Ilustracja: AlexFenriss

Wilczyca (XXIX)

26 września 2026

Opowiadanie z serii:
Wilczyca

25 min

Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo kontrowersyjne sceny!

Kolejny rozdział przenosi czytelnika z powrotem do 2024 roku. Dzień z życia Pauliny - rozmowy ze studentami i sesje w studio.

Rozdział XXIX

 Zwyczajny dzień, część 1


Berlin, styczeń 2024


Obudziła się wcześnie, zanim miasto na dobre zaczęło się poruszać. Przez chwilę leżała jeszcze nieruchomo, wsłuchując się w ciszę mieszkania, potem nagle zerwała się. Otworzyła okno, wpuściła chłodne powietrze i zaczęła ćwiczyć.

Czterdzieści pięć minut kalisteniki. Bez muzyki. Bez rozpraszaczy. Rytm wyznaczało ciało: serie pompek, przysiadów, plank, podciąganie na drążku zamontowanym w futrynie. Mięśnie pracowały równo, oddech był kontrolowany. Czuła znajome napięcie. Po treningu prysznic. Ciepła woda, potem krótko chłodna. Włosy zebrane, twarz oczyszczona, minimum kosmetyków. Rutyna była prosta i niezmienna: krem, delikatny makijaż, który niczego nie maskował, tylko podkreślał. Ubrała się swobodnie – miękki golf, obcisłe jeansy.

Śniadanie zjadła przy kuchennym blacie. Jajka, kawa, kromka ciemnego chleba. Jadła spokojnie, bez pośpiechu, przeglądając w telefonie kilka wiadomości, na które nie musiała jeszcze odpowiadać. Zegar nad drzwiami wskazywał dziewiątą z minutami.

Przeszła do gabinetu i włączyła komputer. Usiadła przy biurku, otworzyła pliki, notatki, dokumenty, które czekały od poprzedniego dnia. O dziesiątej włączyła Teams. Kamera po drugiej stronie była już aktywna. Monica – miedzianowłosa, z drobnym kolczykiem w nosie – siedziała przy biurku. Uśmiechnęła się na widok Pauliny.

– Dzień dobry, pani doktor.

Paulina skinęła głową.

– Dzień dobry pani Monico. Dziękuję za punktualność.

Otworzyła notes, zerknęła na oznaczone zakładkami strony i niemal od razu przeszła do rzeczy. Omawiała strukturę rozdziałów, kolejność argumentów, konsekwencję pojęciową. Zwracała uwagę na miejsca, w których Monica zbyt szybko przechodziła od opisu do interpretacji, i na fragmenty wymagające wyraźniejszego rozróżnienia między danymi empirycznymi a komentarzem autorskim.

– Tu potrzebuje pani wyraźniejszego przejścia metodologicznego – powiedziała, zaznaczając fragment. – Sam dobór narzędzi jest sensowny, ale trzeba jasno pokazać, dlaczego są adekwatne właśnie do tej grupy badawczej.

Chwaliła dobór literatury. Była solidna, aktualna, dobrze osadzona w nurcie badań anglosaskich. Doceniła, że Monica sięgnęła nie tylko po klasyczne pozycje, ale też po nowsze artykuły z ostatnich lat, i że potrafiła je ze sobą zestawić, a nie tylko cytować.

– Widać, że czyta pani uważnie i rozumie, co z tych tekstów wynika. To jest dobra baza. Teraz musimy popracować nad precyzją języka i konsekwencją terminologiczną.

Notowała krótkie uwagi, proponowała drobne korekty, wskazywała miejsca do rozwinięcia. Ton miała rzeczowy, wymagający, ale pozbawiony chłodu. Dziewczyna słuchała uważnie, dopytywała, zapisywała wskazówki. Rozmowa trwała blisko czterdzieści minut. Gdy kończyły, plan kolejnych poprawek był jasny. Paulina zamknęła notes.

– Jest jeszcze nad czym pracować, ale idzie pani w dobrą stronę – podsumowała. – Proszę nanieść zmiany i wysłać nową wersję do końca przyszłego tygodnia.

Monica uśmiechnęła się z wyraźną ulgą.

– Dziękuję, pani doktor.

Ekran zgasł. Paulina została sama z ciszą gabinetu i kolejnym punktem dnia, który czekał już w kalendarzu.

Poszła do kuchni i tym razem zaparzyła zieloną herbatę. Parowała lekko, gdy odstawiła kubek na biurku.


O równej godzinie znowu włączyła Teams. Po drugiej stronie obraz był już aktywny. Czekał Amir – ciemnowłosy chłopak o wyraźnie perskich rysach. Miał gęste, czarne brwi, prosty nos i twarz o harmonijnych proporcjach, w których było coś szlachetnego. Patrzył uważnie, z lekkim napięciem, jak ktoś, komu naprawdę zależy.

– Dzień dobry, pani doktor – powiedział.

– Dzień dobry – odpowiedziała, otwierając notes.

Rozmowa od początku potoczyła się inaczej niż poprzednia. Amir był dobrze przygotowany i wyraźnie przywiązany do swojej koncepcji. Gdy Paulina zakwestionowała jeden z kluczowych wniosków, nie przyjął tego bez walki. Argumentował rzeczowo, odwoływał się do danych, doboru próby, a nawet do jednego z cytowanych autorów. Słuchała, pozwalając mu mówić, po czym rozebrała jego tok rozumowania punkt po punkcie.

– Tu upraszcza pan zbyt mocno – powiedziała w końcu. – To założenie nie wynika wprost z danych.

