Zakazane pragnienia (II)
9 stycznia 2026
Zakazane pragnienia
41 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Wracaliśmy do życia. Szkoła, praca, zakupy, pranie. Pozornie wszystko wróciło na swoje miejsce, jakby tamtej nocy w Warszawie nigdy nie było. Dzieci biegały po ogrodzie, ich śmiech mieszał się z monotonnym dźwiękiem zraszacza, a ona — w letniej sukience, z bosymi stopami na trawie — wydawała się znowu zwyczajna. Taka, jaką znali wszyscy. Ale nie ja. Ja znałem ją już inaczej.
Słowa, które wypowiedziała tamtej nocy — „To ty tego chciałeś” — były jak cierń wbity głęboko pod skórę. Wracały w najmniej oczekiwanych momentach, nie pozwalały zasnąć. A wraz z nimi wracał obraz jej ciała: wygiętego, drżącego, posłusznego dłoniom Casanovy. On grał na niej jak na instrumencie, precyzyjnie, aż jęczała niczym smyczek na strunach skrzypiec. A ja? Patrzyłem. Pragnąłem. I nienawidziłem tego, jak bardzo mnie to podniecało.
Ona milczała. Udawała, że nic się nie zmieniło, ale gdy dotykałem jej biodra w kuchni, spinała się delikatnie — nie ze wstrętu, lecz jakby ciało pamiętało inny, obcy dotyk. Kiedy zasypiała obok mnie, oddychała nierówno, walcząc z obrazami, które wślizgiwały się do jej głowy bez pytania. Być może nie chciała pamiętać. Ale ja wiedziałem, że pamięta. To milczenie było najgorsze — między słowami krążyła prawda, że oboje nosimy tę noc w sobie. Że on i jego pewność odcisnęły w niej głębszy ślad, niż była gotowa przyznać.
Z początku to był tylko cień. Wiadomości, nieodebrane połączenia. Casanova pisał, że wie. Że widział to w jej oczach — że ona nadal go chce, a ja, muszę to „zobaczyć”. Ignorowałem to. Usuwałem maile, rozłączałem się, w końcu go zablokowałem. Chciałem zatrzasnąć te drzwi i wrócić do nas.
Na rocznicę wyjechaliśmy sami. Kolacja w restauracji, która kiedyś była naszym azylem. Ona założyła bieliznę, którą sam jej wybrałem — koronkową, ledwie zasłaniającą ciało, jakby każda jego część zapraszała mnie z osobna. Tej nocy znów smakowałem jej skóry, jej ciepłych warg i wilgoci, której mi brakowało. Czułem, jak otwiera się przede mną, jakby chciała rozpuścić tamte wspomnienia w naszym wspólnym pożądaniu. Przez chwilę tak właśnie było.
A potem, gdy leżeliśmy nago, sięgnęła do szuflady. Wyjęła żel i dildo, kładąc je obok mnie bez słowa. Jej spojrzenie było wyzwaniem.
— Nawilż mnie tam… włóż go powoli… a potem dołóż swojego — szepnęła.
Ręka mi zadrżała, ale zrobiłem to.
Leżała na brzuchu, pośladki uniesione, skóra napięta jak zaproszenie. Rozprowadziłem chłodny żel po dildo, czując pulsowanie w skroniach. Gdy wprowadzałem go milimetr po milimetrze, jej oddech stawał się poszarpany. Kiedy wszedł cały, westchnęła głęboko, jakby spełniło się coś niewypowiedzianego. Nie czekałem. Uklęknąłem za nią i wszedłem jednym ruchem. Jęknęła długo, przeciągle. Jej wnętrze było gorące, ściśnięte, jakby płonęła od środka.
— Tak… tak właśnie… — wyszeptała, a w jej głosie była tęsknota. Może za tamtą nocą? Może za nim? Ale w tej chwili była moja. Ruchy stały się surowe, mokre, intensywne. Kiedy przyszło spełnienie, miałem wrażenie, że to nie tylko orgazm. To była kapitulacja. Albo nowy początek.
Oderwała się ode mnie, jej policzki płonęły.
— Chcę prezent na urodziny — szepnęła. — Napisał do mnie. Znalazł mnie.
— Stąd twoje dzisiejsze podniecenie? — zapytałem twardo.
— Nie wiem… może. Może kręci mnie to tak samo, jak ciebie.
Zacisnąłem dłonie w pościeli. Podniecenie we mnie narastało jak fala, której nie mogłem zatrzymać.
— Zapomnij o nim. Nie chcę go widzieć — powiedziałem, choć brzmiało to bardziej jak błaganie niż rozkaz.
— Wiem. Powiedziałam mu to samo — odparła cicho. — A on tylko się roześmiał. Napisał, że wszystko zorganizuje. Że ma prezent. Dla mnie. Dwóch mężczyzn.
Zapadła cisza. Patrzyłem na nią — naga, siedziała na skraju łóżka bez cienia wstydu. Tylko ryzyko i ogień.
— Jego ma tam nie być — dodała spokojnie. — Chce tylko ustawić kamerę. Patrzeć. Nic więcej. Powiedziałam, że muszę to skonsultować z tobą.
— I co byś chciała? — wykrztusiłem.
— Chciałabym zobaczyć, jak to jest, gdy ty jesteś tam ze mną… gdy jestem dla was obu, a ty mnie nie zatrzymujesz.
— Nie wracajmy do tego — uciąłem, nie patrząc jej w oczy. Wiedziałem, że ją rozczarowałem.
Dwa dni później wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Ujrzałem ją rano przy lustrze — w pończochach, z makijażem zbyt zmysłowym jak na zwykły dzień. Moja wyobraźnia natychmiast podstawiła obraz: ona i dwóch obcych mężczyzn, dotykających jej wszędzie, a ja… siedzący obok, obserwujący w niemym podnieceniu.
— Dobrze — powiedziałem cicho. — Zróbmy to.
Odwróciła się i uśmiechnęła. Wiedziała, że pęknę.
Zadzwoniłem do niego. Jego głos był suchy, pewny siebie, jakby od początku wiedział, że się zgodzę.
— Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego — rzuciłem chłodno. — Ale zrobię to, bo ona tego chce.
— Zajęło ci to więcej czasu, niż sądziłem — odparł znudzonym tonem. — Daj mi kilka dni. Otrzymacie datę, miejsce i ludzi. Ja tylko zadbam, by prezent był taki, jak ona sobie wymarzyła.
Wróciłem do sypialni. Ona już czekała, drżąc z ekscytacji. Nie powiedziała nic, tylko uśmiechnęła się powolnym, głodnym uśmiechem. Poddałem się temu. Wiedziałem jedno: to się już dzieje.
Dni poprzedzające jej urodziny były jak chodzenie po cienkim lodzie nad oceanem wrzącej lawy. Napięcie nie opuszczało nas ani na sekundę. Widziałem, jak rozkwita, jak cała jej energia ogniskuje się na tym jednym wydarzeniu. Zamówiła kosmetyczkę, manikiurzystkę, fryzjera. Słyszałem, jak przez telefon omawia szczegóły: „paznokcie mają być krwiste, długie, ostre”. Stała się metodyczna, niemal profesjonalna w przygotowaniach do własnego zatracenia.
Wciąż pytała mnie o zdanie.
— Kochanie, te pończochy czy te z pasem? Myślisz, że ten dekolt nie jest za mały? — rzucała, a ja biłem się z myślami. Jedna połowa mnie chciała spalić te wszystkie koronki i zamknąć ją w domu, druga… druga pulsowała dzikim, bolesnym podnieceniem na samą myśl o tym, co te ubrania mają odsłaniać przed obcymi ludźmi.
Ona to wiedziała. Bawiła się moim podnieceniem jak kot złapaną myszą. Przechodziła obok mnie półnago, niby przypadkiem muskając mnie biodrem, zostawiając za sobą zapach nowych perfum i obietnicę, której nie byłem pewien, czy chcę dotrzymać.
Moment krytyczny nastąpił w środę wieczorem. Przyszła paczka — bielizna zamówiona specjalnie na tę okazję. Weszła do sypialni, by zrobić „próbę generalną”. Gdy ją zobaczyłem, serce niemal wyrwało mi się z piersi.
