Switch 2.0: RELOAD

Ravenheart Ravenheart

31 maja 2020

2 godz 57 min

Prawie 10 lat temu napisałem krótkie opowiadanie, inspirowane prozą W. Gibsona i P. K. Dicka zatytułowane "Switch". Było bardzo ciepło przyjęte przez Publikę, przerastając moje najśmielsze oczekiwania. Z listów otrzymanych po nim nawiązała się nawet piękna przyjaźń... Ale to zupełnie inna historia.

W 2020 roku napisałem kontynuację Switcha, którą znajdziecie poniżej. Uprzedzam - tekst jest długi, a pewnie i miejscami nudny, zawikłany i pogmatwany. Ale mimo to zachęcam do rozwikłania wszystkich parafraz, tajemnic i nawiązań, które pozostawiłem dla czujnego Czytelnika. Bawcie się dobrze!

Przed lekturą proponuję zapoznać się z pierwszą częścią, która znajduje się tutaj:
Switch

Ravenheart

Click

...

Session termination code received. Connection lost. Switch offline.

Przelogowanie jest zawsze najgorsze. 

 

Powracający świat uderza jak pocisk snajpera. Ciało wypręża się w nagłym skurczu, a mózg gwałtownie protestuje. Oszalałe synapsy rozbłyskują impulsami niczym największy neon w New Shinjuku. Melanż splątanych rzeczywistości rozciąga napiętą membranę osobowości we wszystkie możliwe strony. Prawda miesza się z ułudą – tak dokładnie, że zmaltretowane chemiczno-elektryczną torturą neurony zaczynają wątpić we własne istnienie. 

Wyjście ze Switcha nie daje się porównać z niczym, nawet z traumą narodzin. Bo w porównaniu z Logoutem, na świat przychodzimy właściwie spokojnie i bez stresu. Przygotowani przez dziewięć długich miesięcy, bezpieczni w matczynym wnętrzu, stopniowo przyzwyczajamy się do bycia sobą. Dojrzewające mózgi dzień po dniu uczą się rozwijającego się ciała, którego są właścicielem. Badają je i próbują. Smakują dźwięki przesączające się przez płyny owodniowe, rozkoszują się rosnącą świadomością bodźców. Akt końcowy tego procesu, wypchnięcie z macicy, jest tylko zmianą otoczenia, wejściem w nowy świat. Ale ciało pozostaje to samo. 

Przy wyjściu ze Switcha zmienia się wszystko.

Odłączony od narkotyczno-elektronicznego haju mózg przeżywa nie dający się porównać z niczym szok. Nagle zdaje sobie sprawę z posiadania zupełnie nowych wymiarów, nowych organów i obcych tkanek. Szaleństwo bodźców wali w niego z siłą pędzącego pociągu. Oczywiście potraktowana brutalnie świadomość usiłuje się bronić przed zadawanym jej gwałtem. W panicznym zrywie stara się przypomnieć sobie kim była przed Switchem – a jednocześnie nadal jeszcze śni elektroniczno–chemiczny, opętany sen Programu. 

Zderzenie Teraz i Przedtem wywołuje istną eksplozję sprzecznych doznań. Jest niczym zespolenie śmierci i narodzin. Technozgon i Farmakozmartwychwstanie połączone w nierozdzielnym akcie.

Słabsze umysły nie potrafią sobie z tym poradzić. Neurony żądają coraz więcej danych, a pijane obłąkaniem nerwy zanoszą się spazmatycznym chichotem, próbując przesłać sprzeczne informacje, wszystkim, którzy chcą słuchać. Ale słuchać nie chce nikt – natomiast każda synapsa wrzeszczy swoim głosem, przekrzykując swoje siostry. I wreszcie mózg smaży się we własnym chaosie. Dziko skaczące EEG, nagle leci w dół, by zamrzeć w ostatnim, zamierającym drgnięciu. 

Wypłaszczenie. 

Koniec. Kolejny Usmażony.

Przeżyłem wystarczająco wiele Zjazdów, żeby rozumieć ryzyko. A jednak wciąż wracam po nowego Switcha. Bo Switch to życie. Czasem myślę, że jedyne prawdziwe.

Świadomość wraca powoli. Stapia się w jedno z drobnych odłamków rzeczywistości, niczym drgający pręt, stopniowo zamierający w nieruchomy kształt. 

Z koktajlu wielorzeczywistości najpierw, niczym chemiczny osad w przeterminowanym Pląsie, wytrąca się słuch. Mózg zaczyna się stabilizować, a dźwięk leniwie krystalizuje z multisensorycznej synestezji. W końcu zaczynam rozróżniać cichy szmer aparatury, przelewającą się rurami wodę i przytłumiony rytm obleśnego baru za ścianą. 

Ten rytm to przede wszystkim transowa, psychodeliczna muzyka. Nie muszę jej nawet słyszeć, żeby ją sobie przypomnieć. Jest we mnie. Rezonuje. Pulsuje. Jakby była najważniejszym elementem tej rzeczywistości. Zagłusza wszystko: dźwięki Miasta, jednostajne mruczenie generatorów, jęki serwomotorów, głosy ludzi – ale przede wszystkim zagłusza sumienie. Psychodeliczne wibracje wnikają do mojego ciała, choć właściciel zapewniał o dźwiękoszczelnych ścianach. Ale może to po prostu odprysk pamięci? Nagłe pobudzenie zlepka neuronów w tej szarej brei, którą nazywamy mózgiem?

Potem, w obłąkanym fazowym przejściu, powraca wzrok. Najpierw, początkowa ciemność zaczyna miarowo pulsować ciemną czerwienią, aż nagle, niespodziewanie wszystko eksploduje oślepiającą bielą, niczym rodząca się Nova. Po kilku chwilach z pożogi blasku wyłaniają się kontury pokoju. Zrazu mgliste, nieokreślone i dwuwymiarowe, z wolna wypełniają się magicznym chiaroscuro. Wreszcie wszystko się wyostrza, nabiera realności i konkretu. Leżę spokojnie, czekając aż obraz wróci do normy. Dopiero gdy znowu pojawia się ostrość widzenia, decyduję się unieść głowę.