Bronił się jeszcze raz. I drugi. Dopiero po dłuższej polemice skinął głową, przyznając jej rację. Widać było, że nie jest to kapitulacja z grzeczności, lecz przemyślana decyzja.

– Dobrze – powiedział w końcu. – W takim razie poprawię te dwa fragmenty.

Paulina przez chwilę wertowała jeszcze notatki, po czym podniosła wzrok.

– W zamian w rozdziale trzecim ma pan wolną rękę. Proszę tylko jasno uzasadnić wybór perspektywy.

To wyraźnie go ucieszyło, napięcie zniknęło.

– Dziękuję, pani doktor.

Rozmowę zakończyli z konkretnym planem poprawek. Gdy ekran zgasł, dopiła herbatę. Była zadowolona z dzisiejszych rozmów.

Przeciągnęła się leniwie, pozwalając ciału na krótki moment odpoczynku. Zjadła lekki lunch – coś prostego, co nie rozpraszało, raczej domykało poranek niż go przedłużało. Potem łazienka, szybkie spojrzenie w lustro, szczotka do włosów, umycie zębów.

Ubrała kozaki i długie, miękkie futro. Zamknęła mieszkanie i zjechała windą do garażu. Chwilę później była już w samochodzie. Audi ruszyło gładko, wtopiło się w ruch. Kierowała się w stronę Spandau. Dziś miała zaplanowane trzy sesje. Trzy spotkania, każde inne, każde wymagające innej uwagi. Dzień zapowiadał się ciężki. Pomyślała jednak, że zadba o to aby dla uległych był jeszcze cięższy. Uśmiechnęła się.


Pierwszy klient był umówiony na godzinę jedenastą. Znała go wielu od lat. Günter miał około sześćdziesięciu lat – niski, chudy, z tą urzędniczą sylwetką człowieka, który całe życie spędził przy biurku i w korytarzach różnych instytucji. Zawsze imponowała jej jego wytrzymałość: nie na pokaz, raczej uparta, cicha, jakby ból był dla niego czymś, co można oswoić konsekwencją.

Do tej sesji ubrała jednoczęściowy catsuit z czarnej skóry, rękawiczki, wysokie kozaki i czapkę oficerską. Strój był czytelny – nie zostawiał miejsca na domysły, nie zapraszał do negocjacji. I rzeczywiście, ta sesja nie potrzebowała długiego otwarcia.

Po przywitaniu zajęła miejsce na tronie. Gestem wskazała mu, gdzie ma uklęknąć, i kazała wyznać wszystkie grzechy. Mówił długo, z widocznym skupieniem, starając się niczego nie pominąć. Słuchała z uwagą pozwalając, by cisza między kolejnymi zdaniami narastała.

Gdy skończył, odczekała jeszcze chwilę.

– Wiem, że zataiłeś jeszcze coś – stwierdziła w końcu. – Masz jeszcze jedną szansę.

Poprawił się. Dopowiedział. Tym razem krócej, ostrożniej. Skinęła głową, jakby przyjmowała raport. Wtedy wyznaczyła karę. Spokojnie, rzeczowo, bez podnoszenia głosu. Dla Güntera najważniejsza była właśnie ta klarowność: zasady, konsekwencja, brak wahania. Dwieście uderzeń.

Poleciła mu wejść na drewnianą ławkę. Zrobił to natychmiast. Unieruchomiła go pasami, sprawdzając ich ułożenie i napięcie.

– Dwieście. Licz.

Egzekwowała karę etapami. Najpierw trzcinki: równe, powtarzalne, prowadzone według ustalonego rytmu. Potem sjambok. Dopiero wtedy zaczął krzyczeć, ale do samego końca nie poddał się.

Gdy skończyła, odpięła pasy w tej samej kolejności, w jakiej je zakładała. Uklęknął i podziękował jej. Gdy wrócił spod prysznica siedzieli jeszcze kilkanaście minut i rozmawiali. Do kolejnej sesji miała godzinę. Usiadła w swojej garderobie i wzięła telefon. Wysłała krótką wiadomość do Michała. Kilka dni temu odkrył prawdę o niej. Pomimo, że obiecywał dyskrecję, ta sytuacja była dla niej kolejnym ostrzeżeniem, a może sygnałem, że ma być jeszcze ostrożniejsza. Nie miała wątpliwości co do jego zapewnień, po prostu był kolejną osobą, która ją zdemaskowała.


Kolejna sesja miała być inna, bardziej złożona.

Stefan pojawiał się rzadziej, zawsze z dłuższymi przerwami, jakby potrzebował czasu, by wszystko w nim dojrzało. Był prominentnym politykiem koalicji rządowej, w randze wiceministra – twarzą znaną z konferencji prasowych, korytarzy w Reichstagu i kontrolowanych uśmiechów. Paulina lubiła go. Nie dlatego, że był kimś ważnym – to nie miało dla niej żadnego znaczenia – lecz z powodu jego wyobraźni. Stefan potrafił myśleć w kategoriach sytuacji, a nie rekwizytów. Jego fantazje nie były katalogiem fetyszowych ubrań ani listą oczekiwań, lecz strukturami: klaustrofobicznymi, logicznymi, osadzonymi w poczuciu nieuchronności. Zazwyczaj obracały się wokół uwięzienia, przesłuchań, zawieszenia w czasie, braku jasnej winy i jeszcze bardziej niejasnej kary. Inspiracja Franzem Kafką była wyraźna, niemal ostentacyjna – ale nigdy nachalna. Było w tym coś z Procesu i coś z koloni karnej: absurd spleciony z bezlitosną konsekwencją.