Miała na sobie komplet od Agent Provocateur — czarne, misterne koronki, które więcej odsłaniały, niż zakrywały. Biustonosz typu ouvert z wycięciami na sutki, które teraz, pod wpływem moich spojrzeń, stwardniały jak kamienie. Cienkie paseczki oplatały jej talię i biodra, podkreślając każdy centymetr jej gładkiej skóry. Do tego czerwone szpilki od Louboutina — te z charakterystyczną, krwistą podeszwą, które wydłużały jej nogi do granic niemożliwości. Makijaż był mocny, wyzywający, oczy podkreślone ciemnym cieniem, usta wilgotne od krwistej szminki.
Wyglądała jak bogini grzechu. Nie wytrzymałem.
Zrobiłem dwa szybkie kroki, dopadłem do niej i złapałem ją soczyście za pośladki, czując pod palcami delikatny materiał i gorąco jej ciała. Podniosłem ją gwałtownie do góry. Jej nogi natychmiast oplotły moją talię, a szpilki wbiły się w moje nogi.
— Tak… bądź dziki — szepnęła mi prosto do ucha, gryząc mnie w płatek. — Chcę tego. Chcę poczuć, jak bardzo mnie pragniesz, zanim oni mnie dotkną.
Zaniosłem ją na łóżko, rzucając na pościel. Nie było czasu na grę wstępną, na czułość. Byłem zbyt blisko krawędzi. Odsunąłem tylko na bok cienki materiał koronkowych fig, który wrzynał się w jej ciało, i wszedłem w nią jednym, potężnym pchnięciem. Byłem tak twardy, tak pulsujący od skumulowanego napięcia ostatnich dni, że wystarczyło kilka gwałtownych ruchów. Moje ciało eksplodowało, zanim zdążyłem choćby usłyszeć jej pierwszy jęk.
Opadłem na nią ciężko, oddychając jak maratończyk. Cisza, która zapadła, była upokarzająca.
Ona tylko się uśmiechnęła. Delikatnie, niemal matczynie, pogładziła mnie po włosach i pocałowała w policzek ze zrozumieniem, które zabolało bardziej niż jakakolwiek obelga.
— Widzę, jak to na ciebie działa, kochanie — szepnęła, a w jej głosie nie było złości. — Cieszę się, że też ci się to podoba. Nic się nie stało…
Wycofałem się z niej, czując się mniejszy niż kiedykolwiek. Ona leżała tam dalej, w tych czerwonych szpilkach i wyzywającej bieliźnie, nietknięta, ledwie rozgrzana. W jej oczach nie widziałem pocieszenia. Widziałem niezaspokojony ogień, głód, którego nie byłem w stanie uśmierzyć w kilka sekund. I widziałem coś jeszcze — cień pogardy zmieszany z radosnym oczekiwaniem na to, co miało nastąpić. Na to, co zaserwuje jej ktoś inny.
To był dopiero początek jej urodzin — pomyślałem, patrząc na jej lśniące od podniecenia usta. — A ja już czułem, że tracę nad tym wszystkim kontrolę.
Telefon zadzwonił wieczorem. Numer był mi już dobrze znany, ale tym razem nie wahałem się. Odebrałem, wychodząc na taras, by nie słyszała każdego słowa, choć wiedziałem, że i tak czuje wibracje tej rozmowy w całym domu.
— Załatwiłem pokój w Sky Tower — zaczął Casanova bez żadnych wstępów. — Dzięki uprzejmości znajomego, który był mi winny przysługę. Ten apartament jest… specyficzny. Wyposażony w system kamer, których mój przyjaciel używa, by oglądać zorganizowane przez siebie spotkania. Ale spokojnie, sieć jest zabezpieczona, a nagranie nigdzie nie wypłynie. Chyba że… chcesz, abym był tam fizycznie? — zadał pytanie i zaśmiał się tym swoim niskim, pewnym siebie głosem.
— Chcę, żebyś zniknął z naszego życia — warknąłem, zaciskając dłoń na poręczy tarasu.
— Może, ale razem z nią? — odpowiedział natychmiast, a w jego głosie usłyszałem nutę prowokacji, która wywołała we mnie czystą wściekłość.
— Spierdalaj! — rzuciłem i już miałem się rozłączyć, gdy jego głos spoważniał.
— Ona tego nie chce. Kocha cię — powiedział szybko. — Rozmawiałem z nią. Ona chce ciebie, ale chce też czegoś więcej. A razem możemy dać jej to „więcej”. Na mailu masz opis mężczyzn. Ich karty medyczne, daty badań, pełne testy. Są czyści i… czarnoskórzy. Możesz pokazać jej, jak wyglądają. Jestem ciekaw jej reakcji.
Zastygłem. Chłód wieczoru nagle wydał mi się nie do zniesienia.
— To konie ze stajni twojego przyjaciela? To on za to wszystko płaci? — zacząłem mieć coraz więcej wątpliwości. Cała ta machina, którą Casanova wprawił w ruch, wydawała się zbyt potężna, zbyt mroczna.
— Ma u mnie dług i wykorzystuje go właśnie na tę przysługę. Nie przejmuj się kosztami — uciął. — Dostaniesz tablet. Będzie czekał na przygotowanym stoliku. To zamknięty stream, który tylko ty możesz uruchomić i tylko ty możesz skończyć. Liczę, że to zrobisz. Będzie dokładnie dwóch obserwujących ją. Ja przez kamery i Ty na żywo.
Rozłączył się, zostawiając mnie z szumem w uszach. Wróciłem do sypialni. Ona wciąż tam leżała, w tych czerwonych szpilkach, z rozrzuconymi na poduszce włosami. Wyciągnąłem telefon i otworzyłem maila. Na ekranie pojawiły się zdjęcia dwóch potężnych mężczyzn. Byli monumentalni, o skórze ciemnej jak heban i ciałach, które wyglądały na stworzone do dominacji.
Podniosła głowę, patrząc na telefon w moich rękach.
— Pokazać ci prezent od niego? — zapytałem, czując, jak serce wali mi o żebra.
Podałem jej telefon. Ekran rozświetlił półmrok sypialni, rzucając blask na jej twarz, która w jednej chwili zastygła w wyrazie czystej, nabożnej niemal fascynacji.
Przesuwała palcem po ekranie, powiększając zdjęcia. Ci mężczyźni byli monumentalni. Pierwszy, o skórze gładkiej i ciemnej jak mahoń, miał mięśnie tak zdefiniowane, że wyglądały jak wykute w skale. Drugi był jeszcze potężniejszy, z szerokimi ramionami i klatką piersiową, która zdawała się nie mieścić w kadrze. Ale to nie ich twarze przykuły jej wzrok. Karty medyczne zawierały załączniki — surowe, techniczne zdjęcia dokumentujące ich fizyczną gotowość.
Zobaczyłem ich męskość i poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Byli obdarzeni w sposób, który wydawał się nierealny, wręcz zwierzęcy. Ich członki, ciemniejsze od reszty ciała, grube i żyłowate, spoczywały na potężnych udach jak uśpione bestie. Nawet w spoczynku budziły lęk, a myśl o tym, co stanie się, gdy wypełnią ją całą, sprawiła, że zakręciło mi się w głowie.
Moja żona oblizała wargi. Widziałem, jak jej oddech przyspiesza, jak sutki pod koronką Agent Provocateur napinają się jeszcze mocniej.
— Boże… — szepnęła, a w tym jednym słowie było wszystko: strach, niedowierzanie i obezwładniający głód. Spojrzała na mnie, a jej oczy były ciemne, niemal czarne z podniecenia. — Oni są… nieludzcy.
Dzień urodzin przyszedł szybciej, niż bym chciał. Droga do Sky Tower upłynęła w gęstym, dusznym milczeniu. Prowadziłem auto, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że drżały mi mięśnie przedramion. Ona siedziała obok, patrząc przez okno na migoczące światła miasta.