Patrzę na moje ciało – leżące na brudnym, na wpół przegniłym sienniku, bezwładne i zdane na łaskę karmiącej je maszyny... Potem moje spojrzenie przesuwa się na wbite w żyły długie, srebrne igły. Plastikowe rurki łączą je z zestawem autoiniektorów, które cierpliwie dostarczają pożywienie i chemiczną pulpę dla umęczonego ciała i sponiewieranego umysłu. Cały ten koktajl wnika we mnie, a potem naczyniami krwionośnymi rozchodzi się do najdalszych zakamarków. Zakamarków ciała, które mózg dopiero usiłuje poznać. Ciała, którym jestem i którym głęboko pogardzam. 

Nie czuję, że jest moim własnym – bo przecież jeszcze kilka chwil temu byłem kimś innym. Lepszym. Piękniejszym. Doskonalszym. I kiedy to sobie uświadamiam, usłużna pamięć natychmiast podsuwa mi obrazy. Głowa opada w tył. Zabiera mnie Switchowy Odpływ.

*

Jeszcze niedawno byłem młodym, niemieckim arystokratą. Wysokim, przystojnym i wysportowanym. Był koniec XIX wieku, a w moim pałacu odbywały się najdziksze orgie. Totalna, niczym niepohamowana rozpusta naszego fin de siècle – tyle, że podana na srebrnej tacy i w eleganckim kieliszku. Przedestylowana i wysublimowana do najdalszych granic dekadencji. Nie było takiej przyjemności, której byśmy nie spróbowali. 

Łagodny powiew przynosi zapach ciepłej nocy, krystalicznie czystego, górskiego powietrza i żywicznej świeżości alpejskich świerków. Przestrzeń rozświetla miękki, srebrzystozłoty blask księżyca. Stoję na balkonie, dotykając szorstkiej, kamiennej powierzchni balustrady. Oddycham głęboko, rozkoszując się chwilą. 

Zza pleców dobiega dźwięk otwieranych drzwi. Nie obracam się. Zapewne ktoś, podobnie jak ja, szuka odrobiny wytchnienia. A może po prostu spokojniejszego miejsca, gdzie mógłby znaleźć chwilę nocnej samotności pomiędzy kolejnymi orgazmami? 

Więc dalej wpatruję się w noc, sącząc kieliszek wyśmienitego burgunda. Po chwili jednak czuję za sobą czyjąś obecność. Obracam się i spostrzegam wysokiego, przystojnego Austriaka. Horst von Reichenbach. Ubrany, podobnie jak ja, w elegancki czarny frak, szyty na miarę przez wiedeńskiego krawca. W półmroku lśni biała, wykrochmalona koszula. 

– Miło cię widzieć, przyjacielu – uśmiecham się.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Zresztą, przepuszczenie okazji do spotkania byłoby doprawdy niewybaczalnym grzechem. Rauty w twoim pałacu cieszą się wielką sławą. 

Uśmiecham się, bo wiem, że komplement jest całkowicie zasłużony.

– Przywiozłem ci mały prezent – mówi Horst i wskazuje kogoś stojącego skromnie opodal, przy drzwiach.

Dostrzegam niewysoką, dziewczęcą postać ubraną wyłącznie w prześwitującą haleczkę. Ma jasne, naturalne włosy, zaplecione w skromny warkocz. Jest bosa. Przypomina zwiewną rusałkę ze słowiańskich legend. Przyglądamy się chwilę, smakując jej niewinną urodę. Przez moment błyska mi myśl, że jesteśmy jak dwa wilki obserwujące młode jagnię. A moje mroczne, atawistyczne ja właśnie odsłania kły.

– Podejdź, dziecko – Horst gestem przywołuje dziewczynkę.

Zbliża się powoli, opornie, z wyraźną obawą. Na jej twarzy rysuje się mieszanina strachu, ciekawości i zawstydzenia. Sutki drobnych, jędrnych piersi są sztywne i wyraźnie widoczne pod delikatnym materiałem. Ze strachu? Z zimna? A może z podniecenia? Przecież musiała widzieć, co dzieje się w pokojach, które mijała. Zadaję sobie pytanie: ile może mieć lat? Czternaście? Piętnaście? Wątpię. Myślę, że jest młodsza. Dużo młodsza.

– To Lena – mówi Horst, wyciągając rękę w jej kierunku i muskając policzek.

Dziewczyna bezwiednie nadstawia się na pieszczotę, jak malutki kociak. Może nie wie, jak bardzo Horst lubi zrywać takie niewinne kwiatuszki? A może on już zabawił się z nią, obiecując, że uczyni z niej służącą w jakimś wiedeńskim zamku, aby tylko wydobyć uległość z jej ciała?

Horst przeciąga palcem po skórze dziewczynki. Wolno. Lubieżnie. Rozkoszuje się władzą, jaką nad nią ma. Dotyka jej ust i lekko rozchyla dziewczęce wargi. Są różowe i z pewnością kusząco miękkie.

– Znalazłem ją na jakiejś zapadłej galicyjskiej wsi. Właściwie – uśmiecha się kącikiem ust – to wygrałem ją w karty od plebana. To jakaś jego daleka krewna. Graliśmy o nią w pokera. Niesamowita partia. I jakie napięcie! Byliśmy tak pijani, że postawiłem przeciwko niej mojego ulubionego konia. 

– Ryzykowna gra – odpowiadam uśmiechem.

– Och, opłacało się, zapewniam cię. Sam popatrz – skinieniem głowy daje znak Lenie.

