Wilczyca (XXX)
2 października 2026
Wilczyca
37 min
Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo kontrowersyjne sceny!
Rozdział XXX
Zwyczajny dzień, część 2
Bydgoszcz, styczeń 2024
Michał siedział w nowoczesnym biurze swojej firmy, pochylony nad stertą dokumentów, które od dłuższego czasu przestały cokolwiek znaczyć. Przesuwał wzrok po tabelach, stawiał znaki przy pozycjach do korekty, podpisywał faktury przeglądając niemal automatycznie znajdujące się na nich pozycje. Wszystko działało jak dobrze naoliwiony mechanizm, tylko myśli uparcie krążyły gdzie indziej. Od kiedy odkrył prawdę o Paulinie, wciąż wracało do niego jej chłodne spojrzenie i uśmiech, który nigdy nie był zaproszeniem, a jednak potrafił przyciągać mocniej niż jawna obietnica. Ciszę w gabinecie przerwał dźwięk telefonu. Ostry, niepasujący do chwili. Podniósł wzrok, spojrzał na ekran. Wiadomość od Pauliny. Serce przyspieszyło. Odblokował urządzenie niemal odruchowo. Treść była krótka:
Pozdrowienia z Berlina!
Uśmiechnął się pod nosem. Bez chwili namysłu odpisał:
Mogę wpaść?
Kliknął „wyślij”, opierając się wygodniej w fotelu. Sam pomysł był tak absurdalny i spontaniczny, że wywołał w nim dreszcz ekscytacji. Kilka sekund później ekran znów się rozświetlił.
Wariat.
Parsknął cicho. Typowe dla niej – jedno słowo, a w nim ironia, prowokacja i coś, co kazało mu iść krok dalej. Napisał:
Proszę Lady … nie dam rady już czekać… Chcę tylko pogadać, pobyć z Tobą chwilę.
Czuł, jak napięcie powoli narasta, znajome, drażniące, przyjemnie niepokojące. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast:
Musisz poczekać. Jeszcze nie podjęłam decyzji… A poza tym mam wolny termin dopiero na koniec lutego.
Uśmiech zniknął, zastąpiony westchnieniem. To było jak pieszczota i policzek jednocześnie. Nie zamierzał jednak ustępować.
To wstępnie zarezerwuj. Najwyżej anulujesz. Ale… może wpadnę… tylko… proszę… chociaż na godzinę? Pójdziemy na spacer, zjemy coś i wrócę.
Boże, co za wariat. Przecież to chyba ponad 400 km.
Dopiero teraz dotarł do niego ciężar własnej propozycji, odpowiedział jednak natychmiast.
Dam radę. Jak wyjadę teraz, będę około dziewiętnastej. Proszę…
Cisza przeciągała się, każda sekunda była wyraźna. W końcu telefon znów zabrzęczał.
Michał, to głupie przecież. Naprawdę nie masz nic lepszego do roboty?
Wiem, że to szalone. Ale zaufaj mi i zgódź się.
Odpowiedź przyszła po chwili, jakby wymuszona, a jednak zdecydowana:
OK. Ale jedź ostrożnie. Kończę o dwudziestej, wyślę ci adres. I ciągle uważam, że to głupie. Bardzo głupie.
Odłożył telefon na biurko i przez moment patrzył w pustą przestrzeń przed sobą. Dokumenty przestały istnieć. Berlin nagle był bardzo blisko. Poczuł, jakby krew odpłynęła mu z ciała. Odczucie było gwałtowne, niemal fizyczne – lekko zakręciło mu się w głowie, a myśli rozbiegły się w jednej chwili, jakby ktoś nagle zmienił oświetlenie sceny. Berlin przestał być punktem na mapie, stał się kierunkiem.
Zakończenie wszystkich służbowych spraw zajęło mu jeszcze nieco ponad godzinę. W końcu zamknął laptopa jednym, zdecydowanym ruchem. Zgarnął dokumenty, które jeszcze przed chwilą próbował analizować, i zaniósł je do sekretariatu. Położył teczkę na biurku swojej asystentki.
– Pani Joasiu, muszę pilnie wyjechać. Nagła sprawa.
Podniosła wzrok znad komputera, zaskoczona.
– Coś mogę przygotować? Przełożyć spotkania, zadzwonić gdzieś…?
Pokręcił głową, już sięgając po kurtkę.
– Nie trzeba. Naprawdę. To pilne.
Było w nim widać rozkojarzenie – ten stan, gdy ciało jeszcze jest w jednym miejscu, ale myśli są już zupełnie gdzie indziej. Uśmiechnął się przepraszająco, spojrzenie miał nieobecne. Wrócił do gabinetu tylko na chwilę. Z szuflady wyjął kosmetyczkę, tę, którą zawsze trzymał w biurze „na wszelki wypadek”. Zbiegł po schodach, po dwa stopnie naraz, czując, jak napięcie miesza się z podnieceniem. Decyzja już zapadła.
Kilkanaście minut później granatowe Porsche Panamera mknęło w stronę autostrady A2. Siedział za kierownicą, skupiony, zdeterminowany, z lekkim uśmiechem na ustach. Wysłał krótką wiadomość do Anki: Nie czekaj z kolacją. Mam pilny wyjazd.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: OK.
To nie było dla niej nic nowego. Przyzwyczaiła się do jego nieoczekiwanych podróży służbowych. Nie zadawała pytań. Miał wolną rękę i pełne zaufanie. Na trasie panował wzmożony ruch, ale poruszał się sprawnie. Wykonał kilka telefonów służbowych, dokończył sprawę z kontrahentem z Olsztyna, potwierdził jakiś planowany przelew. Zatrzymał się na krótko na stacji benzynowej – zatankował, kupił hot doga i puszkę energetyka, po czym ruszył dalej. Kiedy zbliżał się do granicy, telefon zawibrował. To była wiadomość od Pauliny z dokładnym adresem.
Spojrzał na zegarek – wszystko szło zgodnie z planem. Jeśli utrzyma tempo, będzie piętnaście minut przed czasem. Wjeżdżając do Berlina, zaczął padać drobny śnieg. Białe płatki odbijały się od reflektorów, nadając otoczeniu baśniową atmosferę. Jego serce przyspieszało – już prawie był na miejscu. Ulica, którą jechał, prowadziła między budynkami magazynowymi. Wysokie ogrodzenia, metalowe drzwi, kilka ciężarówek – miejsce miało surowy, industrialny charakter. Na końcu drogi znajdowała się otwarta brama i mały parking.
Wjechał i powoli rozejrzał się. Stało tam kilka samochodów. W oczy od razu rzuciły mu się dwa. Pierwsze było białe Audi RS4 kombi z rejestracją: B LF666.
– LF jak Lady Fenriss – pomyślał, a uśmiech sam wypłynął mu na twarz. Serce znowu zabiło mocniej. Wiedział, że dotarł. Że to właśnie tu. Drugi samochód zdecydowanie bardziej rzucał się w oczy. Było to ciemnoczerwone Ferrari Roma z polską rejestracją: W7 CEZAR. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Zatrzymał się, nie wyłączając silnika. Chciał, by wnętrze samochodu pozostało przyjemnie ciepłe. Oparł się wygodnie, obserwując przez szybę powoli opadający śnieg. Sceneria była jak z filmu – chłodna, nastrojowa, pełna napięcia.
O 19:55 sięgnął po telefon. Napisał tylko jedno słowo: Jestem.
Wysłał wiadomość i odłożył urządzenie. Czuł, jak całe ciało przepełnia ekscytacja.
Chwilę później ekran rozświetlił się ponownie:
Potrzebuję jeszcze 20 minut.