Wyglądała obłędnie. Założyła czarną, dopasowaną sukienkę z jedwabiu, która opinała jej ciało niczym druga skóra. Wiedziałem jednak, co kryje się pod spodem – ten misterny, czarny komplet, który przymierzała dwa dni wcześniej. Czułem niemal fizycznie te koronkowe paseczki wrzynające się w jej biodra i biustonosz typu ouvert, który zostawiał jej sutki całkowicie bezbronne pod materiałem sukienki. Każdy jej ruch, każde przesunięcie jedwabiu po koronce generowało napięcie, które wypełniało wnętrze samochodu bardziej niż zapach jej ciężkich, piżmowych perfum.
Moje myśli były chaosem. Patrzyłem na jej profil, oświetlany rytmicznie przez latarnie mijane na drodze. Czułem się jak wspólnik zbrodni, a jednocześnie jak człowiek, który za chwilę ma dostąpić zakazanego objawienia. Nienawidziłem Casanovy za to, jak bezbłędnie nas rozpracował. Ale nienawidziłem też siebie — bo w głębi duszy wiedziałem, że nie mogę się doczekać, aż uruchomię ten przeklęty tablet i zobaczę, jak te „monumenty” z ekranu telefonu stają się rzeczywistością w jej dłoniach.
Zaparkowałem w podziemnym garażu Sky Tower. Silnik zgasł, a cisza, która zapadła, była niemal bolesna. Ona wysiadła z auta pospiesznie, szpilki Louboutina uderzyły o beton z suchym, zdecydowanym stukotem. Szła w stronę windy jakby gonił ją czas, jakby każdy krok przybliżał ją do wyzwolenia, którego łaknęła każdą komórką ciała.
Zanim doszła do szklanych drzwi, dogoniłem ją i chwyciłem mocno za rękę. Zatrzymała się, odwracając w moją stronę. Jej twarz była blada, makijaż nieskazitelny, a oczy płonęły gorączką, której nie dało się już ugasić rozmową.
— Czy jesteś pewna? — zapytałem ostatni raz, a mój głos brzmiał obco, sucho. — Możemy teraz odjechać. Możemy o tym zapomnieć.
Patrzyła na mnie przez długą chwilę. Widziałem, jak jej klatka piersiowa faluje pod jedwabiem, napierając na ukrytą pod spodem koronkę. W jej spojrzeniu nie było już ani cienia wahania. Była tam tylko determinacja kobiety, która właśnie decyduje się skoczyć w przepaść i chce, bym to ja trzymał linę.
— Nie chcę zapominać — odpowiedziała cicho, a jej głos był twardy jak stal. — Chcę, żebyś tam wszedł. Chcę, żebyś patrzył, jak oni mnie biorą.
Winda ruszyła. Przeciążenie wbiło nas w podłogę, a ja miałem wrażenie, że żołądek zostawiłem gdzieś na poziomie parkingu. Cyfry na wyświetlaczu zmieniały się z zawrotną prędkością, niemal tak szybko, jak biło moje serce — dudniło w uszach, rytmiczne i bezlitosne. Zerknąłem na nią. Stała sztywno, patrząc w lustrzaną ścianę windy, ale jej dłonie, zaciśnięte na małej torebce, drżały.
Gong. 45. piętro.
Korytarz był wyłożony grubą, ciemną wykładziną, która tłumiła każdy dźwięk naszych kroków, poza miarowym stukotem jej czerwonych szpilek. Numer apartamentu lśnił na drzwiach jak wyrok. Pchnąłem klamkę — nie była zamknięta. Drzwi ustąpiły gładko, bez żadnego oporu, wpuszczając nas do środka.
W apartamencie panował półmrok, przesycony zapachem drogich świec i czymś jeszcze — piżmem, zapachem oczekiwania. Jedynym mocnym światłem była panorama Wrocławia, wdzierająca się do środka przez ogromne, sięgające od podłogi do sufitu szyby. Miasto tętniło życiem, podczas gdy tutaj czas zdawał się stanąć w miejscu.
Tuż przy wejściu, na szklanym stoliku, leżał tablet. Obok niego mała, biała karteczka z krótką wiadomością zapisaną eleganckim pismem:
„Nie zacznie się, jeśli nie zaczniesz streamu. Jeden obserwujący. Miłego seansu”.
Moje gardło było tak ściśnięte, że ledwie mogłem przełknąć ślinę. Spojrzałem na żonę pytająco, licząc w duchu na cień wahania, na jakikolwiek sygnał odwrotu. Ale ona tylko wyprostowała ramiona, a jej wzrok spoczął na ekranie tabletu.
— Kliknij — nakazała szeptem, który nie znosił sprzeciwu. To był rozkaz.
Dotknąłem palcem ikony na ekranie. Czerwony punkt „LIVE” zaczął pulsować w rogu wyświetlacza, a w tym samym momencie światła w głębi apartamentu powoli się podkręciły, wydobywając z mroku środek ogromnego salonu.
Zamarłem. Oni już tam byli.
Stali przy oknie, odwróceni plecami do nas, patrząc na światła Sky Tower. W tym oświetleniu ich sylwetki wydawały się jeszcze potężniejsze niż na zdjęciach. Szerokie bary, skóra ciemna jak noc, która niemal pochłaniała światło świec. Obaj byli całkowicie nadzy. Widok ich pośladków i potężnych ud sprawił, że poczułem dreszcz przerażenia wymieszanego z najbardziej pierwotnym rodzajem podniecenia.
Moja żona zrobiła krok do przodu, puszczając moją rękę. Jedwab jej sukienki zaszeleścił, gdy stanęła w kręgu światła. Na dźwięk jej kroku obaj odwrócili się jednocześnie.
Kamera zamontowana pod sufitem drgnęła, ustawiając ostrość. Wiedziałem, że gdzieś tam, po drugiej stronie sieci, Casanova właśnie usadowił się wygodnie w fotelu. Ale w tej chwili liczyło się tylko to, co widziałem ja. A widziałem dwóch mężczyzn, których erekcje były tak imponujące i twarde, że wydawały się nierealne. Jeden z nich uśmiechnął się — nie do mnie, ale do niej.
— Witaj, solenizantko — powiedział niskim, głębokim basem, który wprawił powietrze w pokoju w wibracje. — Czekaliśmy na ciebie.
Ona nie odpowiedziała.
— Mamy dla ciebie prezent — powiedział ten wyższy, a jego głos był gęsty i niski, niemal wibrujący w moich kościach.
Drugi, ten o jeszcze potężniejszych barach, wskazał mi dłonią ciężkie, skórzane krzesło ustawione pod ścianą, w idealnej odległości od centrum wydarzeń.
— Usiądź. Pozwól nam… wręczyć jej prezent — rzucił łamaną polszczyzną, a w jego ciemnych oczach błysnęło coś drapieżnego.
Cofnąłem się o krok i opadłem na fotel, trzymając tablet na kolanach. Na ekranie widziałem naszą czwórkę z perspektywy kamery umieszczonej wysoko pod sufitem — wyglądaliśmy jak aktorzy w jakimś mrocznym, luksusowym spektaklu.
Mężczyźni obrócili się do nas tyłem na krótką chwilę. Usłyszałem charakterystyczny trzask zapalniczki. Jeden, potem drugi… rzucali sobie krótkie spojrzenia, odpalając coś nawzajem. Gdy odwrócili się z powrotem, zamarłem. Moja żona gwałtownie wciągnęła powietrze, a jej dłoń powędrowała do ust.
Na ich potężnych, czarnych i już w pełni gotowych członkach, które pulsowały rytmicznie, założone były specjalne nasadki z małymi, płonącymi świeczkami. Wyglądało to surrealistycznie — ogień tańczył na ich napiętej skórze, a hebanowe ciała lśniły w blasku płomieni.
Zaczęli śpiewać „Happy Birthday”. Ich głosy, głębokie i męskie, wypełniły apartament, tworząc dziwną, niemal sakralną atmosferę, która gryzła się z surową nagością i erotycznym napięciem. Żona patrzyła raz na mnie, raz na nich, a jej nerwowy śmiech zaczął mieszać się z autentycznym zdziwieniem i narastającą ekscytacją. Była oszołomiona skalą tego absurdu i intensywnością ich obecności.
Gdy skończyli, zapadła cisza, przerywana tylko trzaskiem knota. Ten z tatuażem na ramieniu postąpił krok w jej stronę.