Zwykle nie znosiła, gdy ktoś próbował narzucać jej scenariusz. Takich klientów szybko wyeliminowała, odbierała to jako formę kontroli, a tego nie tolerowała. W przypadku Stefana było inaczej. Wszystko, co pisał, wszystko, o czym mówił – trafiało dokładnie w przestrzeń, którą sama dobrze znała i którą lubiła eksplorować. Nie musiała niczego poprawiać, łagodzić ani upraszczać. Wystarczyło, że przejmowała to, co proponował, i porządkowała według własnych zasad. Był w tym element wspólnego języka. Zrozumienie, że władza nie musi być głośna ani efektowna. Że największy ciężar ma cisza, procedura, formalny ton, który nie pozostawia miejsca na negocjacje. Stefan doskonale to czuł – i właśnie dlatego mógł jej zaufać.

Tym razem sesja miała trwać cztery godziny.

Pierwsze pół godziny było jedynie wprowadzeniem – krótkim przyjęciem, jak określano to w dokumentacji studia, choć w praktyce miało ono niewiele wspólnego z gościnnością. Przeprowadzała je inna domina: Mistress Severija. Pochodziła z Litwy, była jasnowłosa, o chłodnej cerze i ostrych rysach twarzy, które sprawiały wrażenie niemal kamiennych. Jej styl niewiele różnił się od Fenriss – był równie surowy, pozbawiony jakiejkolwiek miękkości. To ona miała brutalnie wprowadzić zatrzymanego w świat więziennych reguł. Inspekcja celi była szybka, beznamiętna. Severija poruszała się po pomieszczeniu, jakby sprawdzała stan techniczny obiektu, nie człowieka. Informowała krótko, rzeczowo: co wolno, czego nie wolno, co jest przywilejem, a co zostanie odebrane bez ostrzeżenia. Kazała cytować z pamięci regulamin, bijąc go pejczem przy nawet najdrobniejszej pomyłce lub zawahaniu. Każde wypowiedziane przez nią zdanie miało charakter rozkazu, co tylko potęgowało wrażenie, że znalazł się w miejscu, w którym nie istnieje żadna forma odwołania. Kończąc inspekcję poinformowała go również, że to dopiero początek. Że po etapie wstępnym zostanie przekazany do przesłuchania u kapitan Fenriss i że wyśpiewa wszystko już po kilku minutach. Zamknęła drzwi i zgasiła światło. Został sam, całkowicie odcięty od świata, który przestał dla niego istnieć.

Paulina nie musiała się przebierać po poprzedniej sesji. Catsuit z czarnej skóry nadawał się idealnie. Na niego założyła jedynie długi skórzany płaszcz, ciężki, zapinany wysoko, ze srebrnymi insygniami na ramionach i kołnierzu – identycznymi jak te na czapce. Całość tworzyła spójną, jednoznaczną sylwetkę oficer śledczej. W części więziennej studia było chłodniej niż w pozostałych pomieszczeniach. Temperatura była ustawiona celowo, miała być na tyle niska, by powodować dyskomfort fizyczny, a ciało nie mogło się rozluźnić. Betonowe ściany, metalowe elementy i stłumione światło sprawiały, że czas zdawał się tu płynąć inaczej – wolniej, ciężej.

Po godzinie, którą spędził samotnie w celi, Severija wyprowadziła więźnia. Jej dłoń spoczywała na jego karku nie po to, by prowadzić, lecz by przypominać, że każdy krok odbywa się za jej przyzwoleniem. Korytarz był wąski, niemal ascetyczny – brak okien, światło prowadzone liniowo. Dźwięk kroków odbijał się głucho, jak w podziemiach.

Pokój przesłuchań był surowy do granic abstrakcji. Beton, prostokątne biurko z metalu, jedna lampa stojąca na blacie, dająca ostre, bezlitosne światło. Podłoga zimna, pozbawiona jakiegokolwiek wykończenia, jakby nie przewidziano tu dłuższego przebywania ludzi – jedynie ich obecność chwilową, tymczasową.

Więzień był nagi. Severija zatrzymała się przy drzwiach, zameldowała przyprowadzenie zatrzymanego. Paulina siedziała już przy biurku. Na początku widział jedynie kontur postaci, plamę w ostrym świetle. Dopiero po kilku sekundach oczy zaczęły się przyzwyczajać. Zarys twarzy wyostrzył się powoli – delikatne rysy, jasna cera, niemal eteryczna uroda. Wyglądała młodo, spokojnie, wręcz łagodnie. Ten kontrast uderzył go z opóźnieniem: anielska twarz w miejscu, które nie znało litości. To napięcie – pomiędzy tym, co widział, a tym, co rozumiał – było pierwszym pęknięciem. Severija bez słowa posadziła go na specjalnym krześle i przypięła pasami. Ruchy miała zdecydowane, dokładne, techniczne. Sprawdziła napięcie każdego z nich, jakby dokonywała rutynowej kontroli sprzętu. Gdy skończyła, skinęła krótko głową w stronę Pauliny i wyszła bez słowa, zamykając za sobą drzwi. Był całkowicie unieruchomiony a kształt mebla powodował, że nogi miał rozchylone, eksponując genitalia.

Zostali sami.

Fenriss przez dłuższą chwilę nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Przeglądała dokumenty leżące na biurku, kartkując je powoli. Szelest papieru w ciszy pomieszczenia brzmiał nienaturalnie głośno. Czas rozciągał się, pozbawiony punktów odniesienia. W końcu uniosła wzrok. Jej głos był łagodny, niemal uprzejmy.