Westchnął. Był blisko. Bardzo blisko. Jeszcze tylko dwadzieścia minut. Włączył cicho muzykę – coś instrumentalnego, spokojnego – i przeglądał Instagrama, odruchowo przesuwając palcem po ekranie. Ale w rzeczywistości nie widział żadnych zdjęć. W głowie miał tylko jedno – Paulinę. Lady Fenriss. Przymknął oczy.
Z zamyślenia wyrwało go lekkie pukanie w szybę. Odwrócił głowę, nieco zaskoczony i ujrzał Paulinę stojącą tuż obok auta. W blasku latarni wyglądała zjawiskowo. Była uśmiechnięta, lekko niewyraźna w zimowym półmroku. Długie brązowe futro otulało ją niemal do kostek, miękkie, ciężkie. Na nogach miała czarne, lśniące kozaki, gładkie, dopracowane w najmniejszym detalu, odbijające światło przy każdym drobnym ruchu. Na głowie – wełniana czapka z pomponem, trochę niepasująca do reszty, dodająca całości lekkości i przekory. Podskoczył, jakby wyrwany z myśli. Wysiadł szybko. Podała mu dłoń. Ujął ją i pocałował, krótko, elegancko. Skóra rękawiczki była miękka, gładka i pachnąca. Roześmiała się.
– Przyjechałeś tu spać wariacie? – zapytała z rozbawieniem.
Dopiero po chwili dotarło do niego, co właściwie trzyma w dłoni. Torebka. Nie jakaś, tylko ta konkretna. Hermes Birkin. Rozpoznał ją natychmiast. Przypomniał sobie Ankę, jak kiedyś – zupełnie serio – pokazywała mu zdjęcia i mówiła o cenach. Wtedy był przekonany, że to żart. Luksusowy folklor. Urban legend. Aż sprawdził i dopiero wtedy uwierzył. Automatycznie zaczął liczyć w głowie. Dziesięc rat leasingu za Porsche… nie. Piętnaście? Dwa lata? Wchodziło mu coś kompletnie absurdalnego. Spowodowało to jednak chwilowe zamyślenie.
Paulina uniosła brew i powiedziała sucho:
– Wpuścisz mnie do auta, czy mam stać na mrozie jak dziewczynka z zapałkami?
Uśmiechnął się, czując znajome ukłucie jej złośliwego humoru.
– Ja też się cieszę... – mruknął z lekkim uśmiechem, podchodząc i obejmując ją delikatnie. Pocałował w policzek. Jej skóra była chłodna, pachniała drogimi perfumami.
Obszedł auto i z elegancją otworzył drzwi pasażera. Z wdziękiem usiadła w ciepłym wnętrzu.
– Co robimy? – zapytała, spoglądając na niego z ukosa. – Wariacie....
– Mały spacer, potem coś zjemy. Przestaje padać – odpowiedział, zapinając pas i zerkając na nią z zachwytem.
– Dobrze. Znasz Berlin?
– Niezbyt – przyznał, lekko zmieszany.
– W takim razie pokażę ci coś fajnego. Wbij w nawigację East Side Gallery.
Bez słowa wpisał adres. Ruszyli. Ruch był niewielki, trafili w dodatku na zieloną falę, jakby miasto sprzyjało tej szalonej wizycie. Prowadził pewnie, a napięcie dnia powoli ustępowało miejsca ekscytacji. Paulina patrzyła przez okno, w milczeniu obserwując znajome ulice.
– Jeszcze nigdy nie spotkałam takiego popaprańca, a uwierz mi, z racji tego co robię, spotykam wiele ciekawych osób. Dlaczego aż tak bardzo ci zależało, Michał?
Spojrzał na nią kątem oka, potem znów skupił wzrok na jezdni.
– Bo to ty, Paulina – odpowiedział spokojnie. – Nie mogłem odpuścić. Czasem trzeba zrobić coś niedorzecznego, żeby pokazać, jak bardzo komuś zależy.
Obróciła się w jego stronę, w oczach pojawił się cień powagi.
– Ja jestem dla ciebie ważna? Dlaczego?
Milczał chwilę, szukając właściwych słów. W końcu odezwał się, nie patrząc na nią, ale z głosem pełnym emocji:
– Bo jesteś jedna, jedyna. Zawsze wiesz, jak przejąć kontrolę, postawić na swoim i robisz to z taką łatwością, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Fascynuje mnie twoja siła, twój spokój, to jak panujesz nad przestrzenią. Ty nigdy nie szukasz miejsca, ty je wyznaczasz. A ja... ja chcę być częścią tego, nawet taką niewiele znaczącą.
Słuchała uważnie. Uśmiech, który zagościł na ustach, był inny niż zwykle. Cichy, miękki, pełen zadowolenia.
Dojechali na miejsce. Zaparkował ostrożnie. Wysiedli. Śnieg przestał już padać, powietrze było zimne i czyste. Poprawiła kołnierz płaszcza i ruszyła w stronę muru. Szedł obok niej.
– To miejsce ma swoją historię – zaczęła, spokojnym, pewnym głosem. – Najdłuższy zachowany odcinek Muru Berlińskiego. Po upadku zamieniono go w galerię. Artyści z całego świata przyjeżdżali by zostawić tu swój głos: nadzieję, pamięć, protest. Mieszkałam kiedyś w okolicy, często tu biegałam albo chodziłam na spacery.
Słuchał w ciszy. Kolorowe obrazy rozciągały się wzdłuż muru, tworząc surrealistyczny krajobraz wolności i bólu.
– Każdy obraz to inny głos, inna emocja – kontynuowała. – Tutaj historia wciąż mówi, tylko że już językiem sztuki.
Gdy zatrzymali się, spojrzał na nią z uznaniem.
– Jesteś nie tylko piękna, ale i mądra. A do tego wyglądasz obłędnie – powiedział szczerze.
Uśmiechnęła się nieco triumfalnie, po czym teatralnie potrząsnęła połami płaszcza.
– Podobam ci się tak ubrana?
Zrobił krok w jej stronę.
– Wyglądasz szałowo, Lady – odpowiedział z absolutnym przekonaniem.
– Chodźmy na drugą stronę – powiedziała ignorując jego komplement i wskazując na pobliski most. – Tam jest Kreuzberg. Znam uroczą turecką knajpkę.
Skinął głową. Widok był niesamowity – oświetlone miasto, wieża telewizyjna, światła odbijające się w leniwie płynącej rzece.
– Kreuzberg ma swój klimat – powiedziała. – Miejsce mieszania kultur. Żyje do późna a jedzenie tam jest naprawdę dobre.
Nie odpowiadał. Patrzył, jak Berlin w nocy mieni się życiem, i był wdzięczny, że to właśnie ona pokazuje mu to miasto.
Po drugiej stronie, weszli do niewielkiej restauracji. Wnętrze było ciepłe, pełne aromatycznych zapachów, przytulne. Pomógł Paulinie zdjąć płaszcz – zrobił to z takim szacunkiem, jakby oddawał hołd królowej.
– Dziękuję – rzuciła cicho, z aprobatą w oczach.
Usiedli. Kelner przyniósł karty. Zamówiła po niemiecku, płynnie, pewnie, bez zawahania. Michał był oczarowany. Po chwili pojawiła się herbata w małych szklaneczkach.
– Na rozgrzanie – powiedziała.
Uniósł szkło, upił łyk.
– Aż mnie ciarki przeszły, kiedy usłyszałem twój niemiecki – powiedział mrugając okiem.
– Ciarki? – zapytała z uśmiechem. – Nawet nie wiesz, jak to brzmi, gdy wydaję po niemiecku rozkazy moim uległym.
– Jestem to sobie w stanie wyobrazić – powiedział, patrząc jej prosto w oczy.
– Skąd się tu wzięłaś? Mam na myśli Berlin, jaka jest twoja historia?