— Zdmuchniesz — zapytał cicho. Posłusznie klęknęła, a płomień świeczki na jego członku zakołysał się niebezpiecznie blisko jej twarzy.
Widziałem na ekranie tabletu zbliżenie na jej twarz. Była czerwona, jej usta drżały. Spojrzała na mnie, jakby ostatni raz pytała o pozwolenie, a potem powoli, centymetr po centymetrze, zaczęła pochylać się w stronę ognia. Jej jedwabna sukienka napięła się na biodrach, gdy uklękła przed nimi na dywanie.
Zdmuchnęła pierwszy płomień, a potem drugi, zostawiając pokój w dymnym aromacie wosku i surowym oczekiwaniu. W apartamencie zrobiło się nagle bardzo ciemno, a jedynym światłem był teraz blask miasta za szybą i czerwona kropka „LIVE” na moim tablecie.
— Teraz — szepnął ten drugi, chwytając ją za włosy i odchylając jej głowę do tyłu — czas na prawdziwy prezent.
Odłożyłem tablet na stolik obok krzesła. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, postać Casanovy wyparowała z mojej głowy. Przestałem myśleć o kamerach, o tym, kto patrzy i jak bardzo nienawidzę człowieka, który to zaplanował. W całym wszechświecie nie zostało nic poza tym pokojem, zapachem świec i tym cholernym, rozrywającym mnie od środka podnieceniem, za które nienawidziłem się bardziej niż za cokolwiek innego.
Stałem się czystym obserwatorem.
— Spróbuj czekoladowego tortu — powiedział ten potężniejszy, a jego głos brzmiał teraz jak pomruk nadchodzącej burzy. — Zdejmij świeczki i spróbuj go… kawałek po kawałku.
Ona wciąż trwała na kolanach. Dwa monumentalne penisy, ciemne, żyłowate i twarde jak żelazo, znalazły się niebezpiecznie blisko jej twarzy, niemal muskając jej pomalowane na czerwono usta. Widziałem, jak jej nozdrza drżą, gdy chłonie ich zapach — zapach męskiego potu, wosku i surowej, nieposkromionej siły.
Uniosła dłonie. Jej palce, z krwistoczerwonymi paznokciami, drżały, gdy delikatnie zdejmowała nasadki po świeczkach. Robiła to z nabożną czcią, jakby dotykała relikwii. Gdy metal ustąpił, odsłoniła ich żołędzie — nabrzmiałe, ciemnopurpurowe, lśniące od wilgoci, która zaczęła się na nich perlić.
— No dalej… — szepnął młodszy, kładąc dłoń na czubku jej głowy. — Przecież jesteś głodna.
Pochyliła się. Najpierw dotknęła językiem tylko samego czubka pierwszego z nich. Zadrżała, a jej oczy zamknęły się gwałtownie. Smakowała ich, centymetr po centymetrze, jakby faktycznie próbowali najdroższego deseru świata. Obaj mężczyźni napięli mięśnie brzucha, a ich biodra zaczęły wykonywać mimowolne, krótkie ruchy, napierając na jej usta.
Patrzyłem na to, zaciskając palce na poręczy krzesła tak mocno, że czułem, jak pękają mi naczynka w dłoniach. Moja żona, matka moich dzieci, klęczała między dwoma czarnoskórymi olbrzymami, oddając się naprzemiennie ich męskości z pasją, która mnie przerażała i fascynowała jednocześnie. Jeden z nich przesunął dłonią po jej plecach, znajdując zamek jedwabnej sukienki.
— Niech ten prezent w końcu się rozpakuje — mruknął, pociągając suwak w dół.
Sukienka opadła, zatrzymując się na jej biodrach i odsłaniając koronkowe arcydzieło od Agent Provocateur. Czerń koronki na jej jasnej skórze, czerwień jej szpilek i hebanowa skóra mężczyzn stworzyły obraz tak intensywny, że poczułem, jak robi mi się słabo.
Jeden z nich chwycił za ramiączka jej sukienki i zsunął je brutalnie, pozwalając, by jedwab spłynął całkowicie na dywan. Została w samej czarnej koronce, która w świetle miasta lśniła jak sieć pajęcza. Podniósł ją i poprowadził w stronę panoramicznego okna, trzymając mocno za biodra, jakby chciał pokazać całemu Wrocławiowi, co zaraz z nią zrobi.
Ona wydawała się lekko oszołomiona. Makijaż, nad którym tak pracowała, zaczął się rozmazywać wokół oczu i ust, nadając jej twarzy wyraz dzikiego zatracenia. Wyginała się, walcząc o równowagę w swoich Louboutinach, by znów dosięgnąć członka tego wyższego. Jej usta, wilgotne i gorące, szukały kontaktu z jego ciemną skórą, jakby to był jedyny tlen, jakiego potrzebowała.
W tym czasie drugi mężczyzna uklęknął za nią. Widziałem, jak jego potężne, hebanowe dłonie zaciskają się na jej pośladkach, ugniatając je z siłą, która sprawiała, że jej jasna skóra natychmiast czerwieniała. Zaczął pieścić ją językiem — pewnie, zachłannie, badając każdy zakamarek jej ciała przez cienką koronkę stringów. Czułem, jak w pokoju gęstnieje zapach pożądania, mieszając się z chłodnym powietrzem od strony szyb.
— Głębiej — wycharczał ten pierwszy, kładąc dłoń na jej karku i napierając biodrami na jej twarz. — Chcę, żebyś poczuła go całego.
Widziałem, jak stara się spełnić ten rozkaz. Rozchylała usta najszerzej jak mogła, a jej oczy wywracały się z wysiłku, ale jego rozmiar był po prostu nieludzki. To było fizycznie niemożliwe — jego wielkość nie pozwalała jej na pełne objęcie, a każdy centymetr więcej wywoływał u niej odruch dławienia, który on zdawał się ignorować, ciesząc się jej bezsilnością.
— Tak… dław się nim — mruknął ten klęczący za nią, odciągając materiał jej bielizny na bok i wbijając palce w jej wilgotne wnętrze.
Moja żona wydała z siebie zduszony dźwięk — mieszankę bólu i obezwładniającej rozkoszy. Stała tam, oparta dłońmi o zimną szybę Sky Tower, rozpięta między dwoma czarnoskórymi olbrzymami, a ja z fotela widziałem na jej twarzy odbicie świateł miasta i totalną kapitulację.
Ten, który trzymał ją za biodra, nie czekał dłużej, przyciskając jej brzuch i piersi do chłodnej tafli panoramicznej szyby. Widziałem jej odbicie w szkle — twarz wykrzywioną w niemym krzyku oczekiwania. Uniósł jej nogę, a potem, bez ostrzeżenia, wbił się w nią jednym potężnym pchnięciem.
Z jej gardła wydobył się głęboki, zwierzęcy jęk. Dwa ruchy w środku — surowe, głębokie, rozdzierające jej ciasnotę. Ból i pieszczota splotły się w jedno, a sekundę później jej krzyk rozdarł ciszę apartamentu.
Było w tym coś przerażająco symbolicznego. Mi, kilka dni wcześniej, wystarczył sam jej widok, by eksplodować w ułamku sekundy. Teraz ona, pod wpływem zaledwie dwóch ruchów tego hebanowego olbrzyma, doznała orgazmu tak gwałtownego, że jej ciało dosłownie zwiotczało na szybie. Ale w jej przypadku to był dopiero początek. To nie był koniec aktu, jak u mnie — to był zapalnik dla całej serii spazmów, które miały ją teraz pustoszyć.
Krótką chwilę ciszy, wypełnioną tylko jej urywanym oddechem, przeciął mechaniczny dźwięk obracającej się pod sufitem kamery. Casanova zmieniał kąt widzenia. W tym samym momencie mój telefon zawibrował na stoliku. SMS od niego: „Widzę, że jej się podoba. Wygląda obłędnie na tej szybie”.
Poczułem falę mdłości wymieszaną z furią. Nie patrząc w obiektyw, uniosłem dłoń w stronę kamery i pokazałem środkowy palec. Wiedziałem, że to tylko go rozbawi, że moja bezsilna złość jest dla niego dodatkowym afrodyzjakiem. Ręce trzęsły mi się tak mocno, że nie byłbym w stanie odpisać na tę wiadomość, nawet gdybym chciał.
