Ilustracja: AlexFenriss

Wilczyca (XXVIII)

18 września 2026

Opowiadanie z serii:
Wilczyca

37 min

Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo kontrowersyjne sceny!

Paulina coraz głębiej zanurza się w berlińskim świecie femdom.

Rozdział XXVIII

Decyzja


Berlin, jesień 2010


Kilka dni po powrocie do Berlina, gdy intensywność wydarzeń w Spreewaldzie zaczęła powoli ustępować codzienności, Bella zaprosiła Paulinę na kawę. Spotkały się w eleganckiej kawiarni przy Savignyplatz – miejscu dyskretnym i stylowym, o wyraźnie berlińskim charakterze. Marmurowe blaty stolików, porcelanowe filiżanki i wyjątkowo sprawna obsługa.

Popołudnie było pochmurne i chłodne. Paulina przyszła punktualnie. Bella pojawiła się kilka minut później. Uśmiechnęła się szeroko, podchodząc do przyjaciółki. Przywitały się ciepło – uściskiem i dwoma pocałunkami w policzki, w tym charakterystycznym, włoskim geście, który niemal od początku znajomości zaszczepiła w Paulinie. Ich kontakt był naturalny, pozbawiony napięcia, a jednocześnie nasycony niewypowiedzianym porozumieniem. Jakby obie doskonale wiedziały, kim są i co je łączy.

– Pięknie wyglądasz – rzuciła, siadając naprzeciwko. – Widać, że nasz obóz nie tylko nie zmęczył cię, ale wręcz ci służy.

– Tobie też dobrze robi ten klimat – odpowiedziała Paulina z lekkim uśmiechem. – Nadal się we mnie wszystko układa. Ale tak, było intensywnie. I pięknie. Podobało mi się.

Zamówiły dwie kawy i coś słodkiego. Przez chwilę rozmawiały o codziennych sprawach – Bella wspominała o dużej ilości sesji w Dominia Studio Berlin, Paulina o planowanym spotkaniu z profesorem Schneiderem, na którym będą omawiali postępy w jej pracy magisterskiej. W pewnym momencie Isabella sięgnęła do torebki i wyjęła prostą, beżową kopertę, lekko zagiętą na jednym brzegu. Położyła ją na stoliku i przesunęła w stronę Pauliny.

– Co to?

– Od Evy. Otwórz.

Sięgnęła po kopertę i rozchyliła powoli. W środku znajdował się plik czterdziestu banknotów po 50 euro – razem dwa tysiące. Równo ułożone, pachnące jeszcze drukarnią. Przez chwilę patrzyła na zawartość w milczeniu, przeliczając szybko.

– Dwa tysiące – powiedziała cicho.

– Twoje honorarium – uśmiechnęła się Bella. – Eva była pod ogromnym wrażeniem, kiedy opowiadałyśmy jej, jak sobie radziłaś. Wszyscy byłyśmy. Masz talent, Paulina. Naturalny.

Zamknęła kopertę i wsunęła ją do torebki.

– Nie spodziewałam się aż tyle.

– I dobrze. A teraz… – wstała, zarzucając płaszcz na ramię – skoro masz swoje pierwsze zarobione w tym świecie pieniądze, idziemy na zakupy?

Odpowiedziała spojrzeniem i uśmiechem, który był potwierdzeniem.

– Oczywiście.


Minęły przeszklone drzwi i weszły do luksusowego butiku przy Kurfürstendamm. Wnętrze pachniało skórą, drewnem i delikatnym perfumowanym powietrzem. Półki z włoskimi i francuskimi markami rozmieszczone były geometrycznie – buty wyeksponowane niczym dzieła sztuki.

Z zaplecza wyszedł sprzedawca. Wysoki, przystojny, o oliwkowej karnacji i szlachetnych rysach twarzy. Ciemne, starannie przycięte włosy, lekki zarost i głęboko osadzone oczy. Elegancka czarna koszula i dyskretna plakietka: Emre Yilmaz

Uśmiechnął się od razu, z tą szczególną uprzejmością, w której było coś więcej niż zawodowy nawyk. Gdy jego spojrzenie zatrzymało się na Bellli, skinął lekko głową.

– Dzień dobry, pani Isabello – powiedział cicho, z nienaganną manierą. – Miło panią znowu widzieć w La Maison du Cuir. W czym mogę dziś pomóc?

Odpowiedziała uśmiechem i krótkim, niemal niedostrzegalnym skinieniem głowy. Lekkim ruchem dłoni wskazała Paulinę.

– Szukamy wyjątkowych kozaków dla mojej pięknej przyjaciółki. Czarnych. Eleganckich. Skórzanych. I absolutnie doskonałych, tak doskonałych jak ona.

Mężczyzna spojrzał na Paulinę uważniej, już nie jak na zwykłą klientkę.

– Oczywiście – odparł po chwili. – W takim razie proszę usiąść. Myślę, że mam coś odpowiedniego dla pani.

Usiadła na eleganckim, tapicerowanym krześle obitym granatowym aksamitem. Przeciągnęła palcami po kolanie, poprawiając spodnie i delikatnie skrzyżowała nogi, unosząc lekko podbródek – była wyraźnie zaintrygowana sytuacją, ale nie dawała tego po sobie poznać. Jej spojrzenie było chłodne, z tym typowym dla niej dystansem. Przyjaciółka stanęła za nią, opierając się o marmurową półkę z ekspozycją, i obserwowała scenę z wyraźnym zainteresowaniem.

Emre wrócił z zaplecza z kilkoma pudłami w dłoniach. Ułożył je starannie obok krzesła, po czym wyprostował się, patrząc na Paulinę.

– Mam kilka modeli, które mogą panią zainteresować. Klasyka, ale z charakterem – powiedział, po czym rzucił porozumiewawcze spojrzenie Belli. Rozmiar 38, zgadłem?

Paulina skinęła głową, a Bella, z typową dla siebie lekkością i cieniem prowokacji w głosie, odezwała się:

– Emre, pomóż mojej przyjaciółce z przymiarką. Wydaje mi się, że w tak eleganckim butiku możemy liczyć na równie elegancką i uczynną obsługę, prawda?

Chłopak nie potrzebował więcej. Skinął głową z uśmiechem, po czym przyklęknął przed Pauliną, jego twarz znalazła się na wysokości jej kolan. Sięgnął do jej stopy – delikatnie, ale pewnie – i zaczął rozpinać but. Zsunął go ostrożnie. Jego dłonie zetknęły się z czarną, półmatową skarpetką. Spojrzał w górę. Nie mrugnęła nawet okiem.

– Dziękuję – powiedziała chłodno.

Sięgnął po pierwszą parę – klasyczne, czarne kozaki z delikatnie lśniącej skóry, sięgające tuż pod kolano. Rozpiął zamek i jedną dłonią uniósł stopę, drugą prowadząc but, wsunął ją z wyczuciem. Zakładał go powoli, niemal z nabożeństwem. Zamek zasunął gładkim ruchem.

– Świetnie dopasowanie – powiedział, przesuwając palcami po linii cholewki. – Pani łydka ma idealne proporcje do tego modelu.

– Co o nich sądzisz? – zapytała Bella, przechylając głowę z uśmiechem.

Paulina spojrzała w lustro.

– Zgrabne, ale chcę coś odważniejszego. Czegoś, co zostaje w pamięci, od czego faceci nie będą mogli oderwać wzroku.

Sprzedawca uśmiechnął się, jakby tylko czekał na te słowa. Sięgnął po drugie pudełko. Tym razem wyjął wyższe kozaki – sięgające daleko ponad kolano, o gładkiej, błyszczącej powierzchni. Ich linia była prosta, zdecydowana, podkreślająca nogę z każdej strony. Ponownie uklęknął i z uwagą ściągnął poprzedni but.

