St. Grey’s High School Diaries (IV): Grudzień - Lena

16 grudnia 2025

Opowiadanie z serii:
St. Grey’s High School Diaries

23 min

Wszystkie postaci są pełnoletnie, a opowiadania są fikcyjne.

Świąteczna historia o Lenie i Sophie – dwóch licealistkach, które w ciepłej otoczce choinki, śniegu i zapachu pierników wreszcie znajdują bezpieczną przestrzeń dla siebie. Wycofana Lena i pozornie otwarta, pełna wrażliwości Sophie przez małe, ostrożne gesty powoli zrzucają pancerze, którymi chroniły się przed światem. W tej przytulnej, grudniowej scenerii mogą w końcu naprawdę się wyzwolić, otworzyć i pozwolić, by wszystko, co w nich tłumiły – pragnienia, lęki, tęsknota za bliskością – wybuchło z całą siłą. To opowieść o tym, jak osoba, która naprawdę nas widzi, może w jeden świąteczny wieczór stopić lód i rozpalić ogień.

St. Grey’s High School Diaries
Dziesięć miesięcy, dziesięć opowiadań, dziesięć historii pełnoletnich uczniów jednej angielskiej szkoły średniej. St. Grey’s High School Diaries to zbiór opowieści o odkrywaniu bycia dorosłym, pragnieniach i przekraczaniu granic.

St. Grey’s High School Diaries


Grudzień – Lena

Rozdział 1


17 grudnia

Lena

Niebo wisiało nisko, białe i ciężkie, jakby za chwilę miało runąć na ziemię całym śniegiem naraz. Szłam korytarzem z kubkiem herbaty w dłoniach. Cienki karton parzył skórę, ale trzymałam go kurczowo – to była jedyna rzecz, która nie pozwalała mi całkiem odpłynąć.

Szkoła w grudniu pachnie mandarynkami ze szkolnej stołówki, kakao z automatu i tym specyficznym zapachem przepoconych wełnianych swetrów. Pod przykrywką świątecznej atmosfery jedni liczą dni do przerwy świątecznej, a innym głowę zawalają zbliżające się nieuchronnie egzaminy. Udają, że wszystko jeszcze gra. Ja też udaję.

— Lena!

Zatrzymałam się w pół kroku.

Sophie podbiegła do mnie, lekko zdyszana, jakby biegła z drugiego końca budynku. Policzki miała czerwone od mrozu, oczy błyszczące, a szalik zwisał się jej z ramienia i prawie wlókł po podłodze. W jednym uchu wciąż tkwiła biała słuchawka. Uśmiechnęła się szeroko, wiąż łapiąc oddech, machając niedbale przechodzącemu Chrisowi i Anne.

— Wieczorem coś małego. Ludzie z klasy. Kakao, poncz, zero spiny. Wpadniesz?

Sophie ledwo wydusiła ten komunikat z siebie, bo pełną wypowiedzią ciężko było to nazwać. Słowo „wpadniesz” zawisło na końcu zdania jakby całość miała być tylko otoczką do powiedzenia “tak – oczywiście”. Może dla większości St. Grey’s taka odpowiedź byłaby oczywista, ale ja nie jestem z tych, co chodzą na imprezy.

— Sophie, jaka impreza, gdzie, kto będzie? — zaczęłam, a głos uwiązł mi w gardle

— No przecież mówię… u mnie, dzisiaj wieczorem. Posiedzimy, pogadamy, takie małe christmas party — dokończyła, łapiąc oddech i uśmiechając się jeszcze szerzej, jakby sama sobie dodawała odwagi.

Była tuż obok. Zbyt blisko. Od kurtki biło ciepło, a z twarzy biła od niej aura niepewności i podekscytowania.

— No… nie wiem… — powiedziałam cicho, a w głowie już szukałam wymówki, która nie zabrzmi jak ucieczka.


Sophie

Patrzyłam, jak oczy Leny robią się szkliste i uciekają w bok — dokładnie ten sam ruch co zawsze, kiedy ktoś za głośno się zaśmieje albo za blisko podejdzie. Już się pakowała do odwrotu, już w głowie szukała drzwi ewakuacyjnych.

Znałam to spojrzenie. Sama je nosiłam przez pół liceum.

Wiedziałam, że „będzie fajnie” tylko ją spłoszy jeszcze bardziej.

— U mnie będzie spokojnie — powiedziałam tak cicho, ledwie słyszalnie. — Naprawdę. Jak poczujesz, że za dużo, wstajesz i wychodzisz. Nikt się nie obrazi. Ale… bardzo chciałabym, żebyś przyszła.

Zawahałam się jeszcze sekundę. Serce mi waliło nie tylko z tego powodu, że na złamanie karku biegłam bez sensu przez pół szkoły, by ją złapać przed kolejnymi lekcjami.