– Moja historia, cóż. To długa opowieść ale w skrócie? Zrobiłam licencjat z germanistyki w Polsce. Komuś bardzo spodobała się moja praca i dostałam stypendium. Postanowiłam studiować psychologię. Plan był szalony, ale to był mój plan, musiał się udać. Berlin dał mi przestrzeń – wolność, możliwość bycia sobą. Nigdzie indziej nie mogłam oddychać tak swobodnie.
Zamilkła na moment.
– Ale to tylko część historii, jak się domyślasz... – dodała z tajemniczym uśmiechem.
Michał nachylił się lekko do przodu, z coraz większym zaciekawieniem w oczach.
– A ta druga część, Paulino? Jak zostałaś Lady Fenriss?
Zamyśliła się na moment, jakby odtwarzała w pamięci dawno nieprzywoływane obrazy.
– Jeszcze będąc nastolatką zauważyłam, że lubię zadawać ból albo chociaż patrzeć na to jak ktoś inny to robi. Wiesz, jakieś tortury w filmach, dokument o studiu BDSM. Dominowałam też w związkach, może nie zawsze były one idealne i typowo asymetryczne, ale zawsze miałam w sobie coś, co pociągało mnie w stronę kontroli, bólu, sprawdzania granic – powiedziała spokojnie, badając jego reakcję.
– Już na studiach w Berlinie pisałam pracę magisterską. Mój promotor znał środowisko, dał mi namiar do Evy Stern, słynnej berlińskiej dominy, prawdziwej legendy. Przeprowadzałam wywiady z nią i z innymi dominami z jej studia. Eva od razu mnie wyczuła. Namawiała, żebym spróbowała.
Zawiesiła głos na sekundę, jakby tamten moment nadal w niej rezonował.
– I spróbowałam. Okazało się, że mam talent. Że jestem w tym cholernie dobra. Bardzo szybko zaczęli wracać ci sami klienci. Przychodzili nowi z polecenia. W ciągu kilku miesięcy ten świat całkowicie mnie pochłonął.
Michał słuchał w skupieniu, jego twarz była uważna, niemal bez ruchu.
– A jak stałaś się właścicielką tego studia? Też jesteś już przecież legendą.
– Ej, wypraszam sobie, mam dopiero 38 lat. A poza tym współwłaścicielką i nie tylko tego. Jest jeszcze Dominia Studio Paryż, Londyn a za jakiś czas Tokio. Mam jeszcze dwa kluby w Hamburgu i Monachium, ale te już nie są tak elitarne ja DSB, oficjalnie nie mam z nimi nic wspólnego.
– To niesamowite, jak potrafiłaś przekształcić swoje pasje w takie imperium – powiedział w końcu. – Nie tylko talent, ale też determinacja, odwaga i wizja. To imponujące przejść drogę od studentki do mimo wszystko legendy, mimo wciąż młodego wieku. Widziałem zdjęcia. Wygląda imponująco, ale wiem, że zdjęcia to tylko ułamek prawdy. Muszę zobaczyć to na własne oczy.
Paulina spojrzała na niego przenikliwie. Jej uśmiech był spokojny, lecz pełen ukrytego znaczenia.
– Może... – odparła, patrząc mu prosto w oczy.
Ich rozmowę przerwał kelner. Zbliżył się z uśmiechem i postawił przed nimi talerze pełne gorących dań. Powietrze natychmiast nasyciło się zapachem przypraw, pieczonych warzyw i świeżych ziół.
Michał spojrzał na kolorowe dania przed sobą i lekko się uśmiechnął.
– To wygląda równie imponująco jak to, co przed chwilą usłyszałem. Cieszę się, że mogę spróbować czegoś, co ty wybrałaś.
– Mam nadzieję, że ci zasmakuje – odpowiedziała z satysfakcją, sięgając po sztućce.
Jedzenie rzeczywiście okazało się znakomite – wielowarstwowe, aromatyczne, sycące. Smaki idealnie komponowały się z intymną atmosferą miejsca.
Kiedy skończyli, Michał zapłacił. Wyszli razem na ulicę – śnieg znowu delikatnie padał. Ulice migotały ciepłym światłem latarni.
– To był świetny wybór. Dziękuję, że pokazałaś mi to miejsce i zgodziłaś się na mój szalony plan.
– Cieszę się, że ci się podobało. Berlin ma wiele takich zakamarków. Może kiedyś zobaczysz więcej.
Dotarli do auta. Otworzył drzwi, pozwalając jej wsiąść, a potem sam zajął miejsce za kierownicą.
– Odwiozę cię, Paulina i wracam do domu.
– Jedziemy do mnie. Nie pozwolę ci wracać po nocy. Byłoby to nieodpowiedzialne – powiedziała tonem, który nie znosił dyskusji.
Zawahał się.
– Paulino, ja nie chciałbym sprawiać kłopotu, rzeczywiście nie ma co jechać po nocy, znajdę jakiś hotel sobie.
– Próbujesz kwestionować to co powiedziałam? Co to ma być? Nieudolna próba buntu?
Jej głos nagle stał się ostry a spojrzenie lodowate. Zanim odważył się odezwać roześmiała się.
– Nie musisz się martwić, naprawdę. Mam pokój dla gości. Przenocujesz i spokojnie wrócisz sobie rano. A jak będziesz grzeczny to może nawet kawę dostaniesz.
– Przepraszam, już jestem grzeczny.
Teraz roześmiali się już oboje. Wpisał do nawigacji adres, który mu podała i ruszył. Miasto wciąż pulsowało życiem. Kiedy zbliżali się do Charlottenburga, okolica zaczęła się zmieniać. Po obu stronach ulicy pojawiły się secesyjne kamienice, bogato zdobione fasady, wysokie okna, zdobione balkony. Dzielnica mówiła sama za siebie – historia spotykała się tu z luksusem.
– Charlottenburg ma w sobie coś niezwykłego, prawda? – powiedziała, spoglądając przez szybę. – To jedno z tych miejsc, które nigdy nie tracą swojej klasy.
Michał tylko przytaknął, zachwycony. Po chwili nawigacja oznajmiła, że dotarli na miejsce. Zatrzymał samochód.
– Wygląda jak scena z filmu – powiedział cicho.
Wysiedli z auta. Zamknął drzwi i spojrzał na kamienicę, czując coś dziwnego – coś między niepokojem a podnieceniem. Czuł, że oto przekracza pewien symboliczny próg. Paulina, jakby zupełnie naturalnie, przejęła inicjatywę. Prowadziła go przez wysoką, reprezentacyjną klatkę schodową – z marmurowymi posadzkami, bogatymi sztukateriami i balustradami z kutego żelaza. W ciszy ich kroków rozbrzmiewał echem czas. Wsiedli do starej windy z mosiężnymi detalami i słabym światłem. Wjechali na trzecie piętro. Gdy drzwi się rozsunęły, otworzyła mieszkanie. Już od progu poczuł, że wchodzi w inny świat – nie tylko estetyczny, ale intymny, uporządkowany według cudzych zasad. Wnętrze było przestronne, wysokie, z tym charakterystycznym oddechem starych berlińskich kamienic. Ciemne, olejowane parkiety ułożone w jodełkę prowadziły wzrok w głąb, odbijając światło lamp. Było w nich coś trwałego, solidnego, jakby pamiętały kilka epok. Ściany pomalowano w złamanej bieli i szarości z nutą beżu. Wisiały na nich obrazy z początku XX wieku: grafiki i litografie w cienkich, czarnych ramach, secesyjne studia postaci, fragmenty architektury, delikatne akty o wyraźnej linii i oszczędnej formie. Jeden z nich przedstawiał kobietę siedzącą bokiem, z opuszczoną głową i napiętą linią karku – prosty, a jednak trudny do zignorowania. Między obrazami stały ciężkie, niskie meble z ciemnego drewna, bez połysku, raczej matowe, wybrane pod kątem proporcji, nie efektu. Nic nie było przypadkowe, ale też nic nie sprawiało wrażenia wystawionego na pokaz. To nie było mieszkanie, które miało imponować. Raczej takie, które pozwalało zrozumieć, z kim ma się do czynienia. W powietrzu unosił się delikatny zapach – mieszanka drewna, skóry i czegoś ledwie uchwytnego, co Michał skojarzył z perfumami właścicielki tego miejsca. Wszystko było zaprojektowane nie tylko z gustem, ale z myślą o kontroli przestrzeni. O tym, by czuć się tu pewnie. Albo – jeśli ktoś nie był gotów – lekko nieswojo.