Dziewczyna uśmiecha się niepewnie i posłusznie podnosi rąbek halki, odsłaniając olśniewająco białe, gładkie uda. Pomiędzy nimi błyska idealnie bezwłosa, subtelna kreska jej niewinnej kobiecości. Lena przygryza lekko wargi. Nawet w ciemności nocy widzę, jak rumieni się, obnażając przed obcym mężczyzną.

– Dotknij. Jest miękka jak jedwab – zaprasza Horst, nie przejmując się zakłopotaniem Leny.

Wyciągam dłoń i powoli zbliżam ją do łona dziewczyny. Zatrzymuję palce tuż przy jej ciele, ciesząc się ulotną delikatnością ciepła, którym promieniuje. Jest taka świeża, taka nieskalana. A może to tylko ja ją tak idealizuję? Może używali jej już wszyscy, łącznie z własnym ojcem, aż w końcu matka zdecydowała się ją odesłać do krewnego księdza? Może on także rżnął ją co noc w cichym pokoiku na zakrystii? Może zagrał o nią w karty, bo bał się, że jest już w ciąży? 

A może właśnie ta słowiańska rusałka wcale nie jest tak niewinna, jak się wydaje? Może sama lubi ofiarowywać swoją dziewczęcość, póki jeszcze jej ciała nie zdeformowały trudy wiejskiego życia i kolejne ciąże? Czy może to jednak jest niewinne, czyste dziecko? Świeży kwiatuszek, który nieśmiało wyrastał gdzieś na galicyjskiej wsi?

Dotykam jej szparki, kładąc opuszki palców na nierozkwitłym jeszcze pączku. Jest ciepła. Kojąca i podniecająca zarazem. Czuję, jak drży pod moim dotykiem. Drapieżnik, który jest we mnie, podnosi łeb i zaczyna uważniej patrzeć na jagnię.

– Jest twoja – mówi Horst. – To mój prezent urodzinowy dla ciebie. I dla twoich gości.

– Dziękuję, przyjacielu – kwituję uprzejmie. – Wyborny podarunek. Masz doskonały gust. Mimo twojej szczodrości, czułbym się jednak niezręcznie, pozbawiając cię jej wdzięków. Umówmy się więc tak: przyjmuję ją i nie omieszkam używać zgodnie z jej przeznaczeniem. Ale kiedy tylko będziesz moim gościem, Lena zawsze będzie do twojej wyłącznej dyspozycji.

Horst dziękuje mi skinieniem głowy i szerokim, lubieżnym uśmiechem. Podnoszę palce do twarzy i chciwie wciągam podniecający, intymny zapach słowiańskiej dziewczynki. Ona patrzy na mnie szeroko rozwartymi oczami. Mają jasne tęczówki, o barwie przypominającej majowe niebo. A woń jej dziewiczego łona przywodzi na myśl świeżą trawę. Usta rusałki drżą lekko. Ona już chyba domyśla się, jaki będzie jej los.

*

Świat rzeczywisty znowu powraca i zajmuje miejsce w świadomości. Rozpycha się w niej i mości, sadowiąc wygodnie w mózgu. Jeszcze przez chwilę czuję zapach Leny, ale jednocześnie już wiem, że nie jest on realny. Że nigdy nie byłem niemieckim arystokratą, a to wszystko jedynie ułuda. Nigdy nie położyłem dłoni na delikatnym łonie jasnowłosej dziewczynki. Bo ona nigdy nie istniała. To tylko Switch flashback – zamierające wspomnienie, które mózg próbuje rozpaczliwie pochwycić. To cichnące echo. Niknący ślad na wodzie. Zaraz wyblaknie i odpłynie. Jest nierzeczywisty, bo ja wiem; ja mam świadomość, że nigdy realnie nie istniał. W przeciwieństwie do prawdziwego, bo odbieranego wszystkimi zmysłami świata switchowego kłamstwa. 

Flashbacki są częścią każdego Powrotu. Ale każdy z nich w końcu rozpływa się niczym roztapiające się w piecu śmieci. 

Prawdziwa Rzeczywistość jest zupełnie inna niż Switch. Rzeczywistość jest szara, paskudna i wypełniona nędzą istnienia. Tu każdy ból, każde uczucie i każda emocja są realne – a przez to niedoskonałe. Tu każdy krok, każdy czyn i każda decyzja ma swoje konsekwencje. I nigdy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Choć są takie, w których chciałbym nurzać się do końca życia.

Przymykam oczy. Z karminowej magmy wyłania się kolejny obraz. 

*

Zawsze fascynowało mnie dzielenie się doznaniami. Albo może inaczej: uczestniczenie i rozumienie przeżyć tego, z kim się pieprzę. Lord Byron, który rżnął swoją siostrę-bliźniaczkę mówił, że gdy leży pod nim, z zadartymi wysoko nogami,  bezwstydnie ofiarując mu swoją szparę, daje mu szalone przeżycie pieprzenia samego siebie. Zawsze zastanawiałem się, co czuł, gdy tuż pod sobą widział rozpaloną podnieceniem twarz dziewczyny, która była tak do niego podobna? Co czuł, gdy w jej oczach pojawiało się nadchodzące uderzenie orgazmu? Co czuł, gdy jego ukochana siostra porzuciła własnego męża, aby urodzić dziecko właśnie jemu, swojemu bratu?

Czy mu zazdroszczę? Nie. Byron żył na przełomie XVIII i XIX wieku, on mógł tylko mgliście wyobrażać sobie, co czuje jego partnerka. Mógł opierać się tylko na magicznej, tajemnej więzi łączącej najbliższe rodzeństwo. Ja mogę wniknąć w umysł i duszę drugiego człowieka dzięki technologii. Wniknąć prawdziwie, zupełnie i totalnie. Dzielić z nim rozkosz, wstyd, upokorzenie i słodki smak grzechu. A zresztą, czemu ograniczać się tylko do jednej osoby?