Wyjęłam z kieszeni złożoną na pół kartkę. Nosiłam ją od dwóch dni, tak długo, że już się trochę pogniotła. Napisałam ją w środę wieczorem, kiedy rodzice zasnęli, a ja siedziałam przy biurku i gryzłam długopis, aż zostawił ślad na wardze.

Teraz albo nigdy. Włożyłam notatkę w jej dłonie.

Cross Road 8

- Sophie <3

Nasze palce zetknęły się na moment. Dłoń Leny była zimna, moja rozgrzana. Obie się wzdrygnęłyśmy.

Przez ułamek sekundy patrzyła na kartkę, potem na mnie — i w jej oczach mignęło coś innego. Nie tylko strach. Coś jakby… nadzieja, której zaraz sama się przestraszy.

Nie powiedziałam nic więcej. Bałam się, że jak otworzę usta, to wszystko zepsuję.

Po prostu się odwróciłam i poszłam w swoją stronę licząc, że się pojawi.


Lena

Pan Collins chodził między rzędami w swojej zdecydowanie zbyt obcisłej koszulce, spod której widać było każdy jeden mięsień z osobna, a połowa dziewczyn w klasie zapominała, jak się oddycha. Wielkie buciory stukały rytmicznie, kiedy podchodził do której z dziewczyn by poprosić ją o wskazanie poprawnej odpowiedzi. Klasyczny numer — w szkole wszyscy wiedzieli, że ubiera się tak, jakby prowadził wykład na uniwersytecie dla dorosłych, a nie ostatnią klasę liceum.

Ja nawet tego nie rejestrowałam.

Siedziałam w trzeciej ławce od okna, podpierając brodę na dłoni, miętosząc liścik w kieszeni jeansów. Papier był już miękki jak stara chusteczka. Składany i rozkładany w nieskończoność, ledwo trzymał formę.

Cross Road 8

- Sophie <3

Sophie siedziała dwa rzędy przede mną i jeden w lewo. Widziałam jej jasny, wysoki kucyk i czerwony sweterek zarzucony na szkolny mundurek. Zegar: trzy sekundy do dzwonka. Potem zgrzyt krzeseł i typowy chaos.

Krzesła zgrzytnęły, plecaki zahuczały, ktoś krzyknął „do zobaczenia wieczorem!”. Ja siedziałam jeszcze chwilę, jakby ktoś mi nogi przykleił do podłogi.

W końcu wstałam, zarzuciłam plecak na ramię i ruszyłam do wyjścia.

Do domu poszłam na około, żeby nikt nie zobaczył mnie na przystanku, nieruchomej, z oczami wtopionymi w chodnik. Pogoda sprzyjała mojemu nastrojowi, śnieg padał wielkimi płatami, mrugając w światłach latarni, otulając mnie w mojej własnej przestrzeni. Szurałam butami wyznaczając ślady na świeżym puchu, patrząc jak na czubkach tworzy się pokrywa ze śniegu. Na domiar tego mój telefon całkowicie się rozładował więc zostałam tylko ze swoimi myślami.

W pokoju rzuciłam plecak w kąt, podłączyłam telefon do ładowania i padłam na łóżko. Liścik wyjęłam ostrożnie, jakby był z cienkiego szkła. Rozłożyłam na kołdrze.

Cross Road 8

- Sophie <3

Przeczytałam to chyba setny raz. Sophie zawsze była dla mnie miła i chyba naprawdę zależało jej bym przyszła. Przypomniałam sobie jak dotknęła moich dłoni, ten dreszcz, który przeszedł przez całą mnie. A później jej wzrok… W głowie kotłowały mi się myśli. Za dużo myśli.

A jeśli to nic? A jeśli właśnie wszystko?

Podeszłam do szafy. Nie mogłam wyglądać, jakby mi zależało. Ale też nie mogłam wyglądać, jakby nie zależało mi wcale.

Wybrałam ciemnozielony sweter. Miękki. Trochę za duży. I czapkę z pomponem. Sophie kiedyś powiedziała, że wyglądam w niej jak z ilustracji do skandynawskich baśni.

Za oknem nie przestawało padać. Schowałam kartkę do kieszeni. Wzięłam głęboki oddech.

Poszłam.


Rozdział 2


17 grudnia

Lena

Cross Road 8 okazał się niskim, starym domkiem z czerwonej cegły, przysypanym śniegiem po same okna. Bursztynowa lampka nad drzwiami świeciła w tej śnieżycy ciepło, jakby ktoś tam naprawdę czekał.

Zapukałam. Drzwi otworzyła Sophie od razu, jakby stała tuż za nimi.

— Przyszłaś — powiedziała tak cicho i tak radośnie, że uśmiech sam pojawił mi się na twarzy.

Wpuściła mnie do środka. Od progu uderzył mnie zapach żywej choinki, goździków, pomarańczy z cynamonem, czegoś pieczonego. Podłoga skrzypiała pod butami, drewno było stare i miłe w dotyku. Światła pozostawały przygaszone, a blasku pomieszczeniu nadawały wszechobecne świąteczne lampki.