Tym razem Paulina uniosła stopę wcześniej, jakby chciała ułatwić mu zadanie. Ich kontakt był krótki – ale wyraźny. Kiedy zakładał jej nowe buty, palce musnęły tym razem łydkę, wydawał się jednak całkowicie skoncentrowany.

– Te... – powiedział, zapinając ostrożnie zamek – są bardziej wyraziste. Miękka skóra cielęca, wewnątrz podszyta jedwabiem. Wiele kobiet marzy o takich butach. Na nieszczęście dla nich, ich łydki są często zbyt grube.

Paulina spojrzała mu prosto w oczy.

– A dla mnie? Będą dobre?

Emre nie zawahał się.

– Właśnie dla pani. Tylko dla pani. Proszę spojrzeć. Pani nogi są idealnie proporcjonalne.

Bez trudu zapiął zamek i odsunął się lekko, pozwalając jej przejrzeć się w lustrze. Wstała i zrobiła kilka kroków po miękkim dywanie. Linia nóg wyglądała perfekcyjnie. Przyjrzała się odbiciu, po czym odwróciła się do Belli.

– Chcę je.

– Wiedziałam. Są idealne.

Emre schylił się ponownie, tym razem, by zdjąć buty i zapakować w eleganckim kartonie. Robił to powoli, z widocznym szacunkiem, jakby właśnie miał zamknąć w pudełku coś więcej niż tylko skórę i formę. Wstał z delikatnym skłonem głowy.

– Doskonały wybór. I wyjątkowa klientka.

Spojrzała na niego.

– A moje buty? Mam je sama ubierać?

Uśmiechnął się lekko zmieszany i ponownie przyklęknął pomagając jej je ubrać.

– Dla tak wyjątkowej kobiety wszystko.

Przyjęła ten komplement bez słowa. Ale jej uśmiech – chłodny, ledwie zauważalny – był jednoznaczną odpowiedzią.

Zapłaciła. Skinęła głową, zadowolona, trzymając torbę z logo butiku. Gdy mijały próg sklepu, obie – i ona, i Isabella – posłały mężczyźnie ostatnie spojrzenie: lekkie, uwodzicielskie, pełne kobiecej pewności siebie. Stał przy wejściu, patrząc za nimi z nieukrywanym zachwytem.

Gdy drzwi zamknęły się, westchnęła cicho, zadowolona z nowego zakupu, ale jeszcze bardziej z samej atmosfery tego spotkania.

– Ty chyba dobrze go znasz?

– Emre? To mój stały klient. Raz w miesiącu przychodzi. Spuszczam mu lanie, a potem pozwalam adorować moje stopy. Chłopak ma łeb do interesów, pożyczył pieniądze od jakiegoś wuja z Turcji i otworzył ten sklep. Dla niego to praca marzeń, stopy, buty, bogate i atrakcyjne kobiety. To co, jeszcze jakiś sklep? – zapytała z błyskiem w oku, poprawiając włosy i wsuwając rękę pod ramię Pauliny.

– Czemu nie. Chcę jaką fajną bieliznę. Zostało mi jeszcze trochę kasy. Boże... Bella.... właśnie wydałam na buty grubo ponad tysiąc euro. Może Victoria Secret?

Isabella uśmiechnęła się szeroko, niemal zadziornie i objęła ją.

– Zasługujesz na to. Ale wiesz co, mam lepszy pomysł. Chodź, pokażę ci coś idealnego – powiedziała z entuzjazmem i ruszyła przed siebie, ciągnąc Paulinę lekko za rękę. – Zaufaj mi. To butik, do którego chodzą tylko wyjątkowe kobiety.

Szły pod rękę przez szeroki chodnik Kurfürstendamm, otoczone miejskim szmerem i światłem witryn. Kobiety, które wiedzą, kim są, piękne i niebezpieczne. Po kilku minutach skręciły w jedną z bocznych uliczek. Tam, w wąskim lokalu z przyciemnionymi szybami i dyskretnym szyldem z napisem Liaison Privée, znajdował się butik z bielizną i akcesoriami – elegancki, wyrafinowany, o wnętrzu przypominającym prywatny salon haute couture. Delikatne światło, aksamity, satyny i dyskretna nuta piżma w powietrzu.

W drzwiach powitała ich starsza kobieta w czerni, z perłowym naszyjnikiem. Skinęła głową, rozpoznając Isabellę.

– Witaj, moja droga. Kogo mi tu dziś przyprowadziłaś?

– Moją przyjaciółkę. I uprzedzam: nie wystarczą jej zwykłe koronki. Potrzebuje czegoś absolutnie wyjątkowego.

Paulina, stojąc w progu, rozejrzała się uważnie. Jej wzrok przebiegł po manekinach w aksamitnych gorsetach, jedwabnych halkach i skórach w odcieniach burgundu i czerni. Na jednej ze ścian wisiał komplet z cienkiej, czarnej siateczki i złotych przeszyć Na innej – elegancko wyeksponowana uprząż ze skóry najwyższej jakości.

– Mmm... – mruknęła, wchodząc wolnym krokiem. – To miejsce zdecydowanie ma potencjał. Już mi się tu podoba.

Przyjaciółka posłała jej porozumiewawcze spojrzenie.

– Mówiłam.

Podeszła do jednej z ekspozycji, dotknęła delikatnej koronki z domieszką jedwabiu. Jej palce przesunęły się powoli po materiale.

– A co powiesz na coś w kolorze ciemnego wina? – zapytała, nie odwracając głowy.

Bella już stała przy jednej z otwartych szaf, przeglądając kolekcję ekskluzywnych body.

– Mam nadzieję, że nie masz dziś nic więcej w planach – rzuciła przez ramię. – Bo dziś będziemy się rozpieszczać. Bez litości.

– Raz się żyje – powiedziała cicho, przesuwając palcem po misternym hafcie.

– W takim razie – powiedziała właścicielka butiku, która podeszła bliżej – pozwólcie, że zaproponuję coś, co dopiero dziś rano przyszło prosto z Paryża. Z kolekcji Maison du Silence.

Otworzyła zamaszyście jedne z bocznych drzwi, za którymi znajdowała się osobna, zaciemniona sala z dwoma obszernymi fotelami i półokrągłym lustrem. Na stojakach wisiały trzy komplety – każdy z nich zupełnie inny, ale wszystkie wyrażały coś niepokojąco intymnego. Paulina podeszła do pierwszego – głęboko bordowe body, wykonane z półprzezroczystej siateczki i skóry, z delikatnymi złotymi zapięciami przy szyi i biodrach. Przejechała po nim dłonią.

– Chcę przymierzyć – powiedziała krótko.

W tym czasie Bella usiadła w fotelu z kieliszkiem prosecco, który podała im właścicielka.

– Zaczynamy spektakl – zażartowała, a Paulina tylko przewróciła oczami, znikając za kotarą.

Kilka minut później wyszła z przebieralni. Bielizna była jak stworzona dla niej – materiał idealnie układał się na ciele, podkreślając jej talię i biodra, miękko opinając nieduży biust. Złote zapięcia przy szyi i na udach odbijały światło, a wysoki kołnierz dodawał czegoś władczego.

– No i? Jak się czujesz?

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Poprawiła ułożenie materiału, a potem spojrzała sobie w oczy.

– Jest piękne – odpowiedziała po chwili.

Właścicielka butiku zbliżyła się i nachyliła konspiracyjnie.

– Ten model zaprojektowano z myślą o kobietach, które nie pytają. Jest dla tych, które każą.