Mężczyzna, który przed chwilą doprowadził ją do tego masywnego szczytu, wyszedł z niej powoli. Uklęknął na dywanie u jej stóp, rozchylając jej uda jeszcze szerzej.
— Delicious… — mruknął, patrząc na to, jak jej soki spływają po jej skórze, aż do szpilek. Pochylił się, chcąc spróbować efektu swojej pracy, chłonąc jej zapach i smak z zachłannością, która nie znała wstydu.
W tym samym czasie drugi z nich przyciągnął ją do siebie od przodu. Jego dłonie, szorstkie i gorące, błądziły po jej plecach, aż znalazły zapięcie biustonosza Agent Provocateur. Zaczął rozpinać koronkę, a gdy materiał ustąpił, jej odsłonięte, naprężone sutki stały się celem jego ust. Atakował je zębami i językiem, podczas gdy ona, wciąż drżąc po pierwszym orgazmie, odchyliła głowę do tyłu, wystawiając się na kolejne uderzenie rozkoszy.
Była teraz całkowicie ich. Rozpięta między ziemią a niebem 45. piętra.
Ich ruchy były skoordynowane i precyzyjne, jakby ta scena była wielokrotnie przećwiczonym rytuałem. Ten, który klęczał u jej stóp, nagle stracił cierpliwość do subtelności. Jednym szarpnięciem zerwał z niej koronkową bieliznę, rozszarpując materiał Agent Provocateur na strzępy. Nie tracił czasu — wbił się w nią językiem jeszcze głębiej, a jego eksploracja stała się bezwzględna. Jego usta wędrowały od jej rozgrzanej, ociekającej sokami cipki, aż po samą krawędź jej ciasnej, czekoladowej dziurki.
Ona jęczała bez tchu, a jej ciało wyprężało się w nienaturalnym łuku. Pierwszy z olbrzymów, widząc jej błędny wzrok i całkowite otumanienie rozkoszą, chwycił ją za twarz. Przyciągnął jej usta do swoich i zaczął całować ją tak gwałtownie, jakby chciał ją pochłonąć. Jego język rzeźbił w jej wnętrzu, narzucając jej swój rytm, podczas gdy on sam zaczął przygotowywać ją do czegoś więcej.
Oparł jej ramiona na swoich potężnych barkach, pozwalając, by oplotła rękami jego szyję. W tym samym momencie drugi z mężczyzn, wciąż klęcząc, zrobił to samo z jej udami — zarzucił je sobie na ramiona i gwałtownie wstał.
Zamarłem w fotelu. Moja żona zawisła w powietrzu, tworząc coś w rodzaju żywego, drżącego mostu między nimi. Przez chwilę dwie pary jej warg i ich usta były złączone w morderczym pocałunku, a ona trzymała się ich tylko siłą ich uścisków. Gdy ten pierwszy nagle odsunął swoją twarz, jej górna część ciała opadła w dół. Teraz spoczywała udami na ramionach drugiego mężczyzny, tworząc w powietrzu duszny, akrobatyczny wariant pozycji 69.
Jej głowa zwisała bezwładnie w dół, a mokre od potu włosy prawie zamiatały dywan. Przy każdym kroku mężczyzny, który ją trzymał, jej twarz dosłownie obijała się o potężny, twardy członek.
— Zajmij się nim — wycharczał.
Było w tym coś pierwotnego i brutalnego. Moja żona, wisząc głową w dół, zaczęła zachłannie chwytać ustami pulsującą męskość, która uderzała o jej policzki od wewnątrz, w tym czasie on zachłannie zajadał się smakiem jej cipki.
Była teraz rozpięta w próżni, podtrzymywana tylko przez jego siłę, pochłaniała go. Drugi palcami i językiem doprowadzał jej tyły do kolejnej fali szaleństwa, odwdzięczyła się mu pieszcząc jego penisa ręką.
Mężczyzna, na którego ramionach spoczywały jej uda, nagle zmienił chwyt. Jednym płynnym, siłowym ruchem obrócił ją tak, że spoczęła bezbronnie na jego potężnych przedramionach. Nie tracąc ani sekundy, zaniósł ją w stronę łóżka i rzucił na pościel z głuchym stęknięciem. Materiał ugiął się pod jej ciężarem, a on natychmiast znalazł się nad nią, przygniatając ją swoją masą.
Wszedł w nią bez żadnego przygotowania, głęboko i twardo. Pokój wypełnił jej wysoki, niemal bolesny jęk, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości – jej ciało, choć już wycieńczone, przyjmowało go z drapieżną zachłannością.
Drugi z mężczyzn nie zamierzał stać z boku. Uklęknął w nogach łóżka, a jego dłonie spoczęły na jej stopach, wciąż odzianych w krwistoczerwone szpilki. Powoli, celebrując każdy ruch, zsunął jeden but, rzucając go na dywan. Zaczął całować jej stopę, wędrując językiem od podbicia aż po palce, pieszcząc ją z nabożną niemal czcią, która stanowiła ostry kontrast dla brutalnej siły, z jaką ten pierwszy pracował nad jej biodrami.
Ten, który był w niej, poruszał się coraz szybciej. Każde uderzenie jego hebanowego ciała o jej jasną skórę niosło ze sobą mokry, surowy dźwięk, który odbijał się od panoramicznych szyb apartamentu. Widziałem, jak jej dłonie błądzą po prześcieradle, jak zaciskają się na poduszkach, podczas gdy jej nogi, jedna wciąż w czerwonej szpilce, oplotły szerokie plecy kochanka, przyciągając go jeszcze mocniej do siebie.
Ciszę w mojej części pokoju przerwał dźwięk powiadomienia na tablecie. Casanova musiał właśnie zmienić ogniskową kamery, bo na ekranie zobaczyłem zbliżenie na jej twarz – usta miała półotwarte, oczy wywrócone do tyłu, a na czole perliły się krople potu. Wyglądała, jakby była w innym wymiarze, gdzie czas i przestrzeń nie istnieją, a jedyną rzeczywistością jest ten rytmiczny, nieludzki napór.
— Szybciej… — wycharczała, a jej głos był już tylko cieniem tego, który znałem z domu. — Proszę, nie przestawaj…
Mężczyzna nad nią uśmiechnął się drapieżnie, chwycił ją za gardło — lekko, by nie odebrać tchu, ale na tyle mocno, by poczuła jego dominację — i przyspieszył jeszcze bardziej, zamieniając każde pchnięcie w uderzenie tarana.
Kolejny krzyk rozdarł powietrze, a jej ciało wyprężyło się tak mocno, że przez chwilę widziałem każdą napiętą strunę jej mięśni pod jasną skórą. Spazmy orgazmu wstrząsały nią bez litości, a drugi czerwony but, poluzowany przez jej gwałtowne ruchy, sam zsunął się z jej stopy i upadł na dywan z głuchym stukotem.
— Teraz w dwójkę, kochana? — zapytał ten, który był nad nią, zniżając głos do groźnego szeptu.
Ona leżała rozrzucona na pościeli, kompletnie wycieńczona, ale w jej oczach wciąż tlił się ten głód, który sam w niej roznieciłem. Nie miała siły się przeciwstawić, a może po prostu już nie chciała.
— Tylko powoli… delikatnie… macie jakiś żel? — wycharczała, a na jej ustach błąkał się cień uśmiechu, który przeszył mnie jak nóż. Wiedziała, co nadchodzi.
Mężczyzna, który wcześniej pieścił jej stopy, uśmiechnął się do siebie z wyższością. Sięgnął do szuflady nocnej szafki, jakby doskonale wiedział, co tam leży — Casanova zaplanował każdy szczegół. Wyciągnął tubkę, wycisnął sporą porcję chłodnej substancji na dłoń i zaczął ją rozgrzewać, pocierając palcami.
Obrócił ją na bok, układając w pozycji embrionalnej, i położył się tuż za nią. Czułem, jak pot spływa mi po karku, gdy zobaczyłem jak jego ciemna dłoń powoli przenosiła żel na skórę pomiędzy jej pośladkami. Zaczął pieścić jej anus, najpierw kciukiem, a potem niepostrzeżenie wsunął w niego pierwszy palec. Ona drgnęła, jej oddech na moment zamarł, ale on nie przestawał. Po chwili dołączył drugi palec, metodycznie poszerzając wejście, przygotowując ją na to, co nieuniknione.