Choinka w rogu była lekko przekrzywiona i tak intensywnie pachniała żywicą, aż pozwoliłam sobie wziąć głębszy oddech by ją lepiej poczuć. Była udekorowana ręcznie robionymi ozdobami – papierowe gwiazdy, suszone plasterki pomarańczy, piernikowe ludziki z dziurkami zamiast oczu.

Z głośnika leciała cicha, instrumentalna wersja „Last Christmas” – samo pianino i delikatne smyczki. Chris próbował podpiąć swój wielki JBL, ale Sophie tylko pokręciła głową i odłożyła go na bok. Dzięki Bogu.

Zdjęłam kurtkę i czapkę. Sophie wzięła je ode mnie, palce znów musnęły moje – krótko, ale wystarczająco, żeby w głowie znowu mi się zakotłowało.

Rozejrzałam się. Było więcej ludzi, niż się spodziewałam. Głosy, śmiechy, ktoś dolewał poncz do czerwonych kubeczków.

Przy oknie, na parapecie, siedziała Anne w swojej czarnej wełnianej sukience z głębokim dekoltem i pończochach. Na jej kolanach prawie leżał Chris w świątecznym swetrze z logo Iron Maiden. Rozmawiali o czymś cicho, Anne co chwilę parskała śmiechem i poprawiała mu grzywkę.

Obok choinki stała Sarah z Mią i dyskutowały zapewne o ozdobach, bo co chwilę na coś wskazywały palcem.

Z kubkiem ponczu w dłoniach mogłam spokojnie obserwować cały ten rozgardiasz. Patrzyłam na nich wszystkich i czułam się jak zawsze – trochę obok. Nie tam, gdzie oni. Jeszcze nie tam, gdzie ona.

Sophie krążyła między znajomymi ze szkoły, podawała talerzyki, dolewała napoje, śmiała się cicho. Ale co chwilę zerkała w moją stronę. Jakby sprawdzała, czy wciąż tu jestem.

Byłam.


Sophie

Wiedziałam dokładnie, gdzie ją znajdę. Zawsze wybierała bezpieczną odległość – przy oknie, tyłem do ściany, z widokiem na wszystkich. Mogła patrzeć, nie musiała brać udziału.

Nie chciałam, żeby tym razem stała tam sama.

Przecisnęłam się między Joshem i Natalie, omijając czyjeś łokcie i rozlany poncz. Stanęłam tuż przy niej, nie za blisko, ale na tyle, żeby poczuła, że jesteśmy tu we dwie.

— Tak się cieszę, że jesteś — powiedziałam cicho, prawie do jej ucha.

Lena uniosła wzrok. Przez sekundę wyglądała, jakby się zastanawiała, czy może mi wierzyć. Potem uśmiechnęła się, nieśmiało, ale naprawdę.

— Wszystko tu wygląda… bardzo twojo — rzuciła, jakby sama była zaskoczona, że to powiedziała to na głos.

Zatrzymałam oddech. Bo to była najpiękniejsza rzecz, jaką ktoś mi kiedykolwiek powiedział o moim domu.

— To dobrze? — zapytałam, choć już wiedziałam odpowiedź.

— Bardzo dobrze — szepnęła. — Dziękuję… za to że się starasz.

I wtedy zrozumiałam, że ona to widzi. Naprawdę widzi. Nie tylko choinkę i pierniki, ale mnie całą.

Stałyśmy tak jeszcze chwilę. Światło z lampki odbijało się w jej rdzawych włosach, a para z kubka osiadała na rzęsach.

— Chcesz usiąść gdzieś gdzie jest nieco spokojniej? — zapytałam w końcu.

Pokiwała głową od razu, bez wahania.

Wzięłam ją za rękę, delikatnie, tylko dwa palce, i poprowadziłam w stronę kuchni. Tam było ciszej, spokojniej, pachniało piernikiem i pomarańczami.


Lena

Stałyśmy w kuchni, ja oparta o blat, ona tuż obok. Czułam ją, może pięć centymetrów ode mnie. Nie dotykałyśmy się, a jednak jakbyśmy się trzymały za ręce.

Przez chwilę żadna nic nie mówiła. Tylko patrzyłyśmy, jak para z czajnika unosi się powoli pod sufit.

— Wiem, że może tego nie widać po mnie, ale nie lubię krzyku — powiedziała w końcu Sophie, tak cicho, że prawie zgubiłam słowa w szumie rozmów z salonu. — Nawet jak byłam mała, wolałam siedzieć w kącie z kredkami, niż biegać z innymi. Mama zawsze mówiła, że jestem „zbyt wrażliwa”.

Podniosłam wzrok. Patrzyła w swój poncz, ale głos miała spokojny, pewny.

— Znam to uczucie — szepnęłam.

W salonie ktoś wrzasnął ze śmiechu i wylał sok prosto na podłogę. Dźwięk był ostry, jakby ktoś strzelił z bicza. Odruchowo cofnęłam się o krok, plecami w szafkę. Serce podskoczyło mi do gardła.