– Czy wie pan, z jakiego powodu się tu znalazł?

Zaprzeczył. Szybko. Zbyt szybko.

Paulina skinęła głową, jakby właśnie tego się spodziewała.

– Jest pan oskarżony o szpiegostwo, a dowody są naprawdę poważne.

Zrobiła krótką pauzę, pozwalając, by słowa osiadły.

– Ale proszę się nie niepokoić – dodała tym samym tonem. – Na pewno uda się wszystko wyjaśnić.

Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, był niemal niedostrzegalny.

Zadawała pytania spokojnie, metodycznie. Dotyczyły nazwisk, spotkań, miejsc, drobnych rozbieżności w kalendarzu. Nic nie brzmiało jak oskarżenie. Raczej jak próba uporządkowania faktów, które – jak sugerowała forma – dawno już były znane. Stefan odpowiadał coraz dłużej. Coraz mniej precyzyjnie. W pewnym momencie zaczął się plątać, wracać do wcześniejszych wątków, poprawiać samego siebie. Zaprzeczał. Uparcie. Zbyt uparcie jak na kogoś, kto twierdził, że nie ma nic do ukrycia.

Wstała. Nie było w tym żadnego nagłego ruchu ani oznaki zniecierpliwienia. Po prostu zamknęła teczkę, odsunęła krzesło i podeszła do wieszaka stojącego przy ścianie. Zdjęła z niego pejcz. Przez krótką chwilę ważyła go w dłoni, po czym uśmiechnęła się i położyła go na biurku – starannie, równolegle do krawędzi. Usiadła na blacie, dokładnie naprzeciwko niego. Położyła stopę na jego udzie. Nie naciskała. Gest był bardziej informacją niż działaniem. Jego wzrok mimowolnie opadł na lśniące kozaki, idealnie wypolerowane, niemal zbyt czyste jak na to miejsce. Poły skórzanego płaszcza rozchyliły się, odsłaniając nogi w dopasowanych spodniach. Kontrast pomiędzy elegancją a sytuacją stał się jeszcze wyraźniejszy. Jej twarz pozostawała łagodna.

– Na pewno pan nie pamięta? – zapytała cicho. – Czy mogę w jakiś sposób odświeżyć pana pamięć, jakoś pomóc?

Zaprzeczył. Nerwowo. Zbyt szybko, jakby bał się ciszy po pytaniu. Przez moment przyglądała mu się w milczeniu. Potem wstała, wzdychając ciężko – gestem, w którym było więcej zawodu niż gniewu.

– Myślałam, że będzie pan współpracował. że pójdzie nam szybko i bezboleśnie. Chciałam dziś spotkać się z moim narzeczonym, zrzucić ten mundur, poczuć się kobietą.

Stefan natychmiast zaprotestował. Mówił, że przecież współpracuje. Że odpowiada na pytania. Że niczego nie ukrywa.

– Nie – powiedziała spokojnie. – Ukrywanie prawdy to nie jest współpraca.

Zatrzymała się obok biurka, jej dłoń spoczęła na pejczu.

– To tylko jej imitacja. A ja na to nie dam się nabrać.

Uniosła bat i stanęła przed nim. Nie spieszyła się.

– To jak będzie? – zapytała.

– Ale ja naprawdę nic… – zaczął.

Nie zdążył dokończyć.

Pierwsze uderzenie spadło na jego bark. Potem kolejne. Rytm był nierówny, celowo łamany, pozbawiony schematu, który mógłby dać namiastkę poczucia kontroli. Zacisnął zęby, ciało zesztywniało, ale po chwili znów zaczął mówić. Powtarzał, że nic nie wie. Że nie ma nic do dodania. Biła go coraz mocniej, po czym nagle przerwała. Odłożyła pejcz na biurko. Odwróciła się i podeszła do ściany. Stał tam metalowy stolik na kółkach, prosty, industrialny, z matowej stali. Chwyciła za jego krawędź i przesunęła go bliżej. Kółka zaskrzypiały cicho na zimnej podłodze. Zatrzymała go dokładnie w zasięgu światła lampy, po czym spojrzała na Stefana – uważnie, bez emocji.

– Widzi pan – powiedziała łagodnie – ja naprawdę chcę panu pomóc. Ale do tego potrzebuję prawdy, nie deklaracji.

Oparła dłoń o blat stolika, jakby sprawdzała jego stabilność.

– Proszę się zastanowić jeszcze raz. Spokojnie.

Zdjęła płaszcz i odwiesiła go na wieszaku przy ścianie. Skóra opadła ciężko, niemal bezgłośnie. Potem powoli ściągnęła rękawiczki. Westchnęła ciężko. Nie był to gest zniecierpliwienia ani emocji. Raczej sygnał zmiany etapu. Jakby zamykała jedną procedurę i otwierała następną.

Wyjęła z kartonika parę czarnych, lateksowych rękawiczek i założyła je, dopasowując materiał do palców. Spojrzała na niego uważnie. Więzień siedział nieruchomo, wyraźnie podenerwowany, jakby już teraz przewidywał kolejny etap. Sięgnęła po niewielką tubę i gazik. Zwilżyła żelem jego sutki, penisa i jądra. Następnie podpięła przewody. Klamry, chłodne i czarne, trafiły dokładnie tam, gdzie powinny. Każdą przypinała pewnym ruchem, sprawdzając stabilność połączenia. Gdy zacisnęła jedną z nich, wyrwał mu się krótki syk – nie zaskoczył jej ani na moment.

– Proszę oddychać – powiedziała łagodnie. – To tylko procedura, wiem, że może trochę szczypać od tych zacisków.