Pomógł jej zdjąć futro, wskazała mu wieszak.
– Pokażę ci mieszkanie. Nie zdejmuj butów.
– No co ty – rzucił szybko. – Szkoda podłogi.
Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, już się schylał, zdejmując buty niemal z ulgą. Przez krótką, zupełnie niepotrzebną chwilę zerknął jeszcze na skarpetki, jakby chciał się upewnić, że los nie postanowił dziś z niego zakpić. Były w porządku: ciemne, gładkie, bez dziur, bez przetarć na pięcie. Uśmiechnął się do siebie pod nosem – drobiazg, a jednak uspokajający.
Podążył za nią i niemal odruchowo pozwolił spojrzeniu opaść niżej – na linię bioder, na uda opięte w ciemnych dżinsach. Ruch był spokojny, pewny, zupełnie pozbawiony kokieterii i właśnie dlatego trudny do zignorowania.
W salonie dominowała miękka, jasna sofa, ozdobiona poduszkami o różnych fakturach. Ciężkie zasłony z lnu i aksamitu zdobiły wysokie okna, zza których sączyło się przytłumione światło ulicznych latarni. Na stoliku kawowym – świece zapachowe, książki w twardych oprawach i pojedynczy kryształowy kieliszek, w połowie pełen czerwonego wina. Odruchowo zarejestrował: nic nie jest tu przypadkowe.
Gabinet był równie imponujący. Masywne biurko z ciemnego drewna, laptop, porządek aż do przesady. Książki – filozofia, psychologia, sztuka. Na ścianie – abstrakcyjny obraz, wyrazisty, surowy, jakby namalowany emocją. Michał poczuł, że tu pracuje kobieta, która wie, co robi – i co mówi.
Sypialnia. Czysta miękkość i luksus. Łóżko z rzeźbionym zagłówkiem, jedwabne poduszki, niskie lampki z bursztynowym światłem, które rozlewało się po ścianach jak miód. Przy toaletce rzędy flakonów – każdy ułożony w równym odstępie. Obok – srebrna szczotka do włosów. Miał wrażenie, że nie ogląda wnętrza, ale odbicie samej Pauliny.
Łazienka. Lśniący marmur w beżach i kościach słoniowych. Wanna wolnostojąca, żyrandol z kryształkami, prysznic z deszczownicą. Wszystko lśniące, zamknięte, eleganckie.
Garderoba to był osobny świat. Wypełniony szafami, wieszakami, pudełkami. Torebki, rękawiczki. Szaliki z jedwabiu. Buty ustawione jak w atelier, pośrodku – okrągły puf. W lustrze odbijała się Paulina. Michał patrzył na nią, zafascynowany.
– Chodź – powiedziała nagle. – Pokażę ci twój pokój.
Poprowadziła go korytarzem aż do ostatnich drzwi. Otworzyła je powoli. Michał poczuł, że coś się zmienia.
Za drzwiami panował półmrok. Pokój tonął w nastrojowym świetle, rozproszonym i ciepłym, jakby miał uśpić czujność. Ściany wyłożone miękkim, dźwiękochłonnym materiałem. Ciemne drewno na podłodze. Cisza. W rogu – klatka. Ciężka, metalowa, solidna. Na jej powierzchni igrały odbicia lampy, tworząc wzory jak ze snu. Obok – stojak z zestawem pejczy, batów i narzędzi, których przeznaczenia nie trzeba było zgadywać. Ławeczka – z pasami i sprzączkami. Maski, kajdany, kołnierze. Powietrze było ciężkie. Spojrzała na Michała z rozbawieniem.
– Tu będziesz spał – powiedziała wskazując na klatkę.
– Bardzo śmieszne – odpowiedział z nerwowym uśmiechem.
Czuł jednak ekscytację. Puls przyspieszał. Wiedział, że ciało zdradza więcej niż chciałby powiedzieć.
– Czy mogę zobaczyć, co tu masz? – zapytał, nie kryjąc już ciekawości.
– Możesz. Ale nie wolno ci niczego dotykać – odparła chłodno.
Podeszła do klatki. Jej dłoń przesunęła się po prętach.
– Klasyka. Jedna osoba. Zero ruchu. Idealna, by przypomnieć komuś, gdzie jego miejsce.
Przeszli do ściany z narzędziami.
– Pejcze, baty, dyscypliny. Ten tutaj... – sięgnęła po jeden z krótszych, miękkich – ... sprawia takie niewinne wrażenie, prawda? Ale wystarczy jeden ruch nadgarstka... i robi się bardzo nieprzyjemnie.
Dotknęła skóry jakby mimochodem.
Przy ławeczce zatrzymała się dłużej.
– Tu przypinam mojego niewolnika. A co się dzieje dalej... – spojrzała na niego – ...to zależy wyłącznie od mojego humoru.
Przełknął ślinę. Czuł suchość w ustach.
– Jezu Paulina, masz w domu prawdziwy pokój tortur – powiedział cicho.
– Można tak powiedzieć – odparła bez emocji, jakby posiadanie takiego pomieszczenia było najoczywistszą rzeczą.
Potem uśmiechnęła się zmysłowo.
– Ale dziś tylko nocujesz w klatce. Nie spadnie ci włos z głowy. A teraz chodź. Mam dobre wino – dodała, obracając się na pięcie.
W salonie czekało ciepło. Światło, poduszki, blask świec, które zapaliła. Podeszła do barku. Wyciągnęła butelkę i podała mu ją.
– Otwórz, proszę – powiedziała, wskazując korkociąg.
Spojrzał na etykietę.
– Château Margaux – szepnął, zaskoczony. – Naprawdę imponujące wino.
Wzruszyła ramionami z uśmiechem, jakby było to coś zupełnie zwykłego.
– Jakiś uległy musiał mi je dać – odpowiedziała lekko. – Czasem przynoszą różne prezenty, próbując wkupić się w moje łaski, mam tego całą szafkę.
Wciąż nieco zdumiony, zabrał się za otwieranie butelki. Kiedy wyciągnął korek, w powietrzu uniósł się delikatny aromat. Usiadła na sofie i czekała, aż naleje je do kieliszków.
– Za niezapomniany wieczór – powiedziała, unosząc szkło. Odwzajemnił gest, patrząc na nią z fascynacją.
Zebrał się na pytanie:
– Paulino, czy mogę zapytać, dlaczego zwolniłaś tempo pracy jako Lady Fenriss? Dlaczego nie spotykasz się z nowymi uległymi?
– Wiesz, kiedy zaczynałam, każda sesja była czymś nowym. Byłam pełna pasji, energii, ciekawa granic. Ale z czasem zaczęła pojawiać się rutyna. Zrozumiałam, że nie chodzi o ilość, tylko o jakość. Nowi ulegli najczęściej szukają tylko szybkiej przygody. A mnie zaczęło interesować coś głębszego.
Upiła łyk wina.
– Zaczęłam doceniać relacje, które buduję z osobami znanymi mi od lat. One dają prawdziwą satysfakcję. Dlatego teraz wybieram tylko tych, którzy wiedzą, czym jest prawdziwe oddanie.
– Ale używasz jeszcze baty i trzcinki?