Sophie zauważyła od razu. Nie skomentowała, nie zaśmiała się. Tylko patrzyła, jakby znała każdą myśl, zanim zdążyła się ułożyć.

Pochyliła się trochę bliżej.

— Zostaniesz po imprezie? Pomogłabyś mi posprzątać… a potem po prostu posiedzimy — zapytała prawie bez tchu. — Tylko we dwie.

W jej oczach nie było presji. Ani też litości. Tylko ciche, szczere zaproszenie nie do domu pełnego ludzi. Do niej.

— Tak — powiedziałam przełykając ślinę — zostanę.

Uśmiechnęła się tak delikatnie, że prawie tego nie zauważyłam. Ale poczułam. W brzuchu. W piersi. Wszędzie.


Sophie

Kiedy powiedziała „zostanę”, głos miała taki cichy, że prawie go nie usłyszałam.

Nie chciałam się uśmiechnąć za szeroko, bo bałam się, że ją spłoszę. Ale w środku coś mi eksplodowało, ciepło rozlało się od głowy, aż po koniuszki palców. Jakby ktoś nagle włączył wszystkie lampki na choince naraz. Dom od razu stał się inny. Cichszy. Pełniejszy.

Patrzyłam na nią i już widziałam to wszystko: za godzinę, dwie, gdy ostatni goście wyjdą, drzwi się zamkną, a my zostaniemy tylko my dwie. Wiedziałam, że ja też jestem na jej orbicie. Od dawna.


Rozdział 3


17 grudnia

Lena

Drzwi wejściowe zamknęły się po raz ostatni. Głosy, śmiechy, trzaskanie butów na śniegu – wszystko ucichło. Został tylko cichy szum choinkowych lampek i jazzowy, leniwy głos w tle śpiewał „Have Yourself a Merry Little Christmas”, ale w wersji tak spokojnej, że prawie szeptał.

Dom nagle zrobił się ogromny. I tylko nasz.

Zebrałam kubki z parapetu i stolika, poszłam do kuchni. W zlewie leżała już góra naczyń, blat był ubabrany czerwonymi śladami po ponczu, czekoladowymi plamami, a plasterek mandarynki przyklejony do talerzyka wyglądał niczym mały pomarańczowy księżyc. Odkręciłam gorącą wodę. Płyn pachniał piernikiem i goździkami. Momentalnie para osiadła mi na okularach.

— Ja ci pomogę! — Usłyszałam za sobą.

Sophie weszła bezszelestnie. Stanęła obok. Tak blisko… Zdjęła mi okulary i położyła obok.

— Dziękuję — powiedziałam wierzchem dłoni drapiąc się po nosie.

Włosy związała sobie w luźny warkocz i podwinęła do łokci czerwony sweter. Wyglądała, jakby właśnie na to czekała całą imprezę.

Myłam, ona podawała kolejne rzeczy. Kieliszek. Kubek. Miska. Za każdym razem palce nam się muskały – krótko, niby przypadkiem. Za trzecim razem żadna nie cofnęła ręki. Zatrzymałyśmy się na sekundę.

Nie powiedziałam nic. Ona też nie. Po prostu dalej myłyśmy, już dużo wolniej. Jakby nagle szkło i porcelana stały się czymś kruchym, co trzeba traktować z największą ostrożnością.

Gorąca woda spływała po nadgarstkach. Jej mały palec delikatnie otarł się o mój. Zostawiłam go tam. Ona też.

Na dworze panował mróz, a ja stałam tu otulona światłem lampek, pianą i myślałam tylko o tym, że to najpiękniejsza cisza, jaką kiedykolwiek słyszałam.


Sophie

Nie planowałam tego. Naprawdę nie.

Chciałam tylko wziąć od niej talerz, który trzymała pod strumieniem wody. Przesunęłam się odrobinę bliżej, prawie bezszelestnie, i nagle jej plecy przylgnęły do mojej piersi. Naturalnie. Jakby same zdecydowały.

Zamarłam.

Jej ciało było drobne, lekkie, ale czułam, jak wszystkie mięśnie ma napięte nie ze strachu, raczej z samej paraliżującej niepewności. Mimo że woda była gorąca, skóra na dłoniach Leny wydawała się być chłodna. Palce drżały minimalnie, prawie niewyczuwalnie.

Nie cofnęłam się. Ona też nie.

Stałam tak, z brodą prawie opartą o ramię Leny, i słuchałam, jak oddech staje się odrobinę głębszy. Czułam zapach włosów – coś zielonego, jak igły sosny po deszczu – zmieszany z aromatem mojej bluzy i piernikowego płynu.

Cisza w kuchni stała się tak gęsta, że gdzieś zanikł szum wody i cichego jazzu z salonu.

Nie chciałam tego przerwać. Nie chciałam niczego przyspieszać. Wystarczyło, że jesteśmy tu całe. Fizyczne. Obecne.