Usiadła na krześle obok stolika, blisko więźnia. Z tej perspektywy widziała jednocześnie jego twarz i panel urządzenia. Przez chwilę obserwowała wskaźniki, jakby upewniała się, że wszystko jest gotowe.

Zaczęła naciskać przyciski – krótko, pewnie, w ustalonej kolejności. Po chwili rozległ się cichy sygnał potwierdzający aktywację. Przekręciła potencjometr. Zatrzymała go na dwudziestu procentach. Nacisnęła przycisk. Stefan zesztywniał. To nie był jeszcze ból. Raczej nagłe, obce wrażenie – jakby prąd przebiegł pod skórą cienką, nerwową falą. Mrowienie, które pojawiło się jednocześnie w kilku miejscach, trudne do zlokalizowania, niemożliwe do zignorowania. Odruchowo wciągnął powietrze, palce dłoni napięły się na pasach.

Paulina obserwowała reakcję bez komentarza. Spojrzała na wskaźniki. Linia była stabilna.

– To dopiero dwadzieścia – powiedziała spokojnie. – Urządzenie pracuje w skali do stu. Trudno sobie wyobrazić taki ból, prawda?

Nie brzmiało to jak ostrzeżenie. Raczej jak informacja.

Przełknął ślinę. Mrowienie nie znikało – przeciwnie, utrzymywało się, pulsowało lekko, jak przypomnienie, że system już działa. Że to nie była próba, lecz początek.

Fenriss położyła dłoń na potencjometrze, nie zwiększając jeszcze ustawień.

– Proszę mówić – dodała łagodnie. – Im szybciej pan sobie przypomni, tym krócej to potrwa.

I znów zapadła cisza, w której jedynym dźwiękiem był cichy szum urządzenia pracującego na dwudziestu procentach.

– No? – zapytała, tym razem z ledwie wyczuwalnym zniecierpliwieniem. – To jaka będzie odpowiedź?

Nie zmieniła ustawień. Jej palce spoczywały spokojnie na panelu, jakby cierpliwość była wyborem, nie ograniczeniem.

– Przypomni pan sobie osoby, z którymi pan rozmawiał i którym, zupełnie przypadkiem, powiedział pan o jedno zdanie za dużo? Chciałabym tylko potwierdzić zeznanie świadka.

Więzień otworzył usta, po czym je zamknął. Mrowienie nie ustępowało, przeciwnie – stało się bardziej wyraźne, jak tło, od którego nie dało się już uciec. Spróbował poruszyć ramionami, odruchowo, ale pasy przypomniały o sobie natychmiast.

– Ja… nie wiem, o czym pani mówi – powiedział w końcu, zbyt wolno, zbyt ostrożnie.

Skinęła głową, jakby notowała tę odpowiedź w myślach.

– Rozumiem – odparła. – W takim razie spróbujmy inaczej.

Palec poruszył się minimalnie. Wskaźnik drgnął, ledwie o kilka kresek. Wciąż daleko od granicy, o której wspomniała wcześniej, ale wystarczająco, by zmienić charakter bodźca – z obecności w coś, co zaczynało wymuszać uwagę. Jednocześnie nieco zmniejszyła częstotliwość fal. Przy czterdziestu procentach reakcja była już niemożliwa do zignorowania. Gwałtownie wciągnął powietrze, jakby ktoś uderzył go od środka. Mrowienie stało się głębsze, bardziej skupione, przechodząc w serię krótkich, nerwowych impulsów, które wymuszały bolesne napięcie mięśni. Ramiona same uniosły się o kilka centymetrów, plecy wygięły się odruchowo, a palce dłoni zacisnęły się na pasach, choć nie miał już nad nimi pełnej kontroli. Z gardła wyrwał się stłumiony jęk, który natychmiast próbował zdusić. Oddech stracił rytm – stał się płytki, poszarpany. Przez moment wyglądało, jakby próbował skupić się na czymś innym, znaleźć punkt zaczepienia, ale ból wracał falami, każda kolejna bardziej natarczywa. Nie krzyczał. Jeszcze nie, ale ciało zaczęło zdradzać go szybciej, niż pozwalały na to słowa.

– To nie jest test pamięci – dodała spokojnie. – To test prawdomówności.

Uniósł wzrok. Po raz pierwszy spojrzał jej prosto w twarz. Była niezmiennie opanowana, niemal uprzejma. Jakby naprawdę zależało jej tylko na jednym: żeby wszystko się zgadzało w dokumentach.

– Proszę zacząć od nazwisk – powiedziała cicho. – Reszta przyjdzie sama.

Mówił coraz szybciej, coraz mniej składnie.

– Ja naprawdę nic nie wiem… proszę… błagam, przerwijmy to. Jestem niewinny.

Słowa wyprzedzały oddech, nakładały się na siebie, jakby same próbowały znaleźć wyjście. Głos drżał, raz unosił się, raz załamywał, zdradzając napięcie, którego nie potrafił już kontrolować.

Patrzyła na niego uważnie, z lekkim, niemal rozbawionym uśmiechem. Jej palce w lateksowej rękawiczce spoczęły na potencjometrze i zaczęły go delikatnie głaskać, jakby sam dotyk był już częścią rozmowy.

– No? – odezwała się w końcu, tym samym służbowym, rzeczowym tonem. – Cały czas liczę na współpracę.

Zatrzymała palce, nie zwiększając jeszcze ustawień.

– Rzeczową współpracę – doprecyzowała. – A nie zasłanianie się brakiem pamięci i… emocjami.