W mrokach Podmiasta zawsze można było znaleźć wszystko. I to jeszcze zanim pojawił się Switch.

SoulShare™. Przełomowy wynalazek epoki, w której wszystko można kupić. Nawet myśli. Nawet najskrytsze uczucia. Wszczepiasz komuś do mózgu malutki procesor, który monitoruje jego aktywność. Subtelne jak dotyk skrzydełek ćmy elektrody podpinają się pod właściwe miejsca. Odczytują ulotne napięcia przeskakujące z synapsy na synapsę i zapisują je w odmętach cyfrowej pamięci. Potem ten sam sygnał, oczyszczony i sprawdzony, wydestylowany i wzmocniony, bezprzewodowo wędruje do ciebie. Wtedy ty, dzięki wykupionemu abonamentowi możesz poczuć w sobie wszystkie emocje drugiego człowieka. Wszystkie emocje. Najczystsze i najbardziej skryte. Nie ma takiej tajemnicy, którą można ukryć przed wszędobylskimi przyłączami SoulShare™. To jest jak sumienie, jak demon, jak perfidny, nieskończenie doskonały szpieg w umyśle. A jeśli jeszcze masz konto premium, to możesz nawet sączyć własne rozkazy głęboko w podświadomość drugiego człowieka. Tak delikatnie i tak niepostrzeżenie, że nie będzie potrafił rozróżnić tego, co jest jego własnym przeżyciem, a co - podszeptem z zewnątrz.

Wystarczy mieć wystarczająco wiele kredytów.

Takie rozrywki nie są dostępne dla wszystkich. Tu trzeba mieć naprawdę zasobne konto, dobre kontakty i szerokie znajomości. A tak się składa, że ja wszystkim tym dysponuję.

Dyskretny, nierzucający się w oczy autocab zatrzymuje się przed jednym z niepozornych budynków w Neo Akihabara, dzielnicy słynącej z zaawansowanych typów rozrywek. Przymykam oczy i jedną myślą potwierdzam płatność za kurs. Drogo. Ale za dyskrecję się płaci. Zresztą nie płacę tylko za przejazd. Płacę za to, że potwierdzono właśnie, że jestem osobą wiarygodną. I że warto mnie dopuścić do sekretów dzielnicy. 

Autocab cicho zamyka drzwi i rusza w swoją drogę. Zostaję sam na wilgotnym od deszczu chodniku. Ulica jest prawie pusta, ale akurat w tym miejscu to nic nadzwyczajnego. Tu nikt nie traci czasu na chodzenie ulicami. Tu załatwiasz to, po co przyszedłeś i ruszasz dalej.

Podchodzę do drzwi biurowca. Szklana powierzchnia lśni nieskazitelnym blaskiem. Na powierzchni, mimo padającego deszczu, nie widać nawet najmniejszych kropelek. Natotechnologiczne, higrofobowe cudo. Uśmiecham się do siebie i przymykam oczy. Przez chwilę otacza mnie ciemność, w które widzę tylko drżące, złote litery spływające z nicości. Mój cyberdeck przekazuje odpowiednie sekwencje i po chwili drzwi rozchylają się, wpuszczając mnie do środka.

Recepcja jest urządzona w stylu nawiązującym do końca XX wieku. Młoda hostessa rozciąga wymalowane usta w profesjonalnym uśmiechu.

– Dzień dobry. Miło nam, że pan nas znowu odwiedził.

Zabawne. Nie mówi, że jest miło JEJ (zresztą, jak android mógłby mieć uczucia?), tylko że jest miło NAM. Oni. Stugębna, rozrośnięta jak macki Lewiatana korporacja. Totalne, powszechne, bezpostaciowe zaibatsu. Iluż to specjalistów trudzi się nad zapewnieniem mi właściwej rozrywki? Wszystkim jest miło?

– Dzień dobry. Lubię u was bywać.

– Doceniamy to, panie Anderson. Zechce pan chwilę poczekać? Pana pokój za chwilę będzie gotów.

Uśmiecham się i potwierdzam. Przez chwilę zastanawiam się, czy to też jest wyreżyserowanym spektaklem. To oczekiwanie, znaczy się. Bo przecież w doskonałej firmie produkt zawsze dostarczany jest just in time. Ale specyfiką akurat tej usługi jest to, że nie będę dymał się z zawsze gotowym androidem. Będę się pieprzył z człowiekiem. Z naturalną istotą, pełną wahań, rozterek i emocji. Jej wyrzuty sumienia będą do bólu prawdziwe. I jej rozkosz. I ból. I wstyd. 

A ja tymi uczuciami będę się delektował, niczym koneser najdoskonalszą potrawą mistrza kuchni. Zamówioną i przygotowaną specjalnie dla mnie.

– Zapraszamy, panie Anderson. Dostałam właśnie sygnał, że umówiona z panem kobieta już czeka - mówi hostessa, uśmiechając się na poły profesjonalnie, na poły porozumiewawczo. - Życzę miłych wrażeń i udanego spotkania.

Winda bezgłośnie szybuje w górę, prowadząc mnie autostradą do nieba. A może raczej do piekła? W końcu zamierzamy nurzać się w grzesznej perwersji. Zresztą, czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Liczy się, że za chwilę dostanę, czego szukałem.

Powoli otwieram drzwi pokoju, rozkoszując się przeciąganiem tej chwili. Gdzieś na pograniczu świadomości odbieram lekkie echo przekazywanych przez SoulShare™ myśli kobiety, która na mnie czeka. Myśli (a może raczej: emocje?) trafiające do mnie poprzez neurozłącza są jak próba pochwycenia dymu. Z jednej strony mam świadomość ich realności, a z drugiej nie potrafiłbym nawet powiedzieć, czy są to bardziej słowa, obrazy czy może raczej niepoddające się werbalizacji uczucia? Ale czuję je bardzo wyraźnie. Myśli innego człowieka. Strzępy jego duszy. Prawdziwe i realne. Jak krwisty stek. 