Moja dłoń, wciąż w pianie, przesunęła się z wolna i otarła o jej biodro. Niby przypadkiem. Niby dalej zmywam. Ale obie wiedziałyśmy, że to już nie o talerze chodzi.

I wtedy Lena bardzo delikatnie, prawie niezauważalnie, odchyliła się do tyłu. Tylko centymetr. Ale wystarczająco, żeby jej plecy przylgnęły do mnie mocniej.


Lena

Siedziałyśmy na kanapie, bardzo blisko. Nie na dwóch końcach, jak obce sobie osoby, tylko prawie w siebie wtulone. Sophie rozłożyła na nas gruby, beżowy koc. Przez dłuższą chwilę żadna się nie odzywała. Tylko lampki choinkowe mrugały powoli, odbijając się w szybie.

— Czasem czuję się, jakby mnie w ogóle nie było — powiedziałam w końcu, patrząc gdzieś w przestrzeń  — Albo jakby ludzie widzieli mnie tylko wtedy, kiedy coś im we mnie nie pasuje.

— Co masz na myśli? —  zapytała cicho spoglądając na mnie.

— Na pewno znasz tę historię z Mią… Miałam czternaście lat. Kolonie nad jeziorem. Ona, ja, ognisko, jeden pocałunek. Taki jeden moment, który dla mnie był… czymś. A dla innych czymś, z czego można się śmiać. Ktoś nas widział. I potem już wszyscy wiedzieli. Od tamtej pory byłam tylko „tą lesbą z kolonii”. Szeptem na korytarzu, napisem na szafce. Nawet nauczyciele zaczęli się inaczej patrzeć.

Głos mi się urwał. Nie patrzyłam na nią. Jej dłoń powoli, bardzo powoli przesunęła się po moim ramieniu. Jakby sprawdzała, czy się nie rozpadnę.

— To okropne — powiedziała cicho, ale mocno. — Ale wiesz… gdybym wtedy była w twojej klasie, byłabym z ciebie dumna.

Uśmiechnęłam się krzywo.

— Duma mnie wtedy nie uratowała.

— Może nie — wzruszyła ramionami — ale teraz, kiedy cię znam… jakoś pasuje mi to do ciebie.

— Co?

— To, że jesteś… tą dziewczyną. Nie w sensie etykiety. Tylko… – zawiesiła głos na moment – Jakby jakaś część mnie, której nigdy nikomu nie pokazywałam, nagle powiedziała: o, jesteś.

Spojrzałam na nią. Patrzyła na mnie spokojnie swoimi ciemnymi, trochę szklistymi od ponczu oczami. Naprawdę mnie widziała.

— A ty? — zapytałam.

Oparła głowę o poduszkę, przymknęła powieki na sekundę.

— Ja to ta od dziwnych rysunków, norweskich filmów i swetrów po starszym bracie. Zawsze trochę obok. Klasowa śmieszka, której nikt poważnie nie traktuje. Ale z tobą… nagle nie czuję się dziwna. Czuję się na miejscu.

Cisza, która zapadła, była inna niż wszystkie poprzednie. Nie dusiła. Pozwalała oddychać.

Sophie nieśmiało wyciągnęła rękę i położyła ją na mojej dłoni. Delikatnie, zostawiając mi furtkę. 

Nie skorzystałam z niej. Zacisnęłam palce na jej palcach. Mocno.


Rozdział 4


18 grudnia

Lena

Ciche trzaski palącego się drewna w kominku uzupełniał blask choinkowych lampek i daleki szum wiatru śniegu za oknem.

Siedziałyśmy pod jednym kocem, blisko siebie. Nasze uda przylegały mocno, a ciepło jej ciała przenikało przez materiał – powoli, jak subtelna energia, która rozchodzi się po skórze.

Jej ramię dotykało mojego tam, gdzie sweter zsunął mi się z barku, nasze skóry zetknęły się. Każde małe poruszenie – lekkie przesunięcie, oddech – rozniecało iskrę. Cicho, ale wyraźnie. Jakby pod kocem czaiło się coś, co tylko czekało na pretekst, żeby się rozgorzeć.

Czułam ją całą – zapach cynamonu z jej włosów, wilgotną mgiełkę oddechu na mojej szyi, delikatne drżenie, kiedy przypadkiem musnęła mnie palcami.

Serce waliło mi tak mocno, że bałam się, że ona to słyszy.

Spojrzałam na nią. Patrzyła w dół na nasze złączone dłonie, policzki miała czerwone, a wargi lekko rozchylone.

— Sophie — szepnęłam, prawie bez głosu. — Mogę… Czy mogę cię pocałować?

Uniosła oczy. Duże, ciemne, pełne czegoś, co sprawiło, że brzuch mi się skręcił. Skinęła głową. Tylko raz. Ale to wystarczyło.

Pochyliłam się powoli. Dałam jej całą wieczność za to, że przyszła.