Oparła się wygodniej na krześle, nie spuszczając z niego wzroku.

– Proszę się uspokoić – dodała chłodno. – I odpowiadać na pytania.

– Nazwiska. Tylko tyle.

Nie czekała na jego odpowiedź. Potencjometr przesunął się zdecydowanie dalej. Wskaźnik zatrzymał się na sześćdziesięciu. Reakcja była natychmiastowa. Szarpnął się gwałtownie, jakby prąd przeszedł przez niego falą, która nie dawała się już rozproszyć. Z jego ust wyrwał się krótki, niekontrolowany krzyk. Zaraz potem zaczął mówić – chaotycznie, urywanymi zdaniami, prosząc, żeby to przerwała, zapewniając o niewinności, obiecując współpracę.

Nie zareagowała. Zmieniła ustawienia – impulsy stały się rzadsze, ale wyraźniejsze, każdorazowo zapowiadane krótką ciszą, która działała niemal gorzej niż sama fala. Kiedy nadchodziła, znów krzyczał, jakby ciało uczyło się przewidywać, a nie potrafiło się przygotować.

Patrzyła na niego coraz bardziej rozbawiona. W spojrzeniu pojawiła się też nuta zniecierpliwienia. Wstała. Podeszła do jednego z wieszaków przy ścianie i zdjęła z niego knebel. Kazała mu otworzyć usta i wepchnęła czarną gumową kulę, zapinając pasek z tyłu głowy.

– Tak będzie lepiej – stwierdziła chłodno.

Spojrzała na wskaźniki.

– Teraz możemy kontynuować – powiedziała rzeczowo. – Bez zbędnych zakłóceń.

Potencjometr przesunął się jeszcze dalej. Wskaźnik wspiął się wyraźnie powyżej poprzedniego poziomu zatrzymując na osiemdziesięciu. Reakcja była natychmiastowa – ciało Stefana napięło się gwałtownie, jakby próbowało uciec wbrew pasom. Szarpał się, wyginał, próbował coś powiedzieć, ale dźwięk grzązł, pozbawiony formy i sensu.

Paulina obserwowała go z nieukrywaną satysfakcją.

– Ojej… – powiedziała miękko, niemal rozbawiona. – Podaje mi pan nazwiska?

Pochyliła głowę, jakby naprawdę próbowała zrozumieć.

– Proszę wyraźniej. Nic nie rozumiem. To chyba przez ten knebel, ciągle popełniam ten sam błąd.

Palce znów poruszyły się na panelu. Charakter impulsów zmienił się – przerwy wydłużyły się i stały bardziej nieregularne. Więzień spojrzał na nią błagalnie, oczy miał szeroko otwarte, pełne paniki i desperackiej nadziei, że tym razem jednak przerwie. Nie przerwała, odchyliła się tylko na krześle. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, który tym razem nie miał już nic wspólnego z uprzejmością.

– Widzi pan – powiedziała spokojnie – ja naprawdę próbuję panu pomóc. Ale jeśli nie potrafi pan mówić, to będziemy musieli poszukać innych sposobów komunikacji.

Jej spojrzenie wróciło na wskaźniki. Urządzenie pracowało stabilnie. System funkcjonował bez zarzutu.

– Proszę się nie męczyć – dodała chłodno. – Jeszcze mamy czas.

Wskaźnik przesunął się nieco dalej.

Reakcja była gwałtowna i natychmiastowa. Stefan szarpał się w pasach, całe ciało pracowało przeciwko ograniczeniom, jakby próbowało wyrwać się z sytuacji, której nie potrafił już pojąć. Dźwięki, które wydawał, nie przypominały słów. Były chaotyczne, pozbawione sensu, jakby mowa przestała być użyteczna.

Patrzyła na niego uważnie i po raz pierwszy zmieniła formę przechodząc na ty.

– Będziesz grzeczny i powiesz mi, czy mam ci usmażyć jaja?

Zatrzymała na moment impulsy. Dała mu chwilę. Skinął głową. Zbyt szybko. Zbyt desperacko. Nie cofnęła ręki.

– Jesteś pewien? – zapytała cicho.

Palce wciąż spoczywały na pokrętle. Nie poruszała nim jeszcze, ale sama groźba wystarczała. W jego oczach pojawił się czysty strach i panika. Zaczął kręcić głową, próbował zaprzeczyć, jakby chciał cofnąć zgodę, zanim stanie się faktem.

Paulina nie odpowiedziała słowami. Wskaźnik drgnął jeszcze o kilka stopni. Ciszę pomieszczenia przerwał jego krzyk.

Wyłączyła urządzenie. Cisza, która zapadła, była niemal namacalna. Oddychał ciężko, jak ktoś, kto dopiero teraz zrozumiał, że nadal żyje.

Paulina nachyliła się lekko do przodu.

– Opowiesz mi wszystko? – zapytała już normalnym, rzeczowym tonem.

Skinął głową. Tym razem wolno. Świadomie.

Spojrzała na panel i upewniła się, że napięcie pozostaje wyłączone.

– Dobrze – powiedziała. – W takim razie zaczynamy od początku.

Zdjęła mu knebel.

– Słucham.

Zaczął mówić natychmiast. Oddychał ciężko, urywanie, jakby każde zdanie musiało przeciskać się przez ciało, które jeszcze nie wróciło do równowagi. Opowiadał chaotycznie, cofając się w czasie, plącząc nazwiska, miejsca i spotkania. Wspominał rozmowy, które miały być nieformalne. Kolacje. Przypadkowe uwagi wypowiedziane zbyt swobodnie. Kontakty, które – jak teraz twierdził – nie miały żadnego znaczenia.

