobiety zniknęły na chwilę w dworku. Gdy wróciły, miały na sobie zwykłe ciepłe, jesienne ubrania. Niektóre wyglądały jakby właśnie wracały z siłowni, inne jak studentki idące do biblioteki, jeszcze inne, jakby właśnie miały iść na randkę. Ich twarze były zrelaksowane, rozbawione, spojrzenia błyszczały mimo fizycznego zmęczenia, które również im dawało się we znaki.
Na dziedzińcu rozpalono grill. W chłodnym powietrzu unosił się dym i zapach pieczonego mięsa. Przy stołach ustawionych pod prowizorycznym zadaszeniem, znalazły się gorące napoje, herbata z imbirem, grzane wino, pieczywo i zupa ziemniaczana w garnkach. Płomienie z kilku metalowych koksowników dogrzewały przestrzeń, tworząc ciepłe, przyjazne miejsce. Atmosfera stała się wyraźnie lżejsza. Ulegli, teraz już w swoich ubraniach – choć część wciąż obolała, kulejąca, z twarzami naznaczonymi bólem – powoli zaczęli rozmawiać. Wymieniali spojrzenia, szeptali coś między sobą, podchodzili do kobiet, dziękowali, kiwali głowami z szacunkiem. Paulina, ubrana w jeansy, ramoneskę, ciepły szal i czarne rękawiczki, stała razem z Isabellą i Hilde. W dłoni trzymała ceramiczny kubek. Para unosiła się nad nim leniwie, a ona uśmiechała się spokojnie, słuchając rozmowy obu kobiet.
Jeden z mężczyzn podszedł bliżej, wykorzystując moment, gdy dolewała sobie herbaty. Zrobił to ostrożnie, jakby nie do końca wiedział czy już mu wolno.
– Przepraszam, panią – powiedział cicho. Chciałem tylko powiedzieć, że to był bardzo intensywny weekend. I dziękuję. To był mój pierwszy raz. Bardzo się bałem, ale było warto. Czuję, jakby ktoś zrobił mi w głowie totalny reset. Choć obawiam się, że tyłek będzie o sobie przypominał jeszcze przez jakiś czas.
Uniosła wzrok znad kubka i skinęła głową, uśmiechając się.
– Jeśli to pana pocieszy – odpowiedziała – dla mnie to też był pierwszy raz. A jeśli chodzi o pana tyłek to cóż... nie powiem, żebym ubolewała jakoś mocno nad jego stanem.
Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego. Przez chwilę jakby szukał właściwych słów.
– Naprawdę pierwszy? – zapytał w końcu. – Tego bym się nie spodziewał. Wyglądała pani, jakby bywała tu od lat, chociaż nie kojarzę pani z Domini.
– Dziękuję. Proszę mi uwierzyć, jeszcze do niedawna nie wiedziałam, że takie miejsce istnieje.
– Przepraszam, nie przedstawiłem się. Jürgen. Jestem dyrektorem jednej ze Sparkasse w Dolnej Saksonii, ale to pewnie bez znaczenia.
– Paulina. Studiuję psychologię.
Podała mu rękę. Pochylił się i pocałował. Wymienili kilka zdań już bardziej swobodnie. Opowiedziała mu o studiach, on z kolei mówił o zaskakującej ciszy w głowie, o zmęczeniu, które było inne niż zwykle, o rozwodzie, który w pewien sposób uwolnił go i pozwolił realizować ukryte wcześniej fantazje. Szybko dostrzegła analogię do Andrzeja i przez krótki moment poczuła, że trochę tęskni za nim. Na koniec zawahał się na moment, po czym zapytał:
– Myśli pani, że zobaczymy się na kolejnej edycji?
Uniosła kubek, jakby ważyła pytanie razem z nim.
– Jeszcze nic nie wiadomo – odpowiedziała po chwili. – Ale… raczej tak.
Skinął głową, jakby dokładnie tej odpowiedzi się spodziewał. Pożegnał się z uprzejmą rezerwą i jeszcze raz wyraził nadzieję, że to nie było ich ostatnie spotkanie. Kiedy odszedł, Paulina została sama tylko na chwilę..
Już po minucie stał przy niej kolejny uległy, który jakby tylko czekał, aż zostanie sama. Był nieco młodszy, masywniejszy, z ręką owiniętą bandażem.
– Nie kojarzę pani z Dominia Studio Berlin – zaczął ostrożnie. – Przepraszam, jeśli to nietaktowne.
– Nie jestem związana z klubem – odpowiedziała bez pośpiechu.
– A czy planuje pani dołączyć? – zapytał. – To byłoby wspaniałe. Wielu z nas bywa tam regularnie. A takie weekendy jak ten długo żyją potem na zamkniętym forum. Dużo się o nich mówi, wspomina, opowiada różne historie. Zawahał się na moment, po czym dodał ciszej:
– Ma pani naturalną siłę. Władzę. Spokój. To się czuje od razu. I proszę wybaczyć śmiałość: pani uroda. To zimne, nordyckie piękno ono działa.
Nie był jedyny. Kolejni mężczyźni podchodzili, każdy inaczej, każdy z własnym językiem i własnym sposobem mówienia o tym samym doświadczeniu. Jedni dziękowali za opanowanie, inni za konsekwencję, jeszcze inni za to, że potrafiła być chłodna i nieustępliwa. W ich opowieściach powtarzały się te same słowa – siła, spokój, piękno, autorytet. Słuchała, odpowiadała, coraz bardziej czując, że te rozmowy nie są tylko podsumowaniem weekendu. Że dotykają czegoś głębszego.
Korzystając z chwili odeszła na bok i zatrzymała się przy ognisku. Płomienie poruszały się niespiesznie, drewno cicho trzaskało. Patrzyła w ogień zamyślona, z kubkiem w dłoni, pozwalając myślom płynąć bez kontroli. Może naprawdę powinna przemyśleć pewne sprawy. Może to nie był jednorazowy epizod.
Bella podeszła do niej bez słowa i objęła ją ramieniem.
– I jak wrażenia? – zapytała cicho.
– Podobało mi się, oj no... było super.
Uśmiechnęła się szeroko.
– Dziewczyny są tobą zachwycone. Mówią, że masz niesamowity talent. Ulegli chyba też z tego co widzę – zawiesiła głos na chwilę. – Zadzwoń do Evy, ona czeka na telefon od ciebie. Już Noëmi jej opowiedziała sporo.
Paulina ciężko westchnęła.
Do domu wróciła późno, zmęczona w sposób, którego nie potrafiła porównać z żadnym innym. Wzięła długi prysznic, pozwalając wodzie spływać po ramionach i piersiach. Potem położyła się do łóżka.
Nie mogła zasnąć. Leżała w ciemności, z otwartymi oczami, wracając myślami do ognia, głosów, spojrzeń i do pytania, które nie dawało jej spokoju: czy chce zagłębić się jeszcze bardziej w tym świecie?
Jak Ci się podobało?