Usta były miękkie, chłodniejsze, niż się spodziewałam. Najpierw tylko je musnęłam, jakby sprawdzając, czy to naprawdę się dzieje. Potem mocniej. Język smakował herbatą z rumem i czymś słodkim, nieuchwytnym, całkowicie własnym. Westchnęła cicho, drżąco… To był najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek usłyszałam.

Dłonie same powędrowały na policzek, potem w gęste włosy, rozplątując kucyk. Jasne kosmyki spływały między palcami jak jedwab.

Całe ciało napięło mi się w podbrzuszu. Ciepło rozlało się nisko, między udami. Trwałyśmy w tym pocałunku dobre kilka chwil.

Oderwałam się na moment, żeby złapać oddech. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, źrenice ogromne.

— Chcę, czekaj… — wyszeptałam, a głos mi się łamał. — Chcę, żebyś mnie dotknęła. Naprawdę.

Spojrzenie stało się głębsze, jakby właśnie zrozumiała, że to nie sen. Jej dłoń sunęła po mojej szyi tak powoli, że każdy milimetr drogi wydawał się wiecznością. Dotyk był lekki, prawie niewyczuwalny, a jednak zostawiał za sobą gorący ślad, jakby palce kreśliły linię ognia na skórze. Czułam gęsią skórkę, lekkie drżenie, gorąco, które rozlewające się od miejsca, którego dotykała.

Podwinęła mi sweter do góry, ostrożnie, jakby naprawdę rozpakowywała coś cennego. Zimne powietrze musnęło mój brzuch. Opuszkami palców przesunęła po żebrach, delikatnie, jakby liczyła je jedna po drugiej. Gdy dotarła do piersi, uniosłam się instynktownie. Bez wstydu. Tylko z pragnieniem.

Palce zamknęły się na sutku, najpierw delikatnie, potem mocniej. Zataczała koła, ściskała, pociągała. Jęknęłam prosto w jej usta. Fala poszła w dół, prosto między nogi.

Przysunęła się bliżej i wzięła drugą pierś do ust. Poczułam ciepło, wilgoć, lekki ból, kiedy przygryzła. Głowa odchyliła mi się do tyłu, biodra zaczęły same szukać tarcia o jej udo.

Dłoń zsunęła się niżej, po brzuchu, po wewnętrznej stronie uda. Zatrzymała się przy gumce legginsów. Spojrzała mi w oczy.

— Mogę?

— Proszę — wyszeptałam, prawie płacząc z napięcia.

Wsunęła palce pod materiał. Najpierw tylko opuszkami musnęła brzuch, potem niżej. Gdy w końcu dotknęła mnie tam, westchnęłam tak głośno, że sama się przestraszyłam. Byłam przemoczona. Palce ślizgały się bez oporu, rozchylały mnie delikatnie, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół.

Kciuk od razu znalazł łechtaczkę. Zaczął kręcić kółka, najpierw leniwe, potem coraz pewniejsze. Nogi same mi się rozjechały.

Wsunęła jeden palec. Łatwo. Za łatwo. Drugi. Zgięła je i przesunęła w górę, dokładnie w to miejsce, które sprawia, że widzę gwiazdy. Krzyknęłam cicho, choć dźwięk uwiązł mi w gardle.

Poruszała nimi rytmicznie, głęboko, kciukiem nie przerywając na sekundę. Biodra poruszały się same, szukały jej, goniły jej rękę.

— Tak… tam… nie przestawaj… — wyjęczałam.

Przyspieszyła. Głębiej. Mocniej. Czułam, jak wszystko we mnie się zbiera, napina, pulsuje.

I wtedy przyszło.

Orgazm uderzył jak fala, która wywraca wszystko do góry nogami. Spięłam się cała, mięśnie brzucha, uda, plecy. Zacisnęłam się na jej palcach, drżałam długo, głośno. Ostatni krzyk wyrwał mi się z gardła jak szloch.

Opadłam na nią bez sił. Objęła mnie od razu, mocno, jakby bała się, że się rozsypię. Wtuliłam twarz w jej szyję. Pachniała mną, goździkami i cynamonem.

— Dziękuję — powiedziałam prawie bezgłośnie.

Przytuliła mnie jeszcze mocniej i pocałowała w czubek głowy. Leżałam tak, rozpalona, rozbita i szczęśliwa.


18 grudnia

Sophie

Lena wciąż drżała w moich ramionach z policzkiem przyciśnięty do mojej szyi i szybkim głębokim oddechem. Jej skóra była rozpalona i wilgotna od potu. Palce nie przestawały mnie szukać rysując delikatne kreski po brzuchu, po biodrze, po wewnętrznej stronie uda. Jakby bała się, że to wszystko zniknie jak przestanie mnie dotykać.

Spojrzałam na nią. Naprawdę spojrzałam. Rude włosy w nieładzie, usta spuchnięte od pocałunków, piegi na nosie ciemniejsze niż zwykle. I oczy – zielone, ogromne, pełne mnie.