Wchodzę do środka, ostrożnie zamykając drzwi, aby nie naruszyć wynaturzonej świętości tej chwili. Jakbym siadał do pięknie zastawionego stołu. Jakbym podnosił do ust kieliszek pięćsetletniego trunku. Jakbym był drapieżnikiem podchodzącym do bezbronnej ofiary.

Kobieta siedzi na krześle ustawionym dokładnie na środku pokoju. Ma około czterdziestu lat. Kilka dodatkowych kilogramów tylko dodaje jej atrakcyjności. Godny podziwu jest piękny, dorodny biust, który zalotnie rozpycha białą bluzkę. Nie włożyła stanika, mile prowokując mnie ciemnymi aureolami sutków prześwitującymi przez ubranie. Piersi są ciężkie, naturalne. To nie jest wykreowany na moje potrzeby android. To żywy człowiek, żyjący prawdziwymi emocjami. Prawdziwa, realna kobieta.

Jest zadbana, a stan jej skóry zdradza osobę, która swój bilans życia zapisuje raczej z niewielką, ale jednak zadowalającą nadwyżką. Miejska klasa średnia. Może jest stateczną matką, która w tym hotelowym pokoju szuka odrobiny seksualnego szaleństwa? Może właśnie odprowadziła syna do korporacyjnego przedszkola, by spędzić tu ze mną rozkoszną chwilę zapomnienia? Może jest panią domu, która właśnie pożegnała buziakiem w policzek przeciętnego do bólu męża, który wychodzi do swojej nudnej pracy? A może to gospodyni domowa, która chce zakosztować nieznanego? Grzesznego? Występnego?

Ma na sobie krótką, czarną spódnicę, kontrastującą ze śnieżną bielą koszuli. Nogi - ładne, o zgrabnych delikatnych łydkach przyoblekła w czarne, samonośne pończochy. Stopy tkwią w błyszczących, wysokich szpilkach. Musiała włożyć je przed chwilą, bo lśnią blaskiem nowości. Obraz dopełnia czarna, aksamitna przepaska zasłaniająca oczy. 

Czuję napływające do mnie echa emocji. Są delikatne, ale zupełnie wyraźne jak zapach nadchodzącego deszczu. Jak uwertura opery.

Soulshare działa tylko w jedną stronę. Ona nie ma żadnego wejrzenia we mnie - a ja mogę swobodnie zanurzyć się w jej emocjach. Zajrzeć w najgłębsze zakamarki jej duszy. Nawet te nieuświadomione.

Przepełnia ją wstyd. Wyobraża sobie, co czuje obcy mężczyzna, widząc ją, bezbronną, uległą, przygotowaną wyłącznie dla jego przyjemności. Przeznaczoną mu na ofiarę - by zaspokoić jego żądzę. Miotają nią sprzeczne emocje. Bo choć czuje przejmujące upokorzenie, to jednak w skrytości serca rozkoszuje się tym uczuciem. Fascynująca obserwacja. Ta kobieta wstydzi się i jednocześnie ten wstyd wypełnia ją skrajnym podnieceniem. I – co więcej – ona wie, że jest całkowicie zdana na moją łaskę. A nawet znajduje upojenie w tym obezwładniającym uczuciu całkowitego wyzbycia się kontroli nad własnym losem.

Czy zorientowała się, że jestem już w pokoju? Chyba nie. Zamknąłem drzwi bardzo cicho. Tak cicho, że nawet jej wyostrzony przez deprywację wzroku słuch nie odkrył mojej obecności. Jestem jak drapieżca, czający się w mroku, obserwujący swoją ofiarę i przepełniony rozkosznym poczuciem siły.

Chrząkam cicho.

Natychmiast neurozłącza rozbłyskują feerią emocji wybuchających w kobiecie. Delektuję się nimi, jak wprawny koneser rozprowadzający na podniebieniu łyk doskonałego wina. Czuję dojmującą nutę strachu. Wyraźnie walczy z równie silnym smakiem oczekiwania. I ten cudowny ocean wstydu przyprawionego pożądaniem. Nieomal czuję, jak jej ciało wypełnia się wilgocią.

Podchodzę do niej i ujmuję za podbródek. Podnoszę, oceniając jej wygląd. Wiem, że czuje się teraz jak niewolnica na starożytnym targu. Ja - jej przyszły pan - oglądam ją i oceniam. Tak właśnie ma być. Kupiłem ją. Jej ciało… ale przede wszystkim jej duszę. Emocje. Pragnienia. Wstyd. I podniecenie.

– Jak masz na imię? – zadaję pytanie spokojnym głosem. Tak naprawdę nie interesuje mnie jej odpowiedź. Chcę tylko, żeby w jej umyśle zaczął się budować mój obraz. Żeby stworzyła sobie moje wyobrażenie. Chcę, by cały jej świat skupił się na jednym pytaniu: kim jestem?

– Mam na imię Anna - odpowiada kobieta, a jej emocje pozostawiające wypalone ścieżki w moim mózgu mówią mi, że nie ośmieliła się skłamać.

– Ile masz lat?

– Trzy…. trzydzieści… osiem.

Uśmiecham się złośliwie, bo chyba nie rozumie, że tkwię w jej umyśle lepkimi palcami neurozłączy tak głęboko, że nie jest w stanie niczego przede mną ukryć.

– Przecież oboje wiemy, że kłamiesz. Więc ile?

Fala upokorzenia. I winy. I jeszcze czegoś. Poczucia nagości. Wie, że jest odarta z jakiejkolwiek  możliwości ucieczki przede mną. Wtedy zalewa ją fala gwałtownego podniecenia.

– Czterdzieści jeden.

– Widzisz? Trzeba było tak od razu.

Przysuwam sobie krzesło i siadam naprzeciwko Anny. 