Skinęła głową.

– Biorę.

Isabella klasnęła w dłonie z uciechy.

Dziewczyny wyszły ze sklepu w rytmie stukotu obcasów, każda z torbą w ręku – elegancką, czarną, z wytłoczonym złotym logo. Światła Berlina odbijały się w mokrym bruku, powietrze było rześkie, pachniało jesienią i wilgocią. Szły powoli, niespiesznie, jakby wciąż delektując się atmosferą butikowego wnętrza i tym, co się tam wydarzyło. Paulina zerknęła na swoją torbę, potem na Bellę.

– Dziękuję, że mnie tam zabrałaś – powiedziała cicho, ale z wyraźną nutą satysfakcji w głosie.

– Wiedziałam, że ci się spodoba. A to dopiero początek, Paulina. Ten świat czekał na ciebie.

Przez chwilę szły w milczeniu, wśród ulicznych lamp i przemykających samochodów. Potem Bella spojrzała na nią z ukosa.

– Pogadasz z Evą? Zadzwonisz do niej?

Westchnęła cicho, nie zwalniając kroku, wzrok miała skupiony gdzieś daleko.

– Pomyślę – odpowiedziała po chwili. – Chcę sama dojść do tego, czego naprawdę chcę.

– Mądrze. Ale pamiętaj – ona już wie, że jesteś wyjątkowa. I nie zrezygnuje łatwo. Jednak to ty musisz wykonać pierwszy krok.

Zatrzymały się przy rogu ulicy. Tu miały się pożegnać.

– Daj znać, jak się zdecydujesz.

Uściskały się krótko, po czym Bella musnęła jej policzek lekkim, włoskim pocałunkiem – delikatnym, ale znaczącym. Potem każda ruszyła w swoją stronę. Paulina szła powoli, z torbami w dłoni i głową pełną myśli. W jej spojrzeniu była pewność siebie. Już nie była tą samą dziewczyną, która kiedyś szukała odpowiedzi. Teraz szła po swoje.


Późnym wieczorem leżała w łóżku, przykryta kołdrą w odcieniu przygaszonego granatu. Pokój był niemal zupełnie ciemny. Cicho tykający budzik na nocnym stoliku, wybijał kolejne minuty, które zdawały się nie mieć końca. Jej ciało było spokojne, ale umysł wciąż pracował. Oczy miała wpatrzone w sufit, gdzie cień firanki rysował drgające linie. Przewróciła się na bok. Przez głowę przelatywały obrazy z ostatnich dni – twarze, słowa, gesty, dotyk skóry, dźwięk świstu bata, duma w oczach Belli, ciężar torby z butiku, spojrzenie Emrego. Ale najbardziej – własne odbicie w lustrze w ciemnoczerwonym body. Myślała o Berlinie. O Evie. O tym, jak wiele zmieniło się w niej samej. Sięgnęła po szklankę wody, upiła łyk i znów położyła się na plecach. Wpatrywała się w ciemność. Jej dłoń przesunęła się powoli po biuście, brzuchu i łonie, jakby szukała decyzji gdzieś poza głową. Cisza ciążyła, gęsta i miękka jak aksamit. W końcu westchnęła.

– Ach, verdammt.

W tym jednym słowie było wszystko – bunt, zgoda, zmęczenie i determinacja.

Przymknęła oczy.

– Jutro zadzwonię.

Tym razem bez wahania. Bez lęku. Jej ciało rozluźniło się, jakby wraz z tą myślą odnalazło wreszcie spokój. Otuliła się szczelniej kołdrą i odpłynęła w sen – spokojny i głęboki.


Berlin, jesień / zima 2010


Dominia Studio Berlin mieściło się w jednej ze starych, hal w przemysłowej części dzielnicy Spandau. Z zewnątrz wyglądało niepozornie – metalowe drzwi, żadnych zbędnych znaków. Paulina wysiadła ze swojego Fiata, ze spojrzeniem, które kryło w sobie mieszankę pewności i odrobiny napięcia. W ciągu ostatnich miesięcy była tu już wiele razy, ale zawsze jej wizyty miały charakter wyłącznie naukowy. To tu przeprowadziła większość rozmów z dominami. Eva czekała na nią przy recepcji, ubrana jak zawsze nienagannie – klasyczna czerń, delikatny makijaż, czerwona szminka. Uśmiechnęła się, podchodząc i ściskając jej dłoń.

– Chodź, wszystko ci pokażę dziecko – powiedziała spokojnie, z tym specyficznym ciepłem, które łączyło się w sposób naturalny z jej autorytetem.

– Paulino, to Anja, poznałyście się już na pewno – powiedziała. – Jest z nami od wielu lat. Wszystko ogarnia od strony logistycznej.

Podały sobie ręce na powitanie. Następnie wraz z Evą przeszły do jednego z saloników, gdzie właścicielka, opierając się o barek, zaczęła tłumaczyć cały protokół:

– Klient wchodzi głównym wejściem. Anja wita go, wręcza mu klucz do szafki. Tam zostawia swoje rzeczy, bierze prysznic. Nie ma wyjątków. Potem, zgodnie z ustaleniami, Anja przygotowuje go: może to być założenie pasa cnoty, obroży, opasek na przeguby, czasem knebla, zależnie od planu sesji. Ty decydujesz i przekazujesz jej instrukcje.

Paulina słuchała uważnie, czasem notując coś w myślach, czasem zadając pytania o szczegóły: co w sytuacjach nietypowych, jak rozwiązuje się kwestie bezpieczeństwa, kto podejmuje decyzje w razie komplikacji.

– Bazujemy na elektronicznych ankietach, które ulegli kiedyś wypełnili, mając ciągłą możliwość ich aktualizacji. W razie potrzeby odbywa się rozmowa wstępna – dodała Eva. – Krótka, tylko jeśli ty lub uległy uważacie to za potrzebne. A potem już zaczyna się sesja. Masz całkowitą swobodę, w granicach zdrowego rozsądku i oczywiście ustalonych limitów. Większość klientów to doświadczeni, stali goście. Wiedzą, po co przychodzą. Ty po prostu bądź sobą. W tym jesteś najlepsza.

Skinęła głową. Nie musiała już pytać, czuła, że wszystko w niej układa się w nowy porządek.

– Będę przyjmować w piątki, od szesnastej do północy – powiedziała spokojnie. – Na razie raz w tygodniu.

Eva uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Świetnie. Umieszczę cię w grafiku. Klienci będą zachwyceni, było już kilka pytań o ciebie po obozie. I nie martw się, będziesz mieć zawsze moje wsparcie, chociaż osobiście uważam, że jesteś gotowa.

Spojrzała na nią, po raz pierwszy tego dnia uśmiechając się szczerze – lekko, z błyskiem w oku. Już nie miała wątpliwości. Właśnie postawiła krok, który od dawna był jej pisany.

– No dobrze, dziecko – powiedziała spokojnym tonem, przerywając ciszę. – Teraz pytanie, które każdej z was kiedyś zadałam. Pod jakim imieniem chcesz tu występować?

Zawahała się dosłownie ułamek sekundy. W jej oczach błysnęło coś dzikiego, intuicyjnego.

– Fenriss, Lady Fenriss – odpowiedziała krótko, wyraźnie, z przekonaniem.

Eva spojrzała z lekkim uśmiechem.

– Oryginalnie. Brzmi nordycko. Skąd inspiracja? – zapytała, notując szybko słowo w swoim notesie.

– Od Fenrira – odpowiedziała cicho, niemal szeptem. – Mitycznego wilka z nordyckiej mitologii. Dziecka Lokiego i olbrzymki Angerbody. Symbol siły nie do ujarzmienia. Przeznaczenia, którego nie da się uniknąć.