Paulina uśmiechnęła się lekko.
– Oczywiście. Przede wszystkim. Baty, pejcze, trzcinki. One wciąż są istotną częścią mojego świata. Ale teraz wiem, że nie chodzi tylko o ból. Chodzi o to, co on znaczy. O symbolikę. Nic nie zastąpi jednak dobrej chłosty i wrzasków uległego. To momenty, kiedy widzę prawdziwe oddanie.
Patrzył na nią intensywnie. Oparł kieliszek i powiedział:
– Fascynujesz mnie. A twój związek z Łukaszem? Gdzie on się w tym wszystkim mieści?
Zastanowiła się, potem odpowiedziała spokojnie:
– Łukasz daje mi coś, czego od dawna nie miałam, namiastkę banalnej codzienności, prostszego zwyczajnego życia. Wiesz, od studiów w Polsce nie miałam takiego normalnego chłopaka, dał mi możliwość odzyskania straconego czasu. Zabrał mnie któregoś dnia na lodowisko, na gorącą czekoladę. To mnie rozwaliło swoją szczerością. Przy nim mogę być sobą w inny sposób, w sposób jaki od lat tłumiłam. On akceptuje mnie, nie wnikając. W zamian daję mu dominację, której pragnie.
– Mówiłaś, że Łukasz nie wie o Lady Fenriss.
Ucichła na moment.
– Nie. Nie wiem, jak mu powiedzieć. Boję się, że mogłoby to wszystko zniszczyć. On jest inny. Prostolinijny, delikatny. Popełnia błędy, ale się uczy. Stara się. Nie wiem, kiedy nadejdzie właściwy moment na tę rozmowę. Może nigdy. Na pewno nigdy. Michał, ja go nie kocham. Lubię go, miło spędzam z nim czas, ale szybko uświadomiłam sobie, że to się nie uda. Stałam się łagodniejsza, nawet było to fajne, boję się jednak, że gdy znowu podkręcę intensywność on w końcu pęknie. Kusi mnie by to sprawdzić, bardzo kusi. Ale się rozgadałam...
Spojrzała poważnie na rozmówcę.
– Nikt nie może się dowiedzieć o Lady Fenriss. Proszę, zachowaj to dla siebie.
– Oczywiście. Wciąż masz moje słowo. To zostaje między nami. Słowo harcerza.
Podniósł kieliszek.
– Muszę przyznać, że to świetne wino.
Uśmiechnęła się z zadowoleniem:
– Takie drobne luksusy potrafią uprzyjemnić wieczór. Wino, dobra rozmowa, to coś, co doceniam coraz bardziej.
– Kiedy byłaś w Polsce nosiłaś kluczyk do klatki Łukasza. Widziałem go. Co on dla ciebie znaczy?
– To nie tylko klucz. To symbol władzy i zaufania. Przypomnienie o naszej relacji. Teraz mam aplikację w telefonie, która informuje mnie o naruszeniu zasad. Ja jestem tu, on tam, a czasem wypadałoby umyć sobie to miejsce. Łukasz musi dokumentować każdą sekundę swojej wolności, czasem nawet oglądam te filmiki.
– A jak on się z tym czuje? Musi być mu ciężko. Klatka jest na pewno ciasna, a przy takiej kobiecie jak ty, to musi być szczególnie trudne.
– Akceptuje to, nie ma wyjścia, choć nie jest mu łatwo. Klatka jest niewygodna. Zwłaszcza przy mnie jak to ująłeś. Ale to go wzmacnia. On chce być coraz lepszy, chce mnie zadowalać. Klatka przypomina mu, że jego wyrzeczenia mają sens. To istotny element naszej relacji. Jej podstawą jest jego oddanie i dyscyplina, a Łukasz coraz bardziej to rozumie. Nawet jeśli oznacza to dla niego dyskomfort i czystość.
Michał patrzył z uznaniem.
– Pięknie to powiedziałaś. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak o tym mówił. Jesteś niesamowita. A rodzina? Oni wiedzą? Nigdzie nie ma twoich zdjęć, dobrze kamuflujesz się.
– Ty mnie zdemaskowałeś.
– Widać jestem kumaty – powiedział z widoczną dumą w głosie.
– Nie jesteś taki wyjątkowy, nie dodawaj sobie. Miałam już kilka przypałów przez te wszystkie lata, ale te osoby zawsze zachowały dyskrecję mniej lub bardziej dobrowolnie. Nawet dziś jeden z klientów powiedział mi, że gdzieś mnie widział. On był z Polski, w sumie ciekawe bo przecież nie mieszkam tam od dawna. A co do rodziny, tylko moi bracia wiedzą. O dziwo, ten najstarszy, Filip przyjął to zaskakująco dobrze. Zawsze był wobec mnie bardzo pryncypialny, a w tej sytuacji okazał się otwarty, nawet w pewien sposób zafascynowany. Zaskoczył mnie. Z kolei reakcja Dawida, który był mi bliższy, była dość o obojętna, jakby myślał, że to jakaś zabawa, mój kaprys.
Siedzieli jeszcze chwilę, dopijając wino. Cisza między nimi była swobodna, nie wymagała wypełniania.
– Chcesz coś zjeść? – zapytała w końcu Paulina, odkładając kieliszek.
– Nie, dziękuję – odpowiedział Michał. – Jest idealnie tak, jak jest.
Popatrzył na nią uważnie, bez pośpiechu.
– Wiesz… to niesamowite, nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Naprawdę. Dla mnie to zupełnie niezwykłe, że mogę tak po prostu z tobą siedzieć. Rozmawiać. Bez gry, bez napięcia.
– A co w tym dziwnego?
Zaśmiał się krótko.
– Kiedyś poznałem dziewczynę, która przedstawiała się jako domina. Mówiła o sobie w trzeciej osobie: „pani uważa”, „pani oczekuje”, „pani nie toleruje”. Non stop.
Parsknęli śmiechem niemal jednocześnie, zaczęli ją naśladować, każde zdanie kończąc teatralnym „pani”. Po chwili Paulina machnęła ręką.
– Michał, ja jestem normalną dziewczyną. Mam lepsze i gorsze dni. Ostatnio akurat więcej tych lepszych i jestem za to wdzięczna losowi. Nie muszę nic udawać ani pozować. Znam swoją wartość.
Popatrzył na nią jeszcze uważniej.
– Jesteś boska – powtórzył ciszej. – Dziękuję ci. Czy mogę uklęknąć i podziękować jak należy?
Spojrzała na niego z rozbawieniem.
– Nie. Pani teraz każe iść wykąpać się. Marsz do łazienki.
– Okrutna pani – jęknął teatralnie.
Odpowiedziała śmiechem.
Wyszedł z łazienki, czując się nieco odświeżony po długiej podróży i tym szalonym dniu. Na sobie miał zwykłe bokserki i t-shirt. Czekała na niego w salonie. Zmierzyła go wzrokiem, w jej spojrzeniu czaił się cień rozbawienia, ale i kontrolowanej władczości.
– Chodź – powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach, prowadząc go w kierunku pokoju, który wcześniej pokazała mu jako miejsce noclegu. Podążył za nią, czując mieszankę niepokoju i ekscytacji. Gdy weszli, wskazała na klatkę. Zatrzymał się na chwilę, jego serce przyspieszyło.
Wewnątrz znajdował się twardy materac, niewielki, ale wystarczający, by można było na nim spać.
– Nooo, do środka, potrzebujesz jakiejś dodatkowej zachęty? – powiedziała z delikatnym, ale nieodpartym naciskiem w głosie, zerkając na wiszące na ścianie baty.
Mimo chwilowego zawahania, poczuł, jak jego ciało automatycznie rusza naprzód. Wszedł do środka, podczas gdy ona uważnie obserwowała każdy jego ruch. Kiedy ułożył się na materacu, poczuł jego sztywność i chłodny dotyk przez cienki t-shirt.