– Jeśli mnie pan okłamuje – powiedziała spokojnie – wrócimy do maksymalnych ustawień.

– Nie… nie, błagam – wyrwało mu się. – Mówię prawdę.

Opowiadał dalej. Dłużej. Ostrożniej. Jak ktoś, kto próbuje już nie przekonać, lecz przetrwać.

Fenriss słuchała uważnie.

– Czy to wszystko? – zapytała w końcu.

Potwierdził. Kilka razy. Zbyt gorliwie.

Zdjęła rękawiczki lateksowe i odłożyła je na stolik. Otworzyła teczkę leżącą obok biurka. Wyjęła z niej kopertę, rozcięła ją i wysunęła kilka kartek. Przejrzała je szybko. Zadała dwa pytania uzupełniające. Krótkie. Precyzyjne. Takie, na które nie dało się odpowiedzieć ogólnikiem.

Gdy skończył, skinęła głową.

– Dziękuję za złożenie wyjaśnień – powiedziała oficjalnie. – Niestety, z uwagi na ich treść i fakt, że stanowią przyznanie się do winy, musi pan zostać u nas dłużej.

Uśmiechnęła się zimno.

Podeszła do niego i sprawnie odpięła elektrody. Potem sięgnęła po swoje skórzane rękawiczki. Powoli wsunęła w nie dłonie. Zdjęła z wieszaka gumową trzcinkę. Nie komentowała. Nie tłumaczyła. Ten etap nie należał już do przesłuchania.

Bez ostrzeżenia zaczęła bić go po wewnętrznej stronie ud. Szybko i mocno, już po chwili jego reakcje znowu stały się gwałtowne, nieskoordynowane. Krzyczał coraz głośniej, aż nagle wyrzucił z siebie jedno słowo – krótkie, ostre:

– Żółty! Żółty! Żółty! Błagam.

To było hasło bezpieczeństwa. Natychmiast przerwała.

Cisza zapadła gwałtownie, jakby ktoś odciął ją nożem. Patrzył na nią tępym, nieobecnym wzrokiem, oddychając ciężko.

– Przepraszam… – powiedział w końcu. – Nie dam rady już. Nie mogę…

Głos mu się załamał. Zamilkł. Po chwili zaczął płakać – bezgłośnie, bez kontroli.

Przyglądała mu się przez moment.

– Dasz radę – powiedziała cicho.

Pokręcił głową.

– Nie. Naprawdę nie Lady Fenriss.

Zmieniła ton. Stał się miękki, niemal ciepły.

– Tylko dziesięć – dodała.

Podeszła bliżej. Dotknęła jego policzka.

– Zrobisz to dla mnie, prawda?

Patrzył na nią długo. W jego spojrzeniu nie było już oporu, tylko zmęczenie i rezygnacja. Skinął głową.

Nie dlatego, że chciał. Dlatego, że nie widział już innej możliwości.

Podeszła do wieszaka i sięgnęła po cienką, elastyczną trzcinkę, która była zaskakująco ciężka.

Ciszę przerwał nagły, urwany krzyk – krótki, niekontrolowany. Potem następny. Biła metodycznie, równym tempem nie zwracając uwagi na spazmy bólu. Gdy skończyła, odłożyła narzędzie na swoje miejsce i nacisnęła niewielki przycisk ukryty pod blatem.

Drzwi otworzyły się po chwili. Do pomieszczenia weszła Severija.

– Przyznał się, pani kapitan? – zapytała rzeczowo.

Paulina skinęła głową.

– Zawsze się przyznają. Zabrać do celi.

Podeszła do Stefana. Nałożyła mu na głowę worek i odpięła. Czekała aż wstanie, niecierpliwie uderzając pejczem o cholewkę. Drzwi zamknęły się za nimi głośnym uderzeniem.

Paulina została sama. Usiadła przy biurku i zaczęła porządkować dokumenty. Na jednej z kartek – tej, którą wyjęła z koperty – widniały cztery nazwiska. Zapisane jego ręką, jeszcze przed sesją. Uśmiechnęła się. Gdy wychodziła w stronę garderoby, przez korytarz niosły się stłumione odgłosy bicia przeplatane urywanymi słowami, który brzmiały bardziej jak skarga niż jak argument:

– Przecież… współpracowałem…

Nie zatrzymała się.

Ostatnia tego dnia sesja była zaplanowana na dwie godziny. Miała jeszcze pół godziny do rozpoczęcia.

Klient przyjechał z Polski. Podobno był bardzo znanym dziennikarzem, celebrytą. Polskiej telewizji nie oglądała od dawna. Właściwie nie oglądała, od kiedy wyprowadziła się od rodziców na Osiedle Mickiewicza. Robert był jedną z tych osób, których twarz zna się z ekranów i okładek kolorowej prasy, a głos z różnych programów rozrywkowych i podcastów.

Ta sesja miała być inna miała być inna od poprzednich. Nie przyjmowała roli oprawczyni ani profesjonalnej kapitan Fenriss. Tym razem miała być kimś zupełnie innym – piękną, uwodzicielską dziewczyną, która pozwalała swojemu chłopakowi adorować fetysze w zamian za ból. Estetyka była kluczowa: pończochy, długa skórzana sukienka, długie rękawiczki, wysokie szpilki. Każdy element miał znaczenie, każdy był częścią obrazu, który działał na wyobraźnię. Sesja odbywała się w pomieszczeniu bardziej przypominającym luksusowy salon niż studio. Nastrojowe światło, ciężkie zasłony, zapach kadzidełek i cisza – przerywana jedynie dźwiękiem jej kroków. Nie było tu krzyków ani rozkazów. Wszystko opierało się na napięciu i oczekiwaniu.