– Interesujące. Znasz się na tym? – spytała z nieukrywanym zaciekawieniem.

– Zawsze fascynowały mnie wilki – odparła Paulina. – Ich siła, niezależność, dzikość. Ale też lojalność i hierarchia. Fenrir był niebezpieczny nie dlatego, że chciał zniszczyć świat. Był niebezpieczny, bo nie dało się go ujarzmić. Więc bogowie go zakuli. Związali strachem i stalą, zamiast zrozumieć. W końcu ich zniszczył.

Zamilkła na moment, patrząc w bok, jakby widziała tę scenę przed oczami.

– Fenriss… to moja wersja tej siły. Tej nieujarzmionej części mnie, której długo nie pozwalałam dojść do głosu. Teraz ją karmię. Prowadzę. I wypuszczam, kiedy chcę.

Eva wpatrywała się w Paulinę z pełnym uznania uśmiechem. Nie musiała nic więcej mówić. Znała ten moment, znała to przebudzenie. Widziała go kiedyś w oczach każdej z kobiet, które tu przyszły z intuicją, ale zostały dzięki swojej prawdzie.

– Witaj Fenriss – powiedziała w końcu cicho, ale z mocą. – Pasuje do ciebie. I brzmi jak coś, co zapamiętuje się od razu.

– Lady Fenriss – Paulina uśmiechnęła się a w jej oczach błysnęło coś drapieżnego.

Na zakończenie rozmowy Stern podeszła wolnym krokiem, jakby chciała przedłużyć ten moment. Jej spojrzenie złagodniało, nabrało czegoś ciepłego, niemal matczynego. Bez słowa objęła ją ramionami i przytuliła, czule, a zarazem z zaskakującą siłą.

Potem odsunęła się lekko i z delikatnym uśmiechem pocałowała Paulinę w czoło.

– Powodzenia, dziecko – powiedziała cicho, niemal szeptem.

To jedno zdanie, wypowiedziane z prostotą, lecz głęboko, wybrzmiało w Paulinie jak błogosławieństwo. Przymknęła na chwilę oczy i przytaknęła lekko głową. Czuła, że właśnie domknął się jakiś rozdział – i że zaczyna się nowy.

Gdy wróciły do recepcji Eva poprosiła Anję aby przekazała Paulinie szczegóły. Dziewczyna oprowadziła ją po wszystkich dostępnych w tym momencie pomieszczeniach studia. Na końcu pokazała jej garderobę, którą miała dzielić z dziewczynami, które już poznała podczas wyjazdu do Spreewaldu. Szafa, kilka wieszaków, miejsce na buty, półka na kosmetyki i drobiazgi, lustro. Zaprowadziła ją również do pomieszczenia, gdzie było sporo ubrań, które dziewczyny współdzieliły – własność studia. Były to rzeczy oddane przez dominy, wiszące na długich ramach i ułożone według rozmiarów.

– Każda z was ma swoje prywatne ubrania, ale tu mamy taki magazyn na wypadek jakiejś nietypowej prośby klienta, Oczywiście nie musisz z tego korzystać, to ty decydujesz co ubierasz ale tu zawsze można znaleźć inspirację albo coś przydatnego.

Kiedy dziewczyna skończyła ją oprowadzać, ponownie pojawiła się Eva. Podeszła do Pauliny i wzięła ją pod ramię, gestem niemal opiekuńczym.

– Chodź dziecko, pokażę ci jedno z pomieszczeń.

Poszły w głąb korytarza. Drzwi były cięższe, grubsze, z dużą mosiężną klamką. W środku panował półmrok, rozjaśniany punktowo, jakby światło było tu narzędziem, a nie dodatkiem. Pomieszczenie było urządzone surowo, niemal ascetycznie. W centrum stał drewniany koziołek z pasami, masywny, solidny, noszący ślady użytkowania. Kilka kroków dalej wznosił się krzyż świętego Andrzeja – prosty, funkcjonalny, bez ozdób. Przy ścianie ustawiono niewielkie biurko i metalową lampkę na ruchomym ramieniu, taką, którą można było skierować dokładnie tam, gdzie trzeba – światło ostre, bezlitosne. Jedna ze ścian była niemal w całości zajęta przez rzędy batów i różnego rodzaju narzędzi do wymierzania kar, zawieszonych starannie, według długości i ciężaru. Obok, w wysokim, walcowatym pojemniku były umieszczone trzcinki – ciasno, pionowo, jakby czekały na użycie. W kącie pomieszczenia znajdowała się niewielka klatka, metalowa, niska, ustawiona tak, by nie rzucała się w oczy, a jednak była nie do przeoczenia.

Eva pozwoliła jej rozejrzeć się w ciszy.

– Tu będziesz prowadzić swoje pierwsze sesje – powiedziała w końcu spokojnie. – To miejsce jest proste ale funkcjonalne.

Dotknęła dłonią jednego z pasów na koziołku.

– Wszystko, co tu robisz, ma być jasne i konsekwentne. Bez chaosu. Bez wahania. Dasz sobie radę, wierzę w ciebie.

Podeszła do ściany z akcesoriami i przez chwilę przyglądała się im tak, jakby sprawdzała porządek. Potem spojrzała na Paulinę.

– Zdradzę ci jeszcze jedną rzecz. Spójrz na oznaczenia.

Wskazała kolejno wiszące baty. Przy rękojeściach miały wąskie paski koloru.

– Zielony oznacza, że jest w miarę łagodny. Dobry na początek, na sprawdzenie reakcji, na budowanie napięcia. Żółty jest bardziej wymagający. Trzeba już wiedzieć, co się robi. Czerwony zostawia ślady.

Uśmiechnęła się krótko, bez cienia fałszywej wesołości.

– Wszystkie są bolesne – dodała i roześmiała się cicho. – To nie są zabawki z sex shopu.

Wskazała na trzcinki. Na ich końcach widniały te same kolory, powtarzające ten sam porządek.

– Z czasem sama nauczysz się rozpoznawać moc różnych akcesoriów. Najlepiej na plecach uległych. Po reakcji, po oddechu, po tym, jak ciało odpowiada. Ale w tym miejscu wszystko jest oznaczone. Żebyś mogła skupić się na uległym, a nie na zgadywaniu.

Paulina podeszła bliżej. Patrzyła na kolory, na równe rzędy, na logiczny porządek wpisany w coś, co na pierwszy rzut oka mogło wydawać się chaotyczne.

Wyszły i zamknęły za sobą ciężkie drzwi. Korytarz wydał się jaśniejszy, jakby powrót do wspólnej przestrzeni zmienił perspektywę. Eva zatrzymała się na moment i spojrzała na nią.

– Jesteś gotowa? – zapytała po prostu.

Paulina odpowiedziała uśmiechem, spokojnym i pewnym.

– Tak.

– Cokolwiek będziesz potrzebować – powiedziała cicho. – Problemy, wątpliwości, zmęczenie. Zgłaszasz mi wszystko. Jestem tu, żeby cię wspierać. Dawno nie wierzyłam w kogoś tak bardzo.

Te słowa uderzyły w Paulinę mocniej, niż się spodziewała. Poczuła, jak prostują jej się plecy, jak coś w niej się domyka i jednocześnie otwiera. Skinęła głową. Nie musiała nic mówić.

Pożegnały się krótko. Eva ruszyła w swoją stronę, a Paulina podeszła do windy. Zjechała na dół w ciszy, wsłuchując się w miękki szum mechanizmu. Gdy wsiadała do samochodu, spojrzała jeszcze raz na wejście do budynku.

Poczuła ekscytację.