Patrzyłem na jego członka — pulsujący od krwi, niewyobrażalnej wielkości, ciemny i gruby jak ramię dorosłego mężczyzny. Wydawało się niemożliwe, by jej ciało mogło to przyjąć. Musiałby tam wsadzić chyba całą pięść, by stała się gotowa na taką skalę.
W tym samym czasie pierwszy z olbrzymów ukląkł przy jej głowie. Jego męskość, wciąż lśniąca od jej soków, znalazła się tuż przy jej twarzy.
— Spróbuj ich… zliż je ze mnie — rozkazał, a ona, mimo bólu, który czuła z tyłu, posłusznie rozchyliła usta, by smakować własną rozkosz zmieszaną z jego smakiem.
Zamarłem. To była scena, której nie dało się już cofnąć. Moja żona, rozpięta między ich potrzebami, brała w siebie jednego, podczas gdy drugi przygotowywał ją na najbardziej ekstremalne doznanie tej nocy.
Ten widok był przerażający. Patrzyłem na to jak na scenę z mrocznego snu, w którym proporcje przestają istnieć. Jej jasne, delikatne ciało na tle ich potężnych sylwetek wydawało się kruche niczym porcelana, a jednak biło od niej nienasycone pożądanie, które sprawiało, że ta scena stawała się najbardziej podniecającą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałem.
Mężczyzna klęczący za jej plecami uznał, że przygotowania dobiegły końca. Odłożył tubkę żelu, a jego dłonie, wielkie i pewne, chwyciły jej pośladki, rozchylając je tak szeroko, że widziałem każdy szczegół jej napiętego, lśniącego od nawilżenia wejścia.
Uniósł biodra i przystawił do niej swoją męskość. Był tak duży, że samo dotknięcie sprawiło, iż wygięła się w łuk i wydała z siebie krótki, urwany okrzyk.
— Spokojnie… oddychaj — mruknął ten pierwszy, chwytając ją za dłonie i splatając swoje palce z jej palcami, zmuszając ją, by skupiła się na nim, podczas gdy tamten zaczął napierać.
To nie było wejście. To była inwazja. Jej skóra napinała się do granic możliwości, gdy ciemna główka powoli, milimetr po milimetrze, zaczęła znikać w jej ciasnocie. Jej twarz poczerwieniała, żyły na szyi nabrzmiały, a oczy rozwarły się szeroko w wyrazie czystego szoku.
— Za… za dużo… — wykrztusiła, próbując uciec biodrami do przodu, ale on trzymał ją mocno, nie pozwalając na żaden ruch.
— Ciii… przyjmij go — szepnął ten z przodu, gładząc ją po spoconym czole, podczas gdy tamten pchnął mocniej.
Jej krzyk został stłumiony przez usta pierwszego z mężczyzn, który wpił się w nią w brutalnym pocałunku, odbierając jej możliwość ucieczki w dźwięk. Poczułem, jak w moim własnym ciele eksploduje fala gorąca. Nienawidziłem siebie za to, że siedzę tam i patrzę, jak jej ciało jest rozciągane w sposób, który wydawał się biologicznie niemożliwy, ale mój własny członek pulsował wściekle, domagając się ujścia.
W końcu wszedł do połowy. Zatrzymał się, pozwalając jej ciału oswoić się z tym rozrywającym wypełnieniem. Ona drżała na całym ciele, jej oddech był teraz serią krótkich, bolesnych świstów.
Wtedy ten drugi, widząc jej bezbronność, uśmiechnął się do kamery — do Casanovy — a potem do mnie.
— Zobacz, jaka jest pojemna — rzucił z kpiącym podziwem. — Twoja żona ma prawdziwy talent.
Pchnął do końca. Pokój wypełnił głuchy odgłos zderzających się ciał, a ona całkowicie zesztywniała, wbijając paznokcie w ramiona mężczyzny z przodu. To był moment absolutnej kapitulacji.
Ten widok był tak nierealny, że mój mózg ledwie nadążał z rejestrowaniem obrazów. Mężczyzna będący z tyłu zaczął poruszać się w niej powolnymi, metodycznymi ruchami. Każde pchnięcie rozciągało jej ciało jeszcze bardziej, zmuszając jej tkanki do poddania się jego nieludzkiemu rozmiarowi. Słyszałem mokry, ciężki dźwięk ich ciał, czułem zapach potu i żelu, który wypełniał sterylną przestrzeń apartamentu.
Wtedy ten drugi, który dotąd zajmował tylko jej usta, spojrzał na swojego towarzysza. W jego oczach lśniło porozumienie, którego tak bardzo się bałem.
— Now she’s ours — rzucił po angielsku, niskim, chropowatym głosem.
Chwycił ją za ramiona i pociągnął do siebie, kładąc ją na swojej potężnej klatce piersiowej. Moja żona była teraz żywym pomostem między nimi — rozpięta, bezbronna, oszołomiona bólem i rozkoszą, której nie potrafiła już rozdzielić. Drugi z mężczyzn, wciąż tkwiąc głęboko w jej analu, nie przerywał pracy. Ten pierwszy natomiast chwycił swój pulsujący, niewiarygodnie gruby członek i zaczął naprowadzać go na wejście do jej cipki.
Nie wytrzymałem. To było zbyt wiele.
Moje spodnie paliły mnie w skórę. Trzęsącymi się rękami rozpiąłem pasek i zamek, uwalniając moją nabrzmiałą, pulsującą męskość, która niemal eksplodowała od skumulowanego napięcia. Siedziałem w tym fotelu, patrząc na nich bezpośrednio, a potem na ekran tabletu, gdzie widok był jeszcze bardziej intymny, jeszcze bardziej surowy.
Patrzyłem, jak on napiera. Widziałem, jak jej jasna skóra napina się w obu miejscach jednocześnie, gdy dwaj czarnoskórzy olbrzymi wchodzili w nią z dwóch stron, wypełniając ją niemal do granic możliwości. Jej ciało wydawało się wypełnione po brzegi, każda jej komórka pulsowała w rytm ich skoordynowanych pchnięć.
Jej krzyk przeszedł w serię niekończących się, gardłowych jęków. Głowa odchyliła się do tyłu, opierając o ramię mężczyzny, a jej oczy wywróciły się, ukazując jedynie białka. Była w samym centrum sztormu. A ja, chwytając się własną dłonią, czułem niepohamowaną rządzę, która wymazała resztki wstydu. Nienawidziłem się za to, ale to podniecenie było najsilniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek poczułem.
Byliśmy tam we czwórkę — plus Casanova za szklanym okiem kamery. Cała nasza moralność, nasze małżeństwo, wszystko, co budowaliśmy, topniało w ogniu tej podwójnej, hebanowej inwazji.
— Chyba twojemu mężowi się to podoba — rzucił jeden z nich łamaną polszczyzną, a w jego głosie pobrzmiewała nuta drapieżnej satysfakcji.
Chwycił ją za włosy, unosząc jej niemal nieprzytomną od nadmiaru bodźców głowę. Zmusił ją, by spojrzała w stronę mroku, w którym siedziałem. Ja, skryty w cieniu fotela, przeżywałem swoją najtrudniejszą chwilę — mieszankę paraliżującego wstydu i pierwotnej, zwierzęcej fascynacji, której nie potrafiłem już zdusić. Moja dłoń zaciskała się na moim pulsującym członku, a oddech był równie rwany jak jej.
— Obróć ją tak, żeby widziała swojego męża. Niech widzi, jak mu się podoba to, co z nią robimy — padł rozkaz.
Wyszli z niej niemal jednocześnie, a dźwięk opuszczanego ciała był mokry i ciężki. Ona opadła na pościel jak szmaciana lalka, ale nie dali jej odpocząć. Ten, który wcześniej był w jej cipce, natychmiast nachylił się nad nią, złapał ją pod plecy i jednym silnym ruchem ułożył na sobie, kładąc się na materacu. Znalazła się na nim, w pozycji na jeźdźca, całkowicie bezbronna.