Pozwalała mu adorować detale: buty, rękawiczki, pośladki, stopy. Robił to z nabożną czcią, jakby każdy dotyk był formą wyznania. Warunek był zawsze ten sam i nigdy niezmienny: najpierw musiał cierpieć. Bez tego nie było przywilejów. Na środku pomieszczenia stał koziołek. Co jakiś czas mężczyzna musiał na niego wejść. Paulina używała ratanowych trzcinek, prowadząc całość z mieszanką zimnego opanowania i uwodzenia, które tylko potęgowało intensywność chwili.

Na końcu była długa gra w tease and denial. Cisza, napięcie, obietnica, która długo nie miała zostać spełniona. Był cały czas na krawędzi, a ona mistrzowsko dozowała ból i podniecenie. Po sesji siedzieli jeszcze długo i rozmawiali. Po angielsku. O rzeczach pozornie zwyczajnych, o podróżach, książkach, pracy. Był niesamowicie inteligentny i elokwentny. Nie zdradziła mu, skąd pochodzi. Nie pytał, choć zaniepokoiło ją, że już drugi raz powiedział, że skądś ją zna, gdzieś widział jej twarz, a on ma pamięć do twarzy. Powiedziała mu, że pracuje na uniwersytecie, może tam ją zobaczył. Zaprzeczył, na wykładach u niej przecież nigdy nie był. Pożartowali jeszcze chwilę. Obiecał, że wróci za dwa miesiące. Zawsze wracał. Pożegnali się uściskiem dłoni i niemal przyjacielskim pocałunkiem w policzki. Lubiła go.

Poszła się przebrać. W garderobie poprawiła makijaż – mimo serii sesji był oszczędny, niemal niewidoczny. Włożyła prosty golf, jeansy i kozaki. Zsunęła włosy za ucho, sprawdziła odruchowo, czy wszystko jest na swoim miejscu, i wyszła.

Stefan czekał już w saloniku. Miał na sobie garnitur, znów wyglądał jak pewny siebie polityk, do którego przywykli dziennikarze i kamery. Tylko twarz zdradzała wysiłek i ból ostatnich godzin – cień pod oczami, napięcie w szczęce, ślad koncentracji, która jeszcze nie zdążyła opaść. Paulina nie zdążyła domknąć drzwi, gdy dołączyła Severija.

Spojrzał na obie, jakby przez moment zbierał myśli. A potem zaczął mówić. Najpierw wolno, ostrożnie, jakby szukał właściwego tonu. Po chwili już płynnie, z rosnącym ożywieniem. Powiedział, że były niesamowite. Że to, co zbudowały, było absolutnym mistrzostwem. Że ta sytuacja bez wyjścia – precyzyjna, logiczna, nieuchronna – działała silniej niż jakikolwiek nadmiar środków. Że niepewność była najgorsza i najlepsza zarazem. Że ból nie był celem, lecz językiem, którym całość się komunikowała. Że przez długi czas nie wiedział, czy to jeszcze gra, czy już system, i właśnie to było najcenniejsze. Kobiety wymieniły krótkie spojrzenie i uśmiechnęły się. Podziękowały mu bez fałszywej skromności. Przyjęły uznanie tak, jak przyjmuje się potwierdzenie dobrze wykonanej pracy. Mężczyzna, wyraźnie ośmielony, dorzucił pomysł. Powiedział, że kiedyś chciałby zostać przez nie porwany. Że ma dom w Schwarzwaldzie i że okolica nadawałaby się idealnie – odosobniona, cicha, z lasami, które same narzucają narrację.

Severija spojrzała z lekkim zainteresowaniem.

– Brzmi jak pomysł na kolejną sesję – powiedziała.

Paulina skinęła głową, po czym dodała spokojnie:

– Tyle że miejsce wybierzemy same.

Natychmiast przytaknął. Przeprosił za śmiałość, zapewnił, że oczywiście rozumie. Mimo to zaproszenie podtrzymał – mówił, że okolica jest naprawdę piękna.

Dochodziła dwudziesta. Paulina zerknęła na telefon i napisała krótką wiadomość. Rozmawiali jeszcze kilkanaście minut, już lżej, jak starzy znajomi po długim spotkaniu.

W końcu wstała.

– Muszę uciekać – powiedziała z uśmiechem. – Jestem umówiona.

Pożegnali się serdecznie, jakby to nie była wizyta w studiu, lecz kolejne spotkanie ludzi, którzy dobrze się znają i wiedzą, że prędzej czy później znów się zobaczą.

Będąc już na korytarzu zerknęła w aplikację pogodową. Zapowiadali śnieg. Niby nic zaskakującego w styczniu. Założyła futro, potem szal, rękawiczki. Z torebki wyjęła czapkę – szarą, zupełnie niepasującą do reszty, z innego porządku estetycznego. Przez chwilę wahała się, po czym wciągnęła ją na głowę. Lepsze to niż nic. Rzuciła szybkie ,,do zobaczenia” dziewczynie w recepcji i kierowała się do windy. Zjeżdżając w dół, patrzyła na swoje odbicie w lustrze, odruchowo poprawiła mankiet rękawiczki. Winda zatrzymała się na parterze. Gdy drzwi się rozsunęły, poczuła chłód wdzierający się do wnętrza budynku. W powietrzu unosiły się pojedyncze płatki śniegu.

51
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.