Pierwszego klienta nigdy nie zapomniała. Był masywny, miał wyraźną nadwagę, której nawet nie próbował ukrywać – przeciwnie, prezentował swoje ciało z pokorą, jakby w nim właśnie znajdowała się cała jego słabość i siła zarazem. Zgłosił się bez żadnych szczególnych wymagań poza jednym: "Intensywna sesja, bez rozmowy wstępnej, bez after care." Gdy Paulina zapytała przez system o potwierdzenie, otrzymała krótką wiadomość: "Mocna chłosta, proszę bić czym Pani uzna za stosowne."

Na początku była ostrożna. Obserwowała jego ciało, testowała reakcje – powolne klękanie, chłód podłogi, pierwsze lekkie uderzenia rzemieniami. Ale szybko coś się w niej odblokowało. Z każdym kolejnym uderzeniem, z każdym świstem bata i z każdym kolejnym krzykiem bólu, jaki wydobywał się z jego gardła, wstępowała w nią fala podniecenia. Nie zatrzymywała się. Uderzała w równym tempie, mocno i precyzyjnie. Krążyła wokół niego, stukając szpilkami, z batem w dłoni. Zrozumiała, że ten mężczyzna właśnie tego pragnął: nie współczucia, nie zrozumienia, ale czystej władzy – władzy bez tłumaczenia się. Paulina dała upust temu, co przez ostatnie lata dojrzało w niej jak czerwone wino – sadystycznym pragnieniom, potrzebie kontroli, intensyfikacji doznań. Gdy skończyła, podziękował całując jej buty. Nie spojrzał nawet. Wstał z trudem, ubrał się i wyszedł. Dwa dni później w studio pojawił się kurier – z ogromnym bukietem ciemnoczerwonych róż i kopertą, w której znajdowały się dwie pary luksusowych pończoch od Wolforda, czarne i cieliste, starannie złożone w jedwabnym papierze. Nie było żadnego podpisu. Tylko jedna karteczka: Danke. Ich komme wieder. I wracał. Regularnie. Przez lata. Paulina nigdy nie dowiedziała się, jak naprawdę miał na imię. Była ciekawa, kim jest, ale szanowała jego prywatność. W relacji, którą zbudowali, nie istniały nazwiska, nie było przeszłości, ani przyszłości, opowieści o rodzinie, pracy, nowym psie – tylko intensywna, surowa, pełna dominacji teraźniejszość. Zaledwie po kilku tygodniach grafik zaczął trzeszczeć w szwach. Eva była zadowolona – klienci prosili o nią, polecali sobie nawzajem, niektórzy rezerwowali już z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Zaczęła pracować również w środy, a po kolejnych dwóch tygodniach – także w niedziele. Jej obecność w studiu stała się czymś stałym. Początkowo otrzymywała od Evy sto euro za każdą godzinę sesji – w gotówce, wypłacanej raz w tygodniu. Sumy rosły szybko. Wystarczył jeden intensywny piątek i niedziela, by jej miesięczny budżet – do tej pory ledwo zbilansowany przez stypendium – wystrzelił jak nigdy dotąd. Do tego doszło honorarium z kolejnej edycji Sklavenkamp. Nie musiała już kalkulować, czy stać ją na coś. Wychodziła z Bellą, czasem dołączała do nich któraś z dziewczyn ze studia – na wino, na dobre jedzenie, do drogich restauracji, nawet do tych ekskluzywnych z gwiazdkami Michelin i rezerwacjami na tygodnie do przodu. Ich zakupy wyglądały jak rytuał. Przemierzały butikowe pasaże Ku’dammu, odwiedzały Gucciego, Hermesa, czasem zajrzały do Prady lub Chanel tylko po to, by coś przymierzyć lub kupić. Drogie torebki, rękawiczki, płaszcze, bielizna, perfumy, sukienki, pończochy – wszystko w opakowaniach z wytłaczanym logo i delikatnymi wstążkami. Paulina nie czuła się już nowa. Czuła się pewna. Czuła się sobą.


Trójmiasto, zima 2010


Na święta pojechała do domu. Rodzice byli szczęśliwi, widząc ją taką promienną i pełną życia. Mówili, że jeszcze nigdy nie wyglądała tak dobrze. Emanowała spokojem, pewnością siebie, a w jej oczach widać było jakiś nowy blask. Podczas wspólnych obiadów opowiadała im o studiach i o pracy w sklepie Bossa, zgrabnie omijając prawdę o swoim rzeczywistym zajęciu. Wszyscy byli dumni – mieli wrażenie, że ich córka odnalazła się w wielkim świecie.

Jeszcze przed Wigilią spotkała się z Olgą – swoją bliską znajomą, kobietą piękną i wyniosłą. Wysoka, brunetka, o gładko zarysowanej linii szyi i ramion, poruszała się z powściągliwą pewnością, w której było coś zmysłowego, choć pozornie chłodnego. Umówiły się późnym popołudniem w jednej z modnych restauracji w centrum Sopotu. Miękkie światło padało na gęsto ustawione stoliki, w tle było słychać powolny rytm rozmów. Usiadły przy oknie, jakby naturalnie wybierając miejsce, które daje widok i jednocześnie wystawia je na spojrzenia. I spojrzenia rzeczywiście się pojawiły – krótkie, wracające, czasem zatrzymujące się na niej odrobinę za długo. Siedziała naprzeciw Olgi wyprostowana, skupiona, jakby cała uwaga sali była czymś zupełnie drugorzędnym. Miała na sobie czarną sukienkę z grubej dzianiny, ciepłą, o wyraźnym splocie, który dobrze trzymał formę. Materiał miękko opinał sylwetkę, podkreślając ją bez dosłowności. Do tego czarne, grube, matowe rajstopy. Jasne włosy opadały jej gładko na ramiona. Dopiero potem wzrok zatrzymywał się na detalach. Na sąsiednim krześle niemal ostentacyjnie, leżała jej pierwsza torebka od Chanel. Na nogach miała czarne kozaki z La Maison du Cuir – skórzane, dopasowane, nadające sylwetce wyraźną dominującą linię. Całość tworzyła obraz chłodnej elegancji, który działał właśnie dlatego, że nie próbował robić wrażenia. Olga przyjechała prosto z kancelarii. Idealnie skrojony garnitur i biała koszula podkreślały jej figurę. Materiał układał się na niej perfekcyjnie; w tym stroju było coś niemal prowokującego – zestawienie formalnej dyscypliny z naturalną kobiecością. Zegarek na nadgarstku, gładko upięte włosy. Wyglądała jak ktoś, kto przywykł do kontroli, ale nie zatracił przyjemności bycia obserwowaną. Mężczyźni przy sąsiednich stolikach zerkali raz na jedną, raz na drugą. Jeden z nich przestał słuchać rozmówczyni; inny, przy barze, odwracał głowę za każdym razem, gdy Olga poruszała dłonią. W końcu partnerka jednego z nich nachyliła się i powiedziała coś z wyraźnym wyrzutem.

Lokal był jednak tylko tłem dla ich rozmowy a miały sobie naprawdę dużo to opowiedzenia. Olga opowiadała o trudnych sprawach, które dostała z urzędu i o tym, że już niedługo z bratem Pauliny, Dawidem, otworzą coś swojego. Ona będzie specjalizowała się w sprawach karnych, a on w cywilnych. Paulina opowiadała z kolei o Berlinie. Gdy zaczęła mówić o pracy magisterskiej przyjaciółka przerwała jej.

– Zrobiłaś te wywiady?