Podeszła bliżej i z uśmiechem podała mu szorstki, wojskowy koc.
– Kolorowych snów, Michał – rzuciła z nutą rozbawienia.
Spojrzał na nią z mieszaniną podziwu, fascynacji i czegoś, co przypominało akceptację. Zatrzasnęła zasuwę klatki, nie spuszczając z niego wzroku, po czym bez słowa odwróciła się i opuściła pomieszczenie gasząc światło.
Światła uliczne wpadały przez rozsunięte zasłony, kładąc na ścianach srebrzyste smugi. Leżał na twardym materacu, wpatrując się w sufit. Jego wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności, a kontury przedmiotów na ścianach stawały się coraz wyraźniejsze: baty, kajdany, maski. Zastanawiał się, ile cierpienia musiało przesiąknąć ten pokój. Każdy przedmiot, każdy cień opowiadał historię. Ci, którzy tu byli przed nim, oddychali tym samym powietrzem, leżeli może na tym samym materacu. Myśli te budziły w nim dreszcze. Czuł, że stał się częścią czegoś większego. Próbował wyobrazić sobie emocje tych, którzy byli tu przed nim. Czy ich ból stawał się częścią oddania? Lady Fenriss... Paulina.
Obudził go dźwięk zasuwy. Pokój był już wypełniony porannym światłem. Paulina stała przed klatką, ubrana w czarny top na ramiączkach i legginsy.
– Michał, jest ósma – powiedziała spokojnym, ale stanowczym tonem. – Do dziewiątej masz bezpłatne parkowanie. Pilot od bramy został w moim aucie, więc do garażu nie wjedziesz. Do trzynastej możesz zostać jeśli chcesz, a teraz chodź na śniadanie.
Powoli się podniósł, ciało wciąż pamiętało noc. Otworzyła klatkę i dała mu znak, że może wyjść.
Usiedli razem przy kuchennym stole. Na blacie czekały pieczywo, sery, sok pomarańczowy. Przygotowywała kawę w designerskim ekspresie. Aromat wypełnił przestrzeń.
– Czy rzeczywiście mogę zostać dłużej? – zapytał niepewnie.
Spojrzała na niego z uśmiechem, podając mu filiżankę.
– Tak, możesz zostać do trzynastej. Ale opłać ten parking, bo tu od rana ktoś łazi i wlepia mandaty.
Skinął głową, dokończył jedzenie, zszedł na dół.
Wrócił po kilku minutach z laptopem pod pachą. Bez słowa zaprosiła go do gabinetu.
– Usiądź przy biurku – powiedziała spokojnie.
Sama zajęła miejsce w obszernym fotelu, podkurczyła nogi, położyła komputer na kolanach.
Przez dwie godziny pracowali w ciszy. On odpisywał na wiadomości, autoryzował przelewy, sprawdzał liczby. Ona czytała, przewijała teksty, robiła notatki. Co jakiś czas poprawiała pozycję, przesuwała palcami po klawiaturze. W pokoju słychać było tylko stłumione kliknięcia i oddechy.
W końcu podniosła wzrok.
– Przerwa?
W kuchni zaparzyli herbatę. Para unosiła się nad kubkami, gdy stanęli przy blacie.
– Co robiłaś? – zapytał.
– Czytałam prace licencjackie – odpowiedziała. – Dostałam nowe rozdziały. Przygotowuję się do rozmów ze studentami. Wczoraj miałam już dwie pierwsze.
Uśmiechnął się krzywo.
– I co, czepiasz się? Męczysz biedną młodzież?
– Jestem bardzo wymagająca – odparła bez wahania. – Ale jeśli ktoś nadąża za mną i ciężko pracuje, ma ze mną naprawdę dobrze.
– I w pakiecie piękną panią doktor na zajęciach?
Spojrzała na niego z rozbawieniem.
– To męska część musi pchać się drzwiami i oknami na zajęcia do ciebie.
– A wy faceci ciągle o jednym... – pokręciła głową. – W tym roku mam przerwę. Tylko seminarium, głównie online.
Wrócili do gabinetu z kubkami w dłoniach. Usiedli na swoich miejscach. Praca znów ich wciągnęła – spokojnie, bez pośpiechu, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
Krótko po dwunastej wstała i powiedziała, że idzie się przebrać. Wróciła z garderoby spokojnym krokiem. Garnitur, który miała na sobie leżał perfekcyjnie – ciemnoszary, precyzyjnie dopasowany w ramionach i talii. Biała koszula była gładka, sztywna w kołnierzyku, zapięta wysoko. Pasek – również – prosty, matowy. Biżuteria bardzo dyskretna: cienki łańcuszek, małe kolczyki. Wszystko było na swoim miejscu.
Michał stał już gotowy do wyjścia. Zmierzył ją wzrokiem. Usiadła na krześle w przedpokoju, założyła nogę na nogę i spojrzała na niego spod rzęs.
– Michaś, pomożesz mi z butami?
Wskazała stojące obok czarne botki. Uśmiechnął się.
– Co prawda nie będę mógł spać trzy doby – powiedział – ale oczywiście. Przekonałaś mnie tym Michasiem.
Uklęknął przed nią i sięgnął po pierwszy but. Czarny, gładki, z miękkiej skóry, o smukłej cholewce sięgającej dokładnie do kostki i wysokiej, cienkiej szpilce. Był czysty w formie, pozbawiony ozdób. Żeby go założyć, musiał delikatnie unieść nogawkę jej spodni. Zrobił to ostrożnie, dwoma palcami, odsłaniając kolejny fragmentów rajstop – czarnych, bardzo cienkich, ledwie zaznaczających granicę między skórą a tkaniną. Wsunął but, prowadząc go powoli, bez pośpiechu. Skóra idealnie zamknęła się wokół kostki, jakby była szyta dokładnie pod ten kształt. Zapiął zamek.
Dopiero wtedy opuścił nogawkę, pozwalając jej nakryć cholewkę. Widać było tylko to, co miało być widoczne – fragment ostro zakończonego noska i obcas. Poprawił tkaninę jeszcze raz, upewniając się, że wszystko leży równo.
Z drugim butem zrobił to samo: uniósł nogawkę, wsunął but, zapiął suwak a potem pozwolił spodniom opaść na swoje miejsce.
Wstała. Otworzyła szafę w przedpokoju i skinęła głową na długi, taliowany skórzany płaszcz z futrzanymi mankietami i kołnierzem. Pomógł jej go założyć. Zawiązała pasek w pasie prostym węzłem. Potem sięgnęła po szal, a na końcu po kapelusz fedora. Założyła go i poprawiła przed lustrem, sprawdzając czy dobrze leży.
– I jak?
– Bosko Lady, teraz na pewno czekają mnie bezsenne noce – odpowiedział bez wahania.
Wzięła torebkę i rękawiczki, które założyła już w windzie, powoli, wygładzając skórę na nadgarstkach. Gdy wyszli na zewnątrz, powietrze było chłodne, śnieg jeszcze trzymał się krawędzi chodnika.
– Podwieźć cię gdzieś? – zapytał.
Uśmiechnęła się.
– Zaraz po mnie przyjadą.
Włączył silnik i sięgnął po szczotkę, zaczynając strącać śnieg, który napadał w nocy. Robił to mechanicznie, w skupieniu, zamaszystymi ruchami. Z dachu i maski opadały białe płaty, cicho osuwając się na jezdnię. Był mniej więcej w połowie, gdy kątem oka zauważył ruch na wąskiej uliczce. Podniósł głowę.