Wtedy zrozumiałam, że chcę tego samego. Chcę się przed nią otworzyć tak samo szeroko, jak ona przede mną.

Nie musiałam nic mówić. Lena przesunęła się niżej, muskając mnie ustami w szyję, obojczyki, piersi przez sweter, brzuch. Zatrzymała się między moimi nogami. Spojrzała w górę, spokojna, pewna.

— Rozchyl się, kochanie — szepnęła.

Zrobiłam to bez wahania. Już drżałam od samego brzmienia głosu.

Odsunęła na bok moje majtki, a język Leny dotknął mnie najpierw delikatnie, jakby badał teren. Potem mocniej, pewniej. Westchnęłam głośno wyciągając się łuk. Powoli i bez wahania wsunęła we mnie dwa palce. Ruchy były rytmiczne, głębokie, usta skupione na łechtaczce, język poruszał się w rytmie mojego oddechu, nieprzerwanie, precyzyjnie.

Nie miałam już początku ani końca – tylko jej ruch, jej oddech, wszystko, co było między nami.

— Jesteś taka… — mruknęła w skórę — cudowna.

Ścisnęłam własną pierś, drugą ręką wplotłam palce w rude włosy i przytrzymałam – nie mocno, ale pewnie. Chciałam czuć, że to się dzieje naprawdę.

Biodra zaczęły się poruszać same, w rytm jej pchnięć.

— Chcę poczuć, jak się przy mnie rozpadasz — powiedziała nisko, prosto w moje podbrzusze.

Te słowa mnie rozwaliły. Napięcie narastało błyskawicznie. Brzuch, uda, plecy – wszystko napięte jak struna. A potem puściło.

Orgazm uderzył tak mocno, że aż krzyknęłam. Gorąca fala wystrzeliła ze mnie z siłą, której się nie spodziewałam. Poczułam, jak tryskam na jej policzek, brodę, pierś. Wszystko było mokre.

Otworzyłam oczy, oszołomiona, czerwona ze wstydu.

— O Boże… przepraszam… ja czasem tak…

Lena tylko podniosła głowę. Uśmiechała się szeroko, z czułością, z mokrymi włosami przyklejonymi do twarzy.

— Nie przepraszaj — powiedziała cicho i oparła policzek o moje udo. — To był najpiękniejszy prezent, jaki mogłam dostać.

Roześmiałam się cicho, drżąco, z ulgą. Przyciągnęłam ją do siebie, mocno, aż znowu leżała na mnie cała.

Wtuliłam twarz w jej włosy.

— Zobaczyłaś mnie — rzuciłam.

Pocałowała mnie w skroń.

— I nie zamierzam na tym poprzestać.


18 grudnia

Lena

Nie zdążyłyśmy nawet złapać oddechu po pierwszym razie, a Lena już się uniosła, pocałowała mnie mocno, głęboko, jakby chciała mnie połknąć.

— Chcę cię całą — wyszeptała mi w usta.

Jednym płynnym ruchem pozbawiła nas reszty ubrań. Dwa nagie ciała, gorące, mokre od siebie nawzajem. Przesunęła się i ułożyła tak, że jedno z ud znalazło się dokładnie tam, gdzie chciałam. I moje – tam, gdzie potrzebowała.

Gdy nasze cipki zetknęły się po raz pierwszy, obie westchnęłyśmy głośno. Byłyśmy tak przemoczone, że wszystko od razu ślizgało się idealnie – gorąco, miękko, pulsująco.

Lena oparła się na przedramionach, spojrzała mi prosto w oczy i zaczęła się poruszać. Najpierw nieśpiesznie, okrężnie, jakby chciała poczuć każdy milimetr. Potem mocniej, rytmicznie, biodra uderzały o moje z cichym, mokrym plaśnięciem.

Czułam jej łechtaczkę ocierającą się o moją, wargi rozchylone, wszystko śliskie i rozpalone. Chwyciłam ją za tyłek, wbiłam palce, przyciągnęłam bliżej.

— Mocniej — wysyczałam.

Posłuchała. Biodra zaczęły pracować szybko, mocno, jakby chciała mnie przebić na wylot. Dźwięk był bezwstydnie głośny. Piersi podskakiwały w jednym rytmie, sutki ocierały się o siebie przy każdym pchnięciu.

Lena zamknęła oczy, głowa odchyliła się do tyłu z rozchylonymi ustami. Widziałam, jak jej brzuch się napina, jak biodra zaczynają drżeć.

— Sophie… ja zaraz…

— Tak… — jęknęłam.

I wtedy ją wzięło.