– Tak. Bardzo ciekawe rozmowy. Dostałam namiar na studio BDSM. Poznałam właścicielkę i kilka pracujących tam dziewczyn. Mądre kobiety. Wiedzą, czego chcą. Żadnych kompromisów. Nie wiem, na ile to miejsce jest reprezentatywne, bo to dość elitarny klub, ale profesor na razie nie czepia się.

Olga przyglądała się jej uważnie, słuchając z coraz większym skupieniem. Paulina czuła, że jest o krok od przyznania się, że sama też jest już jedną z nich, że ubiera się w strój ze skóry i trzyma pejcz bijąc z precyzją chirurgicznego skalpela. Już prawie to powiedziała, gdy nagle Olga odezwała się z błyskiem w oku:

– A mnie nie zapytasz? Czy ograniczasz się tylko do Berlina?

– O co? – zapytała Paulina, lekko zaskoczona.

– Sama dałaś mi bat. Chyba mówiłam ci nie raz, jaki mój Jacek jest potulny. Mamy teraz już kilka trzcinek, batów i inne zabawki. Co jakiś czas przypominam mu, gdzie jest jego miejsce. Ja też mogę ci coś opowiedzieć.

Paulina spojrzała na nią przez chwilę w milczeniu.

– Chciałabym, ale przecież nie będziemy o tym rozmawiały tutaj.

– Oczywiście, że nie tu. Chodź, jedziemy do mnie mam dobre prosecco w lodówce. Chyba, że musisz lepić z mamą pierogi?

– Nic nie muszę.

Zawołały kelnera, zapłaciły, a już po kilku minutach, siedziały w samochodzie Olgi, jadąc w kierunku Jelitkowa.

 

Ciemnozielony Mini Cooper Olgi jechał w stronę Jelitkowa, podskakując na nierównościach. Nad morzem powietrze było inne – chłodniejsze, bardziej wilgotne, niosące zapach soli. Zaparkowała pod jednym z nowoczesnych apartamentowców, prostym, oszczędnym w formie, z dużymi przeszkleniami od strony wody.

Mieszkanie było jasne i uporządkowane. Duże okna wychodziły na morze; nawet po zmroku widać było linię fal i odbicia świateł. Wnętrze urządzone było nowocześnie, bez nadmiaru: jasne ściany, ciemne drewno, miękka sofa ustawiona tak, by można było patrzeć na horyzont.

Zdjęły płaszcze i buty. Olga poszła do kuchni, wyjęła z lodówki schłodzone prosecco. Otworzyła je bez pośpiechu, nalewając do dwóch kieliszków. Usiadły na sofie, bokiem do siebie, z widokiem na Zatokę.

Paulina uśmiechnęła się.

– Dobrze. To może zacznijmy ten wywiad.

Olga wstrzymała ja gestem dłoni.

– Muszę zrobić wstęp. Nie chcę mieć poczucia, że na siłę wciskam ci swoją historię. Że to będzie coś, czego nie chciałaś słyszeć.

Paulina pokręciła głową.

– Nie. Jesteśmy przyjaciółkami. Chciałam nie raz dopytać jak Wam się układa, ale… – urwała na moment. – To delikatna sprawa. Bałam się, że wejdę za daleko w twoją sferę prywatną, że możesz nie chcieć o tym mówić tak od razu i tak otwarcie.

Olga spojrzała na nią uważnie.

– Właśnie o to chodzi – powiedziała spokojnie. – To jest taka sfera, o której wiedzą tylko trzy osoby. Ja, ty i Jacek. Nikt więcej. I ja jestem w niej spełniona. Naprawdę szczęśliwa.

Upiła łyk prosecco.

– Na co dzień muszę być grzeczną panią prawnik. Do bólu poprawną. Merytoryczną. Zawsze ostrożną. – Uśmiechnęła się krzywo. – A ja zaczynam oddychać dopiero wtedy, gdy mogę pokazać swoje prawdziwe oblicze. Gdy mogę być tą wersją siebie, której nikt poza nim nie zna.

Zamilkła na chwilę, jakby sprawdzając, czy Paulina ją rozumie.

– Zrozum, ja jestem w tym zajebiście szczęśliwa. I muszę się tym szczęściem z kimś podzielić. Nie pochwalić. Podzielić. Tak samo jak zrobiłam to gdy wychłostałam go pierwszy raz, tym batem od ciebie.

Paulina słuchała w ciszy. Potem skinęła głową.

– Rozumiem cię. Jak nikt inny.

Te słowa nie były deklaracją ani wyznaniem. Były stwierdzeniem faktu. Olga spojrzała na nią z ulgą, jakby z ramion spadło jej coś ciężkiego. Rozmowa potoczyła się dalej – bez planu, bez kolejnych punktów do odhaczenia. Mówiły długo, wracając do wątków, milknąc na moment, znów podejmując rozmowę. Za oknami morze było czarne i spokojne. Prosecco długo się nie kończyło.

Kiedy skończyła, przez chwilę patrzyła w przestrzeń przed sobą, jakby sprawdzała, czy powiedziała wszystko, co było istotne. Potem odwróciła się do Pauliny.

– A ty? – zapytała spokojnie. – Jak teraz jest z tym Andrzejem?

Paulina odpowiedziała bez wahania.

– Widujemy się coraz rzadziej. Świadomie. Staram się, żeby ten czas był odpowiednio intensywny. – Zawiesiła głos. – Andrzej jest wspaniałym, dojrzałym mężczyzną. Ma w sobie ogrom empatii, zrozumienia, cierpliwości. To sprawia, że ta relacja wciąż ma sens. Nawet jeśli jest inna niż kiedyś.

Zrobiła krótką pauzę. Odstawiła kieliszek, jakby potrzebowała wolnych rąk.

– Dziękuję ci – powiedziała cicho. – Za to, że opowiedziałaś mi wszystko tak dokładnie.

Przysunęła się bliżej i dotknęła dłoni Olgi.

– Czy ja też mogę ci coś opowiedzieć?

– Nie wiem, czemu w ogóle pytasz. Oszalałaś?

Spojrzała jej w oczy. I zaczęła mówić.

O Sklavenkamp. O miejscu, które było jednocześnie obce i dziwnie logiczne. O mundurze ze skóry, o ciężarze pejcza w dłoni, o tym, jak całe wydarzenie widziała – nie jako chaos, lecz strukturę. O uległych, o ich spojrzeniach, o rozmowach, które zostawały w głowie dłużej niż same sceny. Wreszcie o propozycji Evy Stern.

Olga słuchała z rosnącym napięciem. Nie przerywała, reagowała tylko krótkimi, szczerymi wybuchami zachwytu:

– O kurwa.

– O ja pierdolę.

– Zajebiście.

Paulina mówiła dalej. O pracy w studiu. O sesjach. O tym, jak wchodzi w rolę Lady Fenriss – nie jak w kostium, lecz jak w wersję siebie, która zawsze była obecna, tylko czekała na nazwę i ramy.

– Cholernie mi się to podoba. To jest jak przejęcie całej przestrzeni. Fizyka, psychologia, estetyka, władza. Wszystko naraz. Nigdy nie czułam się tak kompletna. To nie jest tylko gra. To coś, co daje mi poczucie sensu. Wiem, kim jestem, kiedy tam wchodzę. I wiem, że nie udaję.

Olga patrzyła na nią długo, jakby ujrzała ją na nowo. W końcu odezwała się cicho:

– Podziwiam cię, jesteś zajebista.

Sięgnęła po kolejną butelkę. Bąbelki uciekły do góry, cicho, jakby nie chciały przerywać rozmowy.

– Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę – powiedziała po chwili. – Sama pojechałabym na taki obóz. Och… szybko dałabym się tam poznać.

Paulina uśmiechnęła się, ale nie pozwoliła jej rozwinąć myśli.