– Zdejmij majtki.

Posłusznie wykonuje moje polecenie. Wybrała na dziś bieliznę lekką, koronkową, w kolorze głębokiej czerni. Teraz wystudiowanym ruchem zdejmuje ją i rzuca w bok.

Czuję jej zapach. Intensywny. Mocny. Zapach kobiecości. Zapach strachu. Zapach podniecenia.

– Rozchyl nogi - rzucam cicho.

Posłusznie wypełnia rozkaz. Ma ładną cipkę, wygoloną i wypielęgnowaną. Wargi sromowe są ciemne i nabrzmiałe. Połyskują. Anna jest podniecona. Zawstydzona i cholernie podniecona. Jak suka w rui. I kompletnie nad tym nie panuje.

– Podoba mi się, że jesteś napalona. Że myślisz już tylko o tym, żeby wejść na łóżko, rozłożyć przede mną nogi i dać się przelecieć.

Dreszcz emocji. 

– Tak, czuję twoje podniecenie, Anno. Czuję, jak twój umysł skamle, żebym tylko już zabrał się za ciebie. Ale ja najpierw chcę się trochę pobawić… - drażnię się z nią. - Więc najpierw pokaż mi, jak sama się zabawiasz. 

Posłusznie sięga ręką ku swojej cipce i zaczyna się dotykać. Jest taka napalona, że nie ma w tym żadnej gry wstępnej, żadnej delikatnej pieszczoty. Po prostu pociera się jak szalona, za każdym razem wkładając w siebie palce. Druga dłoń, pobielała, zaciśnięta jest na oparciu krzesła. Czuję, że Anna zbliża się do orgazmu. Nie pozwolę jej. Chcę trochę z nią pograć. Więc kiedy już, już, ma nadejść spełnienie, rzucam kolejną komendę.

– Stop. Przestań.

Udaje się jej powstrzymać, nadludzkim niemal wysiłkiem woli. A może jest tak nawykła do posłuszeństwa? Może słuchanie rozkazów też sprawia jej rozkosz? A może to świadomość, że siedzi przede mną, obcym mężczyzną, z piersiami falującymi w gwałtownym oddechu i z mokrą, znajdującą się o włos od orgazmu cipką?

– Lubisz pokazywać, jak sobie robisz dobrze?

Spuszcza głowę. Wie, że i tak znam odpowiedź.

– Lubisz. A mimo to czujesz wstyd. Wyczuwam go. Pachnie fiołkami, wiesz? Jest tak wyraźny, że mógłbym go pokroić. 

Patrzę na jej piersi gwałtownie wznoszące się i opadające w rytm przyspieszonego oddechu. 

– I wiem, moja droga Anno, że jesteś podniecona. Nawet nie muszę grzebać ci w mózgu. Widzę Twoje wargi, nabrzmiałe i śliskie. Jak u grzejącej się suki. Suka… to słowo chyba dobrze cię opisuje, prawda? Kiedy przychodzi twój czas, robisz się tak napalona, że byłabyś gotowa dać każdemu, prawda? Byle ktoś skorzystał z twojej, cieknącej cipy. Anno, to są te momenty, że czujesz się jak suka w rui, prawda?

Milczy. Płomienny rumieniec wypełza jej na policzki.

– Ciekawisz mnie, Anno. Intrygujesz. Przyszłaś do tego pokoju, ubrałaś się jak rasowa dziwka, rozkładasz przede mną nogi, o mało nie doprowadziłaś się do orgazmu... Nie masz problemu z tym, że widzę twoją bezczelnie mokrą cipę. A mimo to jest gdzieś w tobie wstyd. I strach. Tak, teraz czuję go wyraźnie. Ty po prostu się boisz, że ktoś zobaczyłby, jak brandzlujesz się przed obcym facetem. 

Fala emocji zalewa mnie jak tsunami.

– Ach… więc to o to chodzi… Jest ktoś, na kim ci zależy, a kto nie powinien znać twojej mrocznej strony… Kogo masz na myśli? Kto nie powinien cię teraz zobaczyć?

Chwila ciszy. I potem, pokorny szept.

– Mój mąż.

Zapada cisza, której nie chcę przerywać. Pozwalam jej stanąć oko w oko z własnym, tak podniecającym, wstydem. A potem wstaję i zbliżam się do siedzącej kobiety. Nachylam się nad nią, pozwalając by poczuła mój zapach. 

– Opowiedz mi o nim. 

– On… jest zwykłym człowiekiem – zaczyna urywanym głosem, a ja zauważam, że nie wymieniła jego imienia, jakby nie miał twarzy ani własnej osobowości. – Po prostu, zwykłym człowiekiem. Pracuje. Codziennie. Utrzymuje naszą rodzinę.

– Jaki jest? Czemu za niego wyszłaś?

– On… On jest dobry. Zawsze był. Od kiedy pamiętam.

– Kochasz go?

– Ja… ja nie wiem. Tak. Kocham. Chyba. Tak.

Mam wrażenie, że chce, abym potwierdził lub zaprzeczył. Przecież znam jej myśli. Tak, widzę wyraźnie, że oczekuje ode mnie odpowiedzi. Ale nie zamierzam jej udzielić. To ja stawiam pytania. 

– Więc czemu tu przyszłaś?

Milczy. 

Nachylam się nad nią, trzymając usta tuż przy jej uchu. Moja ręka, niedbale, powolnym ruchem sunie w dół. Dotykam jej nabrzmiałej łechtaczki. Ciałem kobiety wstrząsa dreszcz, a SoulShare w mojej głowie rozbłyskuje gorącą czerwienią podniecenia. Anna przygryza ustach, bojąc się ruszyć, ale całą swoją duszą pragnąc, żebym wsunął palce do środka. Dobrze. Pobawię się więc z nią. Z jej dziką chcicą, nad którą nie potrafi panować. Przesuwam palcami po śliskich wargach sromowych. Uśmiecham się do siebie. A potem podsuwam dłoń Annie do ust, zostawiając na nich mokry ślad śluzu.