Wszedł w nią ponownie od dołu, a impet tego pchnięcia sprawił, że jej oczy otworzyły się szeroko. Przez ułamek sekundy odzyskała świadomość, odnajdując mój wzrok w mroku apartamentu.
— Kochanie… — wycharczała, a w jej głosie było wszystko: miłość, obłęd i prośba o akceptację tego, co się działo.
Nie zdążyłem odpowiedzieć. W tym samym momencie drugi z olbrzymów nachylił się nad nią od tyłu i ponownie, bezlitośnie, zakotwiczył się w jej anal. Jej ciało zesztywniało, plecy wygięły się w łuk, a krzyk, który wydobył się z jej gardła, był tak czysty i intensywny, że poczułem go w samym środku własnego żołądka.
Byli teraz złączeni w jedno pulsujące ciało. Ona na górze, rozpięta między ich biodrami, poruszająca się w górę i w dół, podczas gdy oni dyktowali tempo. Widziałem, jak heban ich ciał kontrastuje z jej jasną skórą, która teraz była pokryta ich potem i zapachem. To był widok totalnego zniszczenia wszelkich granic.
Czułem, że to jest ten moment. Moja własna rządzę sięgnęła zenitu. Patrzyłem na jej twarz, na to, jak wypowiada moje imię, będąc wypełnioną przez nich obu, i wiedziałem, że ta noc zmieni nas na zawsze.
Ich dyscyplina i kontrola były porażające, jakby czerpali siłę z faktu, że wciąż trzymają ją na samej krawędzi.
Zamarłem. Chciałem zerwać się z tego przeklętego fotela, podbiec do łóżka, złapać ją za rękę, krzyknąć „dość!” albo po prostu poczuć pod palcami jej skórę, by upewnić się, że to wciąż ona. Ale nogi miałem jak z ołowiu. Trwałem tam, w mroku apartamentu Sky Tower, całkowicie zahipnotyzowany widokiem jej ciała, które przestało należeć do nas, a stało się polem bitwy dwóch hebanowych potęg.
Ona dochodziła raz za razem. Jej krzyki stały się chrapliwe, gardłowe, niemal nie do zniesienia. Każdy spazm, który wstrząsał jej biodrami, był natychmiast przechwytywany przez ich bezlitosne pchnięcia. Zmieniali się pozycjami z przerażającą sprawnością, niemal nie wychodząc z niej, otaczając się jej ciepłem, jakby próbowali wyssać z niej każdą kroplę energii.
Wtedy ten, który od dłuższego czasu pracował nad jej analnym wejściem, zwolnił na moment. Jego twarz była mokra od wysiłku, a żyły na potężnych ramionach nabrzmiały do granic możliwości. Spojrzał na swojego towarzysza, który w tym czasie zajmował jej cipkę.
— Musisz spróbować jej czekoladowej dziurki — wycharczał po angielsku, choć zrozumiałbym go nawet bez słów. — Rozpracowałem ją, jest niesamowita… dalej tak ciasna i przyjemna. Muszę odetchnąć, muszę wyjść na chwilę, bo zaraz w niej wystrzelę.
Widziałem, jak jego klatka piersiowa faluje w gwałtownych oddechach. Był na samym szczycie, na granicy, której Casanova kazał im jeszcze nie przekraczać.
Drugi z mężczyzn uśmiechnął się drapieżnie. Jednym płynnym ruchem wysunął się z niej, zostawiając jej cipkę na chwilę pustą i pulsującą, by natychmiast zająć miejsce kolegi. Jego potężna, ciemna męskość lśniąca od jej soków i żelu, teraz przystawiła się do jej drugiej dziurki, która wciąż drżała po poprzednim najeźdźcy.
Moja żona wydała z siebie długi, błagalny jęk, gdy poczuła nową, jeszcze większą siłę napierającą na jej najbardziej intymną barierę. Jej dłonie szukały czegokolwiek, wbiły się w materac, a głowa opadła na poduszkę.
— Patrz na nią — mruknął ten, który teraz stał nade mną, ocierając pot z czoła i nie spuszczając wzroku z jej cierpienia i ekstazy. — Patrz, jak przyjmuje z wdzięcznością swój prezent.
Siedziałem tam, z rozpiętymi spodniami, czując, że lada moment sam nie wytrzymam tego napięcia. Byłem tylko widzem w teatrze, który sam sfinansowałem swoją zazdrością i miłością.
Widok tego, co stało się w następnej sekundzie, sprawił, że krew w moich żyłach dosłownie zawrzała. Moja żona, zamiast opaść z sił, jakby nagle zaczerpnęła tchu z jakiegoś nieznanego, mrocznego źródła energii. Postanowiła przejąć kontrolę nad tym nieludzkim tempem, jakby chciała sprawdzić, czy zdoła złamać tych olbrzymów swoją własną rozkoszą.
Wygięła się mocno, sięgnęła dłońmi do swoich pośladków i rozchyliła je szeroko, obnażając przed nim całe swoje rozpalone wnętrze. To było bezwstydne, pierwotne zaproszenie. Zaczęła kręcić pupą w drapieżnym, rytmicznym tańcu, napierając tyłem na jego potężny członek z siłą, której wcześniej u niej nie znałem.
Ten, który był w niej, kompletnie stracił panowanie nad sobą. Jego twarz wykrzywił grymas niemal bolesnej przyjemności.
— She’s crazy… Oh my God, she’s crazy! — wycharczał po angielsku, wbijając palce w jej biodra tak mocno, że na jej jasnej skórze natychmiast zaczęły formować się sińce. — So good… so fucking good!
Nie był w stanie tego utrzymać. Nim zdążyłem choćby mrugnąć, pokój wypełnił jego głośny, gardłowy krzyk — ryk triumfu zmieszanego z kapitulacją. Widziałem na ekranie tabletu, jak jego całe ciało sztywnieje w potężnym skurczu. Pchnął ostatni raz, najgłębiej jak mógł, i wystrzelił. Poczułem niemal fizycznie ten moment, w którym wpompował w nią całą swoją gorącą zawartość, wypełniając jej anal po same brzegi.
Ten, który stał tuż przy mnie, uśmiechnął się szeroko i zaczął bić brawo. Echo jego oklasków niosło się po apartamencie, przebijając się przez jej ciężki, poszarpany oddech.
— Brawo! Brawo, mała! — zaśmiał się, patrząc na nią z autentycznym podziwem. — Skończyłaś z nim. Rozbiłaś go od środka.
Ona opadła twarzą na poduszkę, drżąc w ostatnich spazmach, podczas gdy ten drugi powoli się z niej wysuwał. Na jej skórze, pomiędzy pośladkami, zobaczyłem białą smugę — dowód na to, że był w niej tak dużo, że jej ciało nie nadążało z przyjmowaniem wszystkiego.
Został już tylko jeden. Ten, który stał nade mną, wciąż twardy, wciąż głodny i gotowy, by dokończyć dzieła. Spojrzał na mnie, a potem na nią.
— Teraz moja kolej na finał — mruknął, ruszając w stronę łóżka.
Podszedł do niej powoli, niemal z szacunkiem, jakby celebrował to, co zaraz miało nastąpić. Nachylił się i pogładził ją po spoconej głowie, odgarniając wilgotne kosmyki z jej czoła. Wyszeptał jej coś do ucha — nie słyszałem co, ale widziałem, jak ona, wciąż drżąc, delikatnie kiwnęła głową na zgodę. Pocałował ją w szyję, a potem, chwytając za biodra, obrócił na plecy.
Rozkoszował się widokiem jej całkowitej bezbronności. Jego usta zaczęły wędrówkę po jej rozgrzanym ciele, muskały sutki z taką czułością, jakby błagał, by jej ciało wykrzesało z siebie jeszcze jedną iskrę życia, specjalnie dla niego. W końcu objął ją potężnymi ramionami, uniósł jak piórko i ruszył w moją stronę.
— Zrób miejsce na kolanach — rzucił krótko, nie znoszącym sprzeciwu tonem.
Zamarłem, ale rozsunąłem nogi. Położył ją na mnie, a ja natychmiast poczułem uderzenie aromatów tej nocy: zapach jej piżmowych perfum, słony pot, zapach żelu i ostry, męski zapach spermy, która wciąż znaczyła jej skórę. Leżała na mnie, ciężka i gorąca, wtuliła głowę w moją szyję. Poczułem jej wilgotne wargi przy uchu.