Samochód sunął powoli, niemal bezszelestnie – Mercedes Maybach, czarny, w najnowszej, najbardziej luksusowej wersji. Lakier był tak głęboki, że pochłaniał światło; chromy stonowane, niemal dyskretne. Auto podjechało płynnie, bez pośpiechu, jakby dokładnie wiedziało, gdzie ma zaparkować. Zatrzymało się obok nich. Idealnie. Silnik pracował cicho, niemal niesłyszalnie.
Michał opuścił szczotkę. Przez krótką chwilę nikt się nie odezwał. Drzwi Maybacha wciąż były zamknięte, przyciemnione szyby – niczego nie zdradzały.
– Wygląda na to, że przyjechał mój transport. Michaś, przyjmę cię. Wyślę ci propozycję terminu sesji.
Poczuł ulgę i ekscytację.
– Bardzo ci dziękuję, Paulina. Nie zawiodę twojego zaufania. Jeszcze jedno, czy razem z Anką moglibyśmy zaprosić ciebie i Łukasza do nas? Na wspólną kolację. Anka ma niedługo urodziny.
Spojrzała na niego z zaskoczeniem, potem uśmiechnęła się szelmowsko.
– To może być ciekawe. Postaram się. A teraz czas już na mnie. Wracaj bezpiecznie.
Podała mu dłoń. Ujął ją i pocałował. Spojrzała na niego krótko, bez słów – uśmiech był ledwie zaznaczony – po czym odwróciła się.
Gdy ruszyła w stronę limuzyny, drzwi po stronie kierowcy otworzyły się niemal jednocześnie. Wysiadł wysoki, łysy mężczyzna, około pięćdziesiątki, w idealnie skrojonym czarnym garniturze. Ukłonił się lekko i bez słowa otworzył tylne drzwi. Zniknęła we wnętrzu auta, jakby została wchłonięta przez ciemność i ciszę. Drzwi zamknęły się miękko, niemal bez dźwięku.
Chwilę później samochód ruszył – zdecydowanie, dynamicznie – i po kilku sekundach zniknął na końcu uliczki, zostawiając po sobie tylko ślad szerokich opon na mokrej nawierzchni.
Michał stał jeszcze moment, nieruchomo, ze szczotką w dłoni. Dopiero po chwili wrócił do czyszczenia swojego auta.
Jechał autostradą A2 w kierunku Polski, prowadząc swoją granatową Panamerę z typową dla siebie pewnością i spokojem. Silnik mruczał głęboko, a wnętrze samochodu tonęło w półmroku pochmurnego zimowego dnia. W kabinie panowała cisza, przerywana jedynie delikatnym szumem nawiewu i od czasu do czasu cichym kliknięciem kierunkowskazu. Nie włączył muzyki – nie potrzebował jej. W jego głowie brzmiały inne dźwięki. Głos Pauliny. Jej śmiech. Jej krótkie, zdecydowane polecenia.
Patrzył na drogę przed sobą, ale jego myśli biegły znacznie dalej. Wracał raz po raz do wczorajszego wieczoru. Do jej spojrzenia, gdy stała nad klatką. Do tego, jak mówiła o władzy, o zaufaniu, o więzi. Do jej głosu, gdy opowiadała o Łukaszu. I do tego, jak na niego patrzyła, z tą mieszanką wyższości, ciekawości, a może nawet czegoś więcej? Znał wielu ludzi. Prowadził spotkania z prezesami, negocjował z prawnikami, dyskutował z profesorami. Spotykał kobiety piękne, inteligentne, zabawne, utalentowane. Ale żadna z nich nie miała nawet ułamka tego, co miała Paulina. Żadna nie wywoływała w nim takiego stanu – napięcia i podziwu. Lekkiego lęku, fascynacji, oddania. Była najbardziej niezwykłą osobą, jaką kiedykolwiek poznał. I czuł, że dopiero zaczyna odkrywać, kim jest naprawdę.
Zwolnił nieco, mijając bramkę autostradową, a potem znów przyspieszył. Nawigacja wskazywała, że do Bydgoszczy zostały jeszcze ponad dwie godziny jazdy. W jego głowie nie było jednak żadnego pośpiechu. Ta droga – długa, monotonna – pozwalała porządkować myśli. Oddychać wspomnieniami. Smakować wrażenia. Zastanawiał się, jak będzie wyglądała jego następna wizyta. I czy kiedykolwiek pozwoli mu zobaczyć więcej – siebie taką, jaką znają tylko wybrani.
Do Bydgoszczy miał jeszcze kawałek drogi. Ale jego głowa wciąż była w Berlinie. Tam, gdzie zaczynał się nowy rozdział. Gdy zjeżdżał na stację benzynową, usłyszał dźwięk przychodzącego maila. Spojrzał na ekran telefonu, nadawcą była skrzynka o nazwie „DSB”. Z lekkim drżeniem rąk otworzył wiadomość, czując, jak adrenalina zaczyna krążyć w jego żyłach.
Wiadomość była profesjonalna, po niemiecku i angielsku.
Szanowny Panie,
Zgodnie z ustaleniami, przesyłam propozycję terminu spotkania z Lady Fenriss: piątek, 16 lutego, godzina 14:00. Proszę o potwierdzenie. W razie pytań lub konieczności zmiany terminu proszę o kontakt.
Z poważaniem,
Recepcja
DSB - Dominia Studio Berlin
Pod podpisem znajdowała się mała ikona, subtelnie wkomponowana w tekst – stylizowany symbol, który przypominał wilka w półmroku. Kliknął link: potwierdź. Nie musiał długo czekać na kolejną wiadomość. Kilka minut po potwierdzeniu terminu spotkania jego telefon znowu zawibrował, sygnalizując nową wiadomość. Otworzył ją z jeszcze większym napięciem. W środku znajdowało się kilka odnośników, z instrukcją, by przejść przez każdy z nich po kolei.
Pierwszy link prowadził do ankiety. U góry widniała informacja, która zachęcała go do wypełnienia formularza jak najrzetelniej: Prosimy o dokładne i szczere odpowiedzi. To zapewni optymalne przygotowanie do sesji.
Zaczął przeglądać pytania. Pierwsza część dotyczyła jego stanu zdrowia: pytania o przebyte choroby, schorzenia, czy aktualne problemy zdrowotne. Każde pole wymagało od niego pełnej koncentracji, by odpowiedzi były dokładne. Druga część ankiety była bardziej osobista, zagłębiała się w jego preferencje i granice. Pytania dotyczyły różnych aktywności i fetyszy, od najbardziej podstawowych po te bardziej zaawansowane. Czuł, jak rośnie w nim napięcie, gdy przechodził przez kolejne opcje, zaznaczając te, które były mu bliskie, i omijając te, które były dla niego zbyt ekstremalne. W miarę jak wypełniał ankietę, stawało się jasne, że Lady Fenriss i jej zespół rzeczywiście podchodzili do tego z pełnym profesjonalizmem. Każdy szczegół miał znaczenie, a on zdawał sobie sprawę, że jego odpowiedzi będą miały bezpośredni wpływ na to, co go czeka.
Następnie kliknął w kolejny link: Zasady pobytu w Dominia Studio Berlin. Pojawiła się lista:
1. Zasada Dyskrecji
Wszystkie wydarzenia i informacje związane z pobytem w studiu są objęte pełną tajemnicą. Zabronione jest nagrywanie, fotografowanie oraz dzielenie się szczegółami sesji z osobami trzecimi bez wyraźnej zgody studia i poza wewnętrznym forum.
2. Bezwzględne Posłuszeństwo:
Uległy zobowiązuje się do całkowitego podporządkowania się wszystkim poleceniom wydanym przez dominę lub personel studia, z zastrzeżeniem, że nie przekraczają one wcześniej ustalonych granic.
3. Zakaz Inicjowania Kontaktów Fizycznych:
Uległy nie może nawiązywać kontaktu fizycznego z Dominą ani personelem bez wyraźnego polecenia lub zgody.