– Mam zadzwonić do Evy?

Przyjaciółka niemal natychmiast straciła impet.

– No co ty… – machnęła ręką. – Gdzie ja, pani adwokat, a jak to się wyda…

Paulina przechyliła głowę.

– Co miałoby się wydać? To są Niemcy. Żadnych zdjęć. Dyskrecja jest absolutna. Nikt, kto mógłby cię rozpoznać. Na tym to polega. Ulegli, którzy tam przyjeżdżają, to dość hermetyczny krąg, przecież im też zależy, aby to nigdzie nie wyszło na zewnątrz.

Olga milczała chwilę, kręcąc kieliszkiem.

– Ty to mówisz tak, jakby to było oczywiste.

– Bo jest – odpowiedziała Paulina spokojnie. – A poza tym… – zawahała się ułamek sekundy, po czym dodała ciszej – kiedy tylko założysz ten mundur...

Opowiedziała jej o atelier Wolfiego. O skórze, która układa się dokładnie tam, gdzie trzeba. O tym, jak strój zmienia postawę, sposób oddychania, sposób patrzenia na ludzi. Jak nie trzeba niczego udawać – wystarczy wejść w rolę, która od początku była gdzieś pod spodem.

Olga parsknęła krótkim śmiechem.

– Na samą myśl robię się już wilgotna – rzuciła bez ogródek, po czym dodała poważniej: – Jest tylko jeden problem. Mój niemiecki… no, nie jest idealny.

Paulina wzruszyła ramionami.

– I uważasz, że to problem? Przecież tylko wydajesz polecenia.

Olga wybuchnęła śmiechem.

– Dobrze – powiedziała, unosząc kieliszek. – W takim razie od jutra biorę nauczyciela.

Dopiły prosecco do końca, jakby właśnie coś ustaliły, choć żadna nie nazwała tego wprost. Gdy Paulina wstała, by się pożegnać, objęły się krótko, serdecznie.

– Przyjedź do Berlina. Pokażę ci wszystko. Albo nie, to zależy od ciebie ile będziesz chciała zobaczyć.

– Przyjadę, ale po to aby ten czas spędzić z tobą, uwielbiam cię, a po tym co mi powiedziałaś, jeszcze bardziej podziwiam. A co do innych spraw jeszcze zobaczymy.

Pożegnały się.


Święta minęły szybko i zaskakująco lekko. Byli bracia – z nimi nawet znalazła chwilę, by sięgnąć po gitary i pograć razem, jak dawniej. Przyjechał dziadek z babcią; dom wypełnił się rozmowami, zapachem jedzenia, tym szczególnym ciepłem, które pojawia się tylko wtedy, gdy wszyscy bliscy sobie ludzie są razem. Paulina była traktowana trochę inaczej niż kiedyś – jak ktoś, kto przyjechał z daleka, kogo należy dopieścić, dopilnować, uważnie wysłuchać. Uświadomiła sobie, że naprawdę za nimi tęskniła. Czas przeleciał niepostrzeżenie.

Po świętach spotkała się jeszcze z Andrzejem. Poszli na kolację do jednej z zawsze obleganych gdyńskich restauracji. Umówili się wstępnie na początek lutego. Było trochę śmiechu, wspomnień ich wcześniejszych spotkań, tych momentów, które zawsze wracały w rozmowach. Andrzej wspomniał o śladach, które długo schodziły. Paulina skwitowała to krótko, niemal obojętnie – że widocznie zasłużył i niech się nie rozczula. Uśmiechnął się, jakby dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

Dopiero pod koniec, gdy szli już w stronę samochodu, powiedziała mu, że weszła w ten świat na serio. Reakcja Andrzeja ją zaskoczyła. Nie była gwałtowna ani emocjonalna – raczej powściągliwa, chłodna, jakby chciał zaznaczyć dystans. Jakby próbował dać jej do zrozumienia, że w jakiś sposób zdradziła coś, co wcześniej było między nimi ważne. Kiedy zaczęła dopytywać, o co mu właściwie chodzi, nie potrafił tego jasno nazwać. Mówił coś o komercjalizacji, o tym, że takie rzeczy tracą przez to autentyczność. Im dłużej mówił, tym bardziej Paulina traciła cierpliwość. W końcu przerwała mu ostro. Powiedziała, że nie rozumie jego zarzutów, że to nie ma żadnego przełożenia na nich, na to, co ich łączy. I że jego słowa są krzywdzące – bo zna ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że jeśli w coś wchodzi, to całkowicie i prawdziwie. Była zawiedziona, dopiero co stawiała go przed Olgą za przykład kogoś, kto ją zawsze rozumie. Pożegnała go chłodno. Później przeprosił. Dzwonił, próbował tłumaczyć się, porządkować swoje myśli. Starała się to zrozumieć, ale złość jeszcze w niej siedziała. Nie miała ochoty widzieć go w lutym. Już układała w głowie jakąś wymówkę.

Sylwestra miała spędzić ze znajomymi z germanistyki. Nie widziała ich od czasu tamtych pamiętnych wakacji na Mazurach; była ciekawa, jak bardzo wszyscy się zmienili i jak bardzo wciąż są tacy sami. Jeszcze przed końcem roku umówiła się jednak na kawę z Anetą. Ta napisała wprost, że w sylwestrowym zgiełku nie będzie przestrzeni na rozmowę, a ona chciałaby powiedzieć jej kilka rzeczy na spokojnie. Wiedziała już, że koleżanka spotyka się z Kamilem. To był prawie rok od chwili, gdy z niekrytą dumą opowiadała, jak zaprosił ją na tamtą pierwszą imprezę. Cieszyła się ich szczęściem – wiedziała, jak bardzo jej na nim zależało i widziała w jego zaangażowaniu coś, co domykało ich własną historię. Tamto rozstanie bolało ją wtedy bardziej, niż chciała przyznać. Wydawało jej się, że panuje nad emocjami, że potrafi brać rzeczy „tu i teraz”, jak jej wmówił, a ona, naiwna, uwierzyła. Nie kwestionowała sensu decyzji, nie chciała związku na odległość; byłby zaprzeczeniem jego bliskości, której zaczynała potrzebować coraz bardziej. To nie zmieniło jednak faktu, że nie raz pociekły jej jeszcze łzy.

Aneta przyjechała sama. Ledwie usiadły, zaczęła opowiadać o Kamilu – o drobiazgach, o planach, o tym, co ją w nim bawi i co uspokaja. Paulina słuchała uważnie, potakiwała, mówiła, że była pewna, iż wszystko się ułoży. Aneta dziękowała jej, nazywając prawdziwą przyjaciółką, jakby potrzebowała tego potwierdzenia na głos.

– Nawet myślałam, żeby go dziś zabrać – dodała w pewnym momencie – ale nagle powiedział, że ma inne plany. Dziwne. Wydawało mi się, że cię zawsze lubił, nawet podrywał cię. Spławiłaś go jednak wtedy po imprezie.

Paulina uśmiechnęła się krótko, tak jak robiła to zawsze, gdy nie chciała dopowiadać więcej, niż było konieczne. Wzięła łyk kawy i pozwoliła, by rozmowa popłynęła dalej – ku sprawom lżejszym, bezpieczniejszym. A jednak to jedno zdanie zostało z nią na dłużej, ciche i niewygodne, jak drobny kamień w bucie, którego nie da się od razu wyrzucić.