Całe ciało Leny zesztywniało w jednej sekundzie. Biodra przywarły do moich z całej siły, mięśnie brzucha zadrżały, a potem… trysnęła. Mocno. Gorąco. Czułam każdy skurcz – jedna fala, druga, trzecia – ciepła ciecz wystrzeliła z niej prosto na moją cipkę, spływała po moich udach, po kanapie. Krzyknęła cicho, drżąco, spazm za spazmem, aż w końcu cała się rozpadła, opadając na mnie bez sił, wciąż pulsując drobnymi wstrząsami.

Nie dała sobie nawet chwili.

Ześlizgnęła się ze mnie powoli, zostawiając gorącą, mokrą ścieżkę na moich udach, i od razu znalazła się między nimi. Rozchyliła mnie szeroko, bez ceregieli.

Pierwsze liźnięcie było długie, od samego dołu aż po łechtaczkę. Jęknęłam głośno.

Potem już tylko brała.

Język twardy, szybki, usta ssące, dwa palce weszły głęboko, od razu znalazły to miejsce. Poruszała nimi mocno, pewnie, jakby wiedziała, że nie wytrzymam długo.

Nie wytrzymałam.

Orgazm przyszedł błyskawicznie — mocny, rozdzierający. skuliłam się by po sekundzie wystrzelić prosto w oparcie kanapy, krzyknęłam jej imię. Lizała dalej, dopijając każdą kroplę, aż ostatnia fala nie przeszła.

Gdy w końcu podniosła głowę, jej usta i podbródek lśniły, oczy błyszczały, miała szeroki uśmiech, dziki i czuły jednocześnie.

Przyciągnęłam ją do siebie, mocno, aż znowu leżała na mnie cała.

— Jesteś moja — wyszeptałam.

— A ty moja — odpowiedziała i pocałowała mnie smakiem nas obu.


Rozdział 5


18 grudnia

Lena

Obudził mnie ruch. Cichy, powolny, ale wystarczająco realny, by moje ciało zarejestrowało brak ciepła jej ciała. Jeszcze nie otworzyłam oczu, ale już wiedziałam, że Sophie się poruszyła.

Leżała wtulona we mnie całą noc, z nogą między moimi, ręką na mojej piersi i oddechem na szyi. Teraz wszystko to odpływało z wolna, centymetr po centymetrze. Skóra stygła tam, gdzie poprzedniego wieczora było gorąco od niej.

Nie poruszyłam się. Oddychałam płytko, udając sen. Chciałam ją podsłuchać.

Bose stopy dotknęły parkietu – cichy, miękki stuk. Krok. Drugi. Trzeci. Delikatny, jakby bała się, że naprawdę mnie obudzi.

Za późno. Już nie zasnę.

Czułam ją wszędzie. Jej zapach na poduszce, kocu, resztki nas obu, słodycz i sól. Ciepło, które zostawiła w pościeli i chłód, który wślizgnął się na jego miejsce.

Usłyszałam ciche westchnienie — przeciągała się. I wtedy otworzyłam oczy.

Stała w progu sypialni, tyłem do mnie. Boso. Tylko w tej swojej za dużej, czerwonej koszulce z bałwankiem. Sięgała ledwo do połowy pośladków. A pod spodem — nic.

Jasna skóra lekko zarumieniona na udach, włosy blond w totalnym nieładzie. Przeciągnęła się — ręce w górze, plecy wygięte, koszulka podjechała tak wysoko, że widziałam krzywiznę pupy, linię między pośladkami, nawet delikatny ślad moich paznokci z nocy.

Coś mi się skręciło w brzuchu. Głębiej też.

— Gdzie idziesz? — zapytałam sennie, głosem chropowatym od snu i od niej.

Od razu się odwróciła, uśmiech półgębkiem, jakby dokładnie wiedziała, że patrzę.

— Do kuchni. Zrobić śniadanie — odparła cicho, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

— A co będzie? — mruknęłam, przeciągając się leniwie.

Zrobiła krok w moją stronę, koszulka znowu podjechała odrobinę.

— Zależy — powiedziała, unosząc brew. — Czy ty też tam przyjdziesz.

Zrobiłam minę, jakby się zastanawiała.

— A jak nie?

Stanęła w progu, światło poranka padało dokładnie na jej nagie uda.

— To będę musiała zjeść sama — odparła, przesuwając dłonią po biodrze, niby poprawiając materiał. — A mam ochotę na coś bardzo konkretnego. Na ciebie.

Serce mi podskoczyło i poczułam jak momentalnie wilgotnieję.

— To zrób kawę — powiedziałam cicho. — I zostaw coś do ubrania. Bo jak nie…

Sophie parsknęła śmiechem, miękkim, porannym.

— Kawa będzie. Ale bluzki nie dostaniesz. Musisz sobie zasłużyć.

I zniknęła w korytarzu, kołysząc biodrami. Leżałam jeszcze chwilę, wtulona w poduszkę patrz w korytarz, z którego właśnie zniknęła Sophie. Zza okna przebijał się blask poranka odbijany od zaśnieżonych drzew. Wiedziałam, że tym śniadaniem raczej się nie najemy.

8,696
9.79/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.79/10 (20 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.