— Zaraz koniec… dziękuję ci za wszystko — wyszeptała, a jej głos był tak kruchy, że niemal pękło mi serce.
W tym samym momencie kamery pod sufitem znów cicho zabzyczały, obracając się w naszą stronę. Casanova nie zamierzał przegapić tego kadru: mąż jako żywy tron dla swojej żony i jej ostatniego kochanka.
On nie czekał. Stanął przed nami i powoli, z niemal nabożną ostrożnością, wszedł w nią. Poczułem, jak jej ciało napina się na moich udach, jak jej wnętrze przyjmuje go milimetr po milimetrze.
— Będę delikatny… wiem, że jesteś już zmęczona — mruknął, patrząc jej w oczy.
Ale to była tylko obietnica. Przyjemność i zapach jej podniecenia szybko przejęły nad nim kontrolę. Zaczął poruszać się coraz szybciej, coraz mocniej, a każde jego uderzenie rezonowało uderzeniem jej ciała w moją klatkę piersiową. Ona, w półświadomym transie, złapała mnie za dłonie, ściskając je tak mocno, że jej paznokcie wbijały się w moją skórę.
Czułem nad sobą jej pulsujące pośladki, czułem, jak każda fala jego naporu przechodzi przez nią prosto we mnie. Leżała na mnie, dźgana falami bólu i niewyobrażalnej przyjemności, a ja siedziałem tam, będąc fundamentem jej ostatniego tego wieczoru upadku i wzlotu jednocześnie.
Tego było już za dużo. Granica między bólem, wstydem a obłąkańczą przyjemnością przestała istnieć. On pchnął ostatni raz, potężnie, i poczułem, jak całe jego ciało sztywnieje, gdy kończył głęboko w jej wnętrzu. Ona, czując ten gorący wystrzał, wygięła się na moich kolanach i krzyknęła raz jeszcze — ten krzyk był jak echo rozdzierającej nas nocy.
W tej samej sekundzie ja również pękłem. Mój penis, torturowany rytmicznymi ruchami jej pośladków, które spoczywały na mnie przez cały ten czas, nie wytrzymał naporu emocji i fizycznego tarcia. Eksplodowałem, czując, jak fala ciepła zalewa mi uda. Oni poczuli spełnienie, a ja… ja poczułem niewyobrażalny, brudny wstyd, który nagle uderzył we mnie z siłą tsunami.
Fascynacja zniknęła. Zostało tylko obrzydzenie.
Zsunąłem ją gwałtownie z moich kolan, niemal zrzucając na dywan. Trzęsącymi się dłońmi złapałem tablet ze stolika i jednym wściekłym ruchem rozłączyłem stream. Czerwona kropka zgasła. Ekran stał się czarny.
— Zrobiliście swoje! Wynoście się! Już! — wykrzyczałem, a mój głos załamał się, zdradzając całą moją słabość.
Jakże tragicznie musiała wyglądać ta scena w surowym świetle apartamentu. Ja — z otwartym rozporkiem, z opadającą erekcją i plamami na spodniach. Ona — leżąca na podłodze u moich stóp, rozbita, ociekająca ich sokami, z rozmazanym makijażem. I oni — dwaj monumentalni, niemal bogowie, górujący nad nami swoim samczym spokojem, nawet niezdyszani, patrzący na naszą ruinę z góry.
— Spokojnie — powiedział ten wyższy, powoli przecierając ręcznikiem swój tors. — Wyjdziemy, gdy dostaniemy telefon.
— Telefon? — wykrztusiłem, próbując zapiąć spodnie. — Jaki telefon?!
— Telefon od Konesera — odparł ten drugi, wciągając spodnie z taką gracją, jakbyśmy byli tylko przystankiem w jego grafiku.
— Od Konesera? Kto to, do cholery, jest Koneser?! — Moja wściekłość mieszała się z narastającym przerażeniem. — Przecież to Casanova to zorganizował!
Obaj spojrzeli na siebie z lekkim, niemal litościwym uśmiechem.
— On jest takim samym pionkiem jak my — mruknął barczysty olbrzym. — On tylko wykonuje polecenia.
Wtedy w ciszy apartamentu rozległ się ostry, wysoki dźwięk dzwonka. Telefon, który leżał na stoliku przy wejściu, rozświetlił się. Ten większy podszedł, odebrał i przez chwilę tylko słuchał, kiwając głową w milczeniu. Nie padło ani jedno słowo.
— Zbieraj się. Idziemy — powiedział do kolegi, odkładając aparat.
Wyszli tak samo, jak weszli — bez słowa pożegnania, zostawiając po sobie zapach seksu i ciężką, duszną atmosferę klęski. Drzwi zatrzasnęły się z cichym kliknięciem, a ja zostałem w półmroku z kobietą, którą kochałem, a która teraz wydawała mi się obca.
Ona podniosła się powoli na łokciach. Jej spojrzenie powędrowało na telefon, który wciąż leżał na stoliku.
Komórka zawibrowała mi w dłoni, parząc skórę jak rozżarzony węgiel. To był on. Casanova.
— Ty pieprzony draniu! — wykrzyczałem do słuchawki, a mój głos odbił się echem od panoramicznych szyb, za którymi miasto gniło w obojętności. — Miałeś być tylko ty! Tylko ty miałeś patrzeć!
— I był to piękny widok — odpowiedział spokojnie, a w jego głosie nie było ani krzty skruchy. — Ale fakt, był ktoś jeszcze. Przepraszam, ale nie mogłem powiedzieć wam całej prawdy. Wtedy byście się zapewne nie zgodzili, a to byłaby niepowetowana strata.
— Ty chuju! — syknąłem, czując, jak łzy wściekłości pieką mnie pod powiekami. — Sprzedałeś nas!
— Poczekaj… posłuchaj — przerwał mi tonem, jakby tłumaczył dziecku oczywistość. — Wiem, że to był błąd, ale to był jego warunek. On szuka takich kobiet jak twoja żona. On jest prawdziwym Koneserem żywiołu, jakim są kobiety takie jak ona. Ja tylko wyszukuję dla niego te najwspanialsze, najczystsze diamenty.
— Kończymy to! — odkrzyknąłem, a moja dłoń zbielała na obudowie telefonu. — Jeśli gdziekolwiek, kiedykolwiek ukaże się nagranie z tego wieczora, to spotkamy się w sądzie! Zniszczę cię!
Casanova zaśmiał się cicho, niemal litościwie.
— Nie o to w tym chodzi, daj sobie wytłumaczyć. Zresztą… on sam się pewnie do was odezwie. Zrobiliście na nim ogromne wrażenie. Jesteście parą, jakiej szukał od lat.
Rozłączyłem się gwałtownie, rzucając telefonem o skórzany fotel. Oddech miałem rwany, a w głowie huczało mi od nadmiaru upokorzenia. Spojrzałem na nią. Leżała na dywanie, w strzępach czarnej koronki, otoczona aromatem świec i obcych mężczyzn.
— Chodź — powiedziałem, wyciągając do niej rękę, choć sam ledwo trzymałem się na nogach. — Pomogę ci się umyć i jedźmy stąd jak najszybciej. To był jeden wielki, chujowy błąd. To był mój błąd… Wszystko moja wina.
Wtedy ona podniosła na mnie wzrok. Jej twarz była brudna od rozmazanego makijażu, usta spuchnięte, a oczy… oczy były nieludzko spokojne. Wstała powoli, nie przyjmując mojej dłoni, otulając się resztkami godności i jedwabnej sukienki, którą podniosła z ziemi.
— Znów ty — powiedziała cicho, a jej głos przeciął powietrze jak ostrze gilotyny. — Znów bierzesz wszystko na siebie, jakbyś był jedynym aktorem w tym przedstawieniu. Ja tego chciałam też. Nie rozumiesz? Chciałam tego tak samo mocno jak ty. Może nawet mocniej.
Zamarłem. To nie była kapitulacja. To była deklaracja wojny domowej.
CDN...
KlaraN
Jak Ci się podobało?