– To jest odpowiedź. To dlatego przyszłaś.

Czuję delikatny ślad protestu w jej uczuciach, jakby chciała zaprzeczyć samej sobie. Ale wie, że to niemożliwe. Ukradkowym, na pół świadomym gestem zlizuje wilgoć. A potem opuszcza głowę w biernym geście potwierdzenia.

– Więc jeśli ty jesteś tu, z cieknącą cipą, z rozłożonymi przede mną nogami, podczas gdy twój mąż cierpliwie pracuje na domowy budżet… - zawieszam głos. - To kim jesteś, Anno?

Przełyka ślinę.

– Dziwką.

– Więc na co czekasz?

Wyciąga dłonie i dotyka wypukłości w moich spodniach. W jej duszy rozlega się jęk pożądania. Oto pod jej palcami rośnie kutas zupełnie obcego faceta. A od niej, siedzącej tu w dziwkarskiej koszuli, bez majtek i z zasłoniętymi czarną przepaską oczami oczekuje się spełnienia obowiązku. 

Ostrożnie rozpina zamek i sięga ręką do środka. Nie noszę bielizny, więc natychmiast czuje ciepło mojego ciała. Wprawnym ruchem wyjmuje członek na zewnątrz i zaczyna go masować, radując się tężejącym kształtem. Jej pieszczoty są powolne, bo nigdzie nam się nie spieszy. A ona chce poznać każdy centymetr mojego członka, każdą fałdę skóry i każdą żyłę. 

– Duży - mruczy. – Jest duży. I taki… mięsisty. Chciałabym go zobaczyć. Mogę?

– Nie. Masz go tylko obsłużyć.

– Tak, Panie – szepcze. – Będzie, jak sobie życzysz.

Zbliża twarz do mojego wyprężonego narządu. Powoli otwiera usta i nieskończenie delikatnym, powolnym ruchem dotyka językiem fioletowej, nabiegłej krwią główki. Patrzę na jej twarz, na której maluje się łapczywa chciwość mojego smaku. Anna jest jak dziecko, które pierwszy raz smakuje loda. Potem jest już odważniej, obejmuje mnie całego uszminkowanymi ustami, a jej dłoń nasuwa z powrotem napletek na pulsującą żołądź. Wszystko to niknie w mokrym, gościnnym wnętrzu. Czuję, jak wszędobylski język Anny wsuwa się między główkę a napletek, pieszcząc jego grubą skórę. Druga dłoń łagodnie wsuwa się pod moje jądra. Waży je i gładzi. Oddaje hołd męskiej potencji.

Doznania, które mi serwuje kobieta, są mocne. Każde drgnięcie jej języka wywołuje iskry przesuwające się wzdłuż kręgosłupa. Ale prawdziwą rozkosz daje mi świadomość emocji Anny, nieprzerwanie przesyłanych przez neurolink. Dzięki nim wiem, co czuje krańcowo podniecona suka. Suka, która zdaje sobie sprawę ze swojego miejsca. I którą cieszy to, że sprawia, że mój sztywny chuj znajduje się na krawędzi orgazmu.

– Jesteś dziwką – rzucam przez zęby, walcząc sam ze sobą, aby nie dojść. Jeszcze nie.

Na chwilę wyjmuje mnie z ust.

– Wiem. Dlatego mnie chcesz. Bo znasz mnie. Znasz moją naturę. Wiesz, że jestem stworzona, żeby sprawiać przyjemność samcom. A ja wiem, że akurat ty potrafisz to docenić.

– Pokaż mi piersi. 

Cofa się i chwyta za poły swojej pięknej, białej bluzki. Nie bawi się w rozpinanie guzików. Jedno szarpnięcie i obnażone półkule znajdują się na widoku. Ciemne, sztywne od podniecenia sutki wyraźnie odcinają się od jasnej skóry. Anna wsuwa dłonie pod ciężki biust i unosi go lekko, szczypiąc jednocześnie twarde brodawki.

– Są dla ciebie, Panie. Na twoje rozkazy – mówi po prostu. W tych słowach nie ma ani cienia gry. Ona naprawdę daje mi całą siebie. 

Milczę, zauroczony jej bezwzględnym oddaniem. Anna sięga po mojego kutasa i dotyka nim po kolei obu sutków. Ten gest ma w sobie coś absolutnie pierwotnego. Atawistycznego.

– Są twoje. Oznaczone przez niego i gotowe na wszystko. Chcesz zlać się na nie? Czy wolisz żebym zrobiła ci nimi dobrze? Chcesz, żeby pachniały twoją spermą, Panie?

Nagle czuję falę dzikiego pożądania. Nachylam się nad Anną i gwałtownym ruchem ujmuję ją za włosy, odchylając głowę do tyłu.

– Potem. Mamy czas. Teraz chcę spuścić ci się do cipki. Może jak wrócisz do domu, twój mąż będzie chciał ci zrobić minetę. Chcę, żeby wtedy czuł mój zapach. Żeby czuł mój smak. I żeby bał się spytać, co jego żona robiła w ciągu dnia.

Błyskawicznie wstaje z krzesła i klęka na łóżku, wypinając w moją stronę kształtną, obfitą pupę. Wargi sromowe lśnią zapraszająco. W mózgu słyszę echo jej myśli. Pragnienia, abym ją wziął. Posiadł, niczym płodną samicę. Ten sam, prymitywny, pierwotny zew odzywa się we mnie. Nie tracę czasu na zdejmowanie spodni. Mój sztywny penis wbija się w ciasną, mokrą cipkę. Zaciskam dłonie na udach Anny i przyciągam ję do siebie. 