4. Priorytet Bezpieczeństwa:
Uległy ma obowiązek używania ustalonego wcześniej bezpiecznego słowa lub gestu w przypadku potrzeby przerwania sesji. Zasada ta jest nienaruszalna i musi być bezwzględnie przestrzegana.
5. Wymóg Osobistej Higieny:
Uległy musi stawić się w studiu odpowiednio przygotowany: czysty, zadbany, bezwonny, z pełną dbałością o higienę osobistą.
6. Zakaz Używania Substancji Odurzających:
W dniu sesji obowiązuje całkowity zakaz spożywania alkoholu oraz wszelkich substancji odurzających. Uległy musi być trzeźwy i w pełni świadomy.
7. Zachowanie Ciszy i Spokoju
W czasie pobytu w studiu uległy musi zachować ciszę, chyba że wyraźnie polecono inaczej, nie wolno odzywać się bez zgody dominy lub personelu.
8. Punktualność:
Uległy zobowiązuje się do punktualnego przybycia na umówioną sesję i przestrzegania wyznaczonego harmonogramu. Spóźnienia mogą skutkować skróceniem czasu sesji lub jej anulowaniem.
9. Odpowiedzialność za Zdrowie:
Uległy ma obowiązek informować na bieżąco dominę lub personel o wszelkich problemach zdrowotnych, które mogą wpłynąć na przebieg sesji. Jest również zobowiązany do przestrzegania granic bezpieczeństwa ustalonych przed sesją.
10. Odpoczynek i aftercare
Po zakończeniu sesji uległy ma prawo do krótkiego odpoczynku w dedykowanym pomieszczeniu, gdzie zostanie mu zapewniona mu odpowiednia opieka, czas na regenerację i wyciszenie emocji. Po zakończeniu tego etapu, uległy powinien niezwłocznie opuścić studio, chyba że ustalono inaczej.
Upewniwszy się, że wszystkie zasady są dla niego jasne, kliknął przycisk „Potwierdzam”, akceptując wszystkie warunki pobytu w Studio. Po kliknięciu w kolejny link, znalazł się na stronie, która szczegółowo opisywała etykietę i zasady kontaktu z Dominą:
Etykieta i Zasady Kontaktu z Dominą
1. Szacunek: Uległy zawsze musi okazywać najwyższy szacunek Dominie, zarówno w mowie, jak i w zachowaniu. Jakiekolwiek przejawy braku szacunku lub aroganckiego zachowania będą natychmiastowo karane lub mogą skutkować zakończeniem sesji.
2. Milczenie: Uległy ma prawo mówić wyłącznie wtedy, gdy otrzyma na to wyraźne pozwolenie od Dominy. Jakiekolwiek wypowiedzi bez zgody mogą zostać uznane za naruszenie zasad.
3. Zakaz Dotyku: Uległy nie ma prawa dotykać dominy bez jej wyraźnego polecenia. Inicjowanie kontaktu fizycznego jest surowo zabronione i może skutkować natychmiastowym zakończeniem sesji.
4. Pełna Uległość: Uległy zobowiązuje się do pełnego podporządkowania się poleceniom dominy. Wszelkie próby buntu, nieposłuszeństwa lub kwestionowania decyzji Dominy będą surowo karane.
5. Kontakt wzrokowy: Uległy powinien unikać bezpośredniego kontaktu wzrokowego z Dominą, chyba że zostanie mu to wyraźnie polecone. Patrzenie w oczy Dominy bez pozwolenia może zostać uznane za brak szacunku lub nieposłuszeństwo.
6. Forma zwracania się do Dominy: Uległy zawsze zwraca się do dominy z należnym szacunkiem, używając odpowiednich tytułów, takich jak „Pani” , "Lady" lub „Mistress”, zgodnie z preferencjami dominy. Wszelkie inne formy zwracania się są niedopuszczalne, chyba że wyraźnie zostanie wskazane inaczej.
7. Zasada CFNM: Uległy zobowiązuje się do pozostawania nago przez cały czas trwania sesji, chyba że Domina zdecyduje inaczej. Wszelkie próby osłonięcia ciała bez wyraźnego polecenia będą traktowane jako naruszenie etykiety i surowo karane.
Na dole strony znajdował się kolejny przycisk „Potwierdzam”, który po przeczytaniu zasad, nacisnął bez wahania, potwierdzając swoje pełne podporządkowanie i akceptację tych reguł.
Otworzył ostatni link, który dotyczył płatności. Na stronie pojawiła się informacja:
Płatność za Sesję z Lady Fenriss:
- Kwota do zapłaty: 2 000 EUR.
- Płatność zaliczkowa: 1 000 EUR (pierwsza część płatności).
- Pozostała kwota: 1 000 EUR (do zapłaty na miejscu w dniu sesji).
Aby potwierdzić rezerwację, prosimy o dokonanie płatności zaliczkowej w wysokości 1000 EUR. Druga część płatności zostanie uiszczona na miejscu przed rozpoczęciem sesji. Płatności można dokonać kartą kredytową lub za pomocą szybkich płatności.
Bez wahania wyciągnął kartę kredytową i wpisał jej dane w odpowiednie pola na stronie. Kliknął przycisk „Zapłać” i po chwili otrzymał potwierdzenie transakcji. Teraz wiedział, że wszystko jest już gotowe na jego spotkanie z Lady Fenriss. Była warta każdych pieniędzy.
Siedziała wygodnie na tylnej kanapie Maybacha. Skóra była miękka, jasna, przyjemnie nagrzana. Limuzyna płynęła po drodze, za szybą Berlin przesuwał się w zimowym, popołudniowym świetle.
Zjechali z autostrady i po kilku minutach wjechali na teren BER Business Aviation Center – wydzielonej strefy lotniska, oddalonej od terminali pasażerskich. Betonowa płyta lądowiska była czysta, szeroka, dokładnie odśnieżona po wczorajszych opadach. Zimowe światło odbijało się od jasnej nawierzchni i metalowych elementów infrastruktury. Na płycie stał już śmigłowiec. Czarny, nowoczesny, o długiej, eleganckiej sylwetce – Airbus ACH160, w wersji VIP. Kadłub miał głęboki, satynowy połysk; duże przeszklenia kabiny wyglądały jak ciemne szkło. Wirnik był nieruchomy.
Maybach zatrzymał się. W jego stronę ruszył wysoki mężczyzna, ubrany w czarny płaszcz, pod którym widać było idealnie skrojony garnitur, białą koszulę i krawat. Wyglądał nienagannie. Otworzył drzwi, podał dłoń pasażerce. Pomógł wysiąść, pochylił się i pocałował jej rękę, a potem objął ją krótko, blisko, bez słów. Odwzajemniła ten gest, po czym nadstawiła policzek, który pocałował.
Wsiedli do śmigłowca. Wnętrze przypominało luksusowy gabinet: jasna skóra foteli, ciemne, szlachetne drewno, delikatne linie oświetlenia wzdłuż ścian kabiny. Fotele były szerokie, ustawione w parach naprzeciw siebie, z miejscem na nogi i niski stolik pośrodku. Wszystko było zaprojektowane z myślą o komforcie, bez demonstracyjnego przepychu.
– Dobrze cię widzieć. Dziękuję, że wreszcie zgodziłaś się. Tęskniłem. Nawet nie wiesz jak – powiedział.
– Ja też… – odpowiedziała cicho.
Pilot zajął miejsce i po chwili uruchomił silnik. Powietrze wokół śmigłowca zaczęło drżeć, a maszyna powoli ożyła. Paulina oparła głowę na ramieniu mężczyzny i położyła mu dłoń na udzie. Płyta lądowiska została pod nimi, Berlin zaczął oddalać się w jasnym, zimowym świetle.
KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ
Jak Ci się podobało?