Koleżanka w końcu zapytała o Berlin. O to, jak się tam żyje, czy Paulina kogoś ma, czy miasto już przestało być obce. Odpowiedziała bez upiększeń. Powiedziała, że pierwszy rok studiów był potwornie ciężki – ogrom materiału, ciągła presja, poczucie, że cały czas jest o krok z tyłu i musi gonić. Na prywatne życie właściwie nie było miejsca. Dopiero na drugim roku trochę odżyła, złapała rytm, pozwoliła sobie na oddech. Opowiedziała o Isabelli, przyjaciółce z Włoch. O tym, że spędzają razem sporo czasu, że lubi jej energię i tę włoską lekkość, która dobrze równoważy berlińską surowość. Wspomniała też o jej niemieckim chłopaku – sympatycznym, spokojnym, takim który roztacza wokół siebie sporo ciepła.

Słuchała z zainteresowaniem, co chwilę coś dopowiadając, dopytując o szczegóły. W pewnym momencie uśmiechnęła się porozumiewawczo.

– A ten Thomas, może ma jakichś fajnych kolegów? – rzuciła półżartem.

Ucięła to niemal od razu, bez złości, ale zdecydowanie.

– Nie mam teraz ochoty wchodzić w cokolwiek. Naprawdę.

Aneta skinęła głową, przyjmując to bez dalszych pytań. Paulina poczuła ulgę. To nie był moment na nowe historie, na tłumaczenia, na zaczynanie od zera.

Wracała do domu pieszo. Chciała się przejść, uporządkować myśli, pozwolić im opaść jak kurz po rozmowie. Zimowe powietrze było ostre. Światła ulic odbijały się w mokrym chodniku, a miasto wydawało się całkowicie obojętne na jej sprawy.

Zdjęła płaszcz, odłożyła torbę i poszła od razu na górę, do swojego pokoju. Przez moment stała nieruchomo, patrząc w lustro, wsłuchana w ciszę. Potem sięgnęła po telefon. Nie wahała się długo. Napisała krótko, bez ozdobników, dokładnie tak, jak czuła, że trzeba.

Nie musisz mnie unikać. Aneta nic nie wie, a ja umiem się zachować. Nie narobię ci problemów.

Odłożyła telefon i przebrała się w dres. Zadzwonił po chwili. Kamil. Zawahała się, patrząc na ekran, jakby to imię mogło samo zniknąć. Odebrała dopiero po kilku sekundach.

– Cześć – powiedziała.

– Cześć… – głos Kamila był lekko napięty, jakby mówił szybciej, niż myślał. – Chcę ci coś wyjaśnić. To nie ciebie się boję. Boję się siebie. Paulina… byłaś czymś najcudowniejszym, co mi się przytrafiło. I boję się, że gdybyśmy się zobaczyli, wszystko by wróciło.

Zamilkł na moment, jakby sprawdzał, czy jeszcze słucha.

– Nie próbowałem się z tobą kontaktować, bo uszanowałem twoją decyzję. Zawsze szanowałem twoje decyzje, chyba wiesz. Chociaż byłem bardzo daleki od jej zaakceptowania. Kiedy zostawiłaś mnie na tej plaży, ryczałem przez całą noc. Siedziałem tam sam do rana. Potem... potem czekałem aż do grudnia na jakikolwiek sygnał od ciebie, choćby na jedno słowo. Dopiero wtedy zaprosiłem Anetę na randkę. Nie chcę, żeby to wróciło bo nie chcę zniszczyć tego co mam.

Paulina słuchała w milczeniu.

– Rozumiem, Kamil – powiedziała w końcu. – Dziękuję, że mi to powiedziałeś. Naprawdę. – Zawahała się krótką chwilę. – Wiesz co… nie chcę stawiać cię w głupiej sytuacji. Odpuszczę tę imprezę.

– Dam radę – odezwał się szybko. – Naprawdę, nie musisz.

– Nie – przerwała mu łagodnie, ale stanowczo. – To moja decyzja. Tak będzie lepiej. Może innym razem.

Dodała jeszcze kilka neutralnych zdań, usprawiedliwiając się brakiem czasu, zmęczeniem, innymi planami. Podziękowała mu za telefon.

– Muszę już kończyć – powiedziała.

Po rozłączeniu przez chwilę trzymała telefon w dłoni, jakby jeszcze kontynuowała tę rozmowę w głowie. Położyła go na biurku i otarła łzę z policzka. Zeszła na dół, do rodziców. Usiadła na sofie, podkurczyła nogi, wtuliła się w poduszkę. Milczała patrząc tępo w migające na ekranie telewizora obrazy. Ojciec spojrzał na nią uważnie.

– Coś cię martwi?

– Nie – odpowiedziała po chwili. – Jestem tylko… zamyślona.

– Co, głowa już w Berlinie? – zapytał cicho.

Nie odpowiedziała. Przysunęła się bliżej i oparła o niego, tak jak robiła to od dziecka. Ojciec pogładził ją po włosach.

– Piękne masz te włosy – powiedział po chwili. – Jak byłaś mała, były jeszcze jaśniejsze. Musiałem nauczyć się zaplatać warkocze, bo uparłaś się, że tylko ja mam to robić.

Uśmiechnęła się. Milczeli przez moment, pozwalając, by cisza zrobiła swoje.

– Jesteś szczęśliwa?

Zamknęła oczy. Zastanowiła się.

– Tak… – odpowiedziała po chwili. – Chyba tak.

Ojciec nic już nie powiedział. Objął ją tylko mocniej, jakby to jedno słowo wystarczyło.

Następnego dnia rano spakowała się. Mama wcisnęła jej do bagażnika torbę z jedzeniem. Po drodze zrobiła jeszcze duże zakupy, nie miała ochoty wychodzić z domu przez jakiś czas. Zajęcia na uczelni zaczynały się dopiero za tydzień, a kolejne sesje w Domini miała mieć kilka dni później.

Po południu była już w Berlinie. Wykąpała się, przebrała w miękki sweter i legginsy, zaparzyła herbatę. Usiadła w fotelu przy oknie i otworzyła notatki. Chciała poświęcić kilka najbliższych dni na przygotowanie do sesji zimowej. Najwięcej czasu wymagała psychopatologia kliniczna dorosłych. Przedmiot trudny, wymagający sporo uwagi. Zaburzenia osobowości, mechanizmy obronne, struktury Ja, granice między normą a patologią – wszystko to, co nie daje się sprowadzić do prostych definicji. Profesor była wymagająca; oczekiwała nie tylko znajomości klasyfikacji i teorii, ale umiejętności myślenia klinicznego, łączenia objawów z kontekstem, historii życia, relacją z innymi. Przeglądała konspekty, podkreślenia, własne dopiski na marginesach. Czytała, robiła notatki, zaznaczała ważne fragmenty. Czuła znajome skupienie – ten stan, w którym świat zwęża się do tekstu i myśli, a wszystko inne na chwilę przestaje istnieć. Za oknem Berlin powoli zapadał w zimowy zmierzch. Miasto było ciche jak na swoje standardy. Paulina

Ze skupienia wyrwał ją nagły, suchy odgłos wystrzałów. Podniosła głowę znad notatek, przez chwilę nasłuchując. Wstała i podeszła do okna.

Berlin świętował. Niebo nad Alexanderplatz rozświetlały fajerwerki – krótkie, gwałtowne błyski, potem całe kaskady kolorów rozlewające się nad miastem. Huk niósł się między budynkami, odbijał echem, mieszał z okrzykami i śmiechem dobiegającymi z ulicy. Stała tak przez chwilę, niemal zahipnotyzowana, patrząc, jak światło przecina ciemność i znika.

W szybie zobaczyła swoje odbicie. Uśmiechnęła się do siebie.

– Wszystkiego najlepszego, Lady Fenriss – powiedziała cicho.

Za oknem kolejny wybuch rozświetlił noc, zaczął się Nowy Rok.

40
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.