– Tak, kurwo… Do tego się nadajesz! Aby wystawiać się do rżnięcia, każdemu, kto zapłaci… – rzucam gardłowo, pieprząc ją dziko. – Jesteś stworzona do tego. Stworzona, aby cię pieprzono… Aby sobie używano w twojej mokrej szparze… 

Anna pomaga mi jak może, kręcąc tyłkiem i wychodząc mi na spotkanie.

– Tak, właśnie tak! Jak rasowa dziwka. Rżniesz się pierwszorzędnie… Wiesz czemu? Wiesz?

– Tak...! – wyrywa się jej pomiędzy namiętnymi jękami. – Bo jestem… jestem…

– Kim jesteś? Powiedz to! Nazwij się! Kim jesteś?

– Puszczalską suką! – wybucha raptownie. – Suką do jebania! Wiecznie napaloną, sprzedajną dziwką!

Jej okrzyk, wzmocniony falą emocji dostarczoną mi przez SoulShare przepełnia czarę. Ze zwierzęcym rykiem dochodzę w jej środku, wypełniając ją strugami gęstej spermy. Moje palce, zaciśnięte na jej udach, wbite głęboko w ciało na pewno zrobią siniaki. Ale to mnie nie obchodzi. Liczy się wyłącznie moje spełnienie.

Chwilę trwa, zanim wysuwam się z niej. Padam na łóżko obok Anny. 

– Grzeczna sucz. Jestem zadowolony. Teraz możesz sobie zrobić dobrze. Chcę zobaczyć.

Natychmiast przekręca się na łóżku i szeroko rozkłada nogi. Widzę jej śliskie, szeroko rozwarte łono, po którym przeciąga palcami. Z obrzmiałej cipki wypływa moja sperma, ale Annie to nie przeszkadza. Może nawet dodatkowo ją to podnieca? Szybko zgarnia odrobinę białego płynu i rozprowadza go po łechtaczce. Echo jej podniecenia płynie do mnie bezprzewodowym przekazem. Annę doprowadza do szaleństwa zrozumienie, kim naprawdę jest. I lęk przed tym, że jej dobry, spokojny mąż kiedyś dowie się, jak szaleńczo brandzlowała się przed obcym facetem, w anonimowym hotelowym pokoju.

Z fascynacją obserwuję dłoń kobiety, w zapamiętaniu pocierającą nabrzmiały wzgórek. Jej biodra instynktownie wysuwają się w przód, byle tylko mocniej nadstawić łechtaczkę, byle tylko szybciej doprowadzić się do końca. Myśli Anny przeskakują od próby wyobrażenie sobie tego, jak wyglądam JA i nad kłębiącą się wizją jej męża.

Czuję, jak wraca do mnie podniecenie, indukowane wyuzdaną groteskowością tej sceny i krążącymi w żyłach wspomagaczami. I kiedy Anna zbliża się do końca, kiedy znajduje się tuż-tuż nad progiem orgazmu przysuwam się do niej i nachylam się w stronę jej ucha

– Tak, kurwo… Dojdź. Pokaż mi suczy orgazm. A ja może prześlę go twojemu biednemu, żałosnemu mężowi…

Ciałem Anny targa spazm rozkoszy, bólu, wstydu i upokorzenia. Z jej ust wyrywa się ni to jęk, ni to skowyt, gdy pierwsze skurcze orgazmu przenikają jej ciało.

To tylko pierwsze z naszych dzisiejszych uniesień. Po nim zrealizujemy inne. Misjonarsko, na pieska, po kowbojsku… Dzięki Bogom Chemii i Chromu mogę cały czas utrzymywać podniecenie. Ale tak naprawdę nie chodzi o takie czy inne wypięcie tyłka. Chodzi o to, że dzięki SoulShare mam pełną świadomość, jak grać Anną. Jej obnażona dusza reaguje na moje działania jak fortepian pod palcami pianisty. Pełna kontrola. Pełna dominacja. Pełne oddanie.

W końcu, ja też mam na chwilę dość. Leżę na wznak, z oczami wbitymi w sufit. 

Anna leży obok. Jej pierś faluje w rytm oddechu. Jędrne pośladki są zaczerwienione od niedawnej chłosty. Jej palce delikatnie pieszczą mój członek.

– Chcesz się odświeżyć? – pytam leniwie. – Za chwilę chcę rozpocząć drugą część naszego rendez-vous.

– Mogę? 

– Tak. Możesz też na chwilę zdjąć opaskę… ale dopiero jak wejdziesz do łazienki. Na umywalce znajdziesz załadowany iniektor. Zanim wrócisz, zrób sobie strzał.

Odbieram uczucie niepewności. Przypomina zapach lawendy w letni wieczór.

– Nie bój się. To tylko odrobina wzmacniaczy. Sprawi, że zmęczenie ustąpi i znowu będziesz mogła służyć mi z taką z energią jak przed chwilą.

Kiwa głową, dając mi znać, że rozumie. Pomagam jej więc wstać i prowadzę do łazienki. Zabawne, ale jej spocone, pokryte śladami spermy ciało nadal budzi we mnie żądzę. Kiedy drzwi się zamykają, wracam do pokoju i nalewam sobie szklaneczkę synthoholu. Typowa, chemiczna mieszanina pobudzaczy, afrodyzjaków i wzmacniaczy. No i oczywiście syntetycznych narkotyków, perfekcyjnie dobranych do mojego profilu genetycznego. Ot, cudo molekularnej biologii. W dodatku bardzo smaczne. 

Przymykam oczy i oddaję się słodko ociężałym fantazjom. Dzięki krążącym w żyłach fluidom znowu czuję w sobie moc i rosnące pożądanie. Zupełnie, jakby ktoś wcisnął mi przycisk z napisem REFRESH.

Rozlega się cichy sygnał. Dzwonek do drzwi. Świetnie. Akurat w doskonałym momencie. Kolejna część wieczoru. Jak nowy, wspaniały akt nadciągający po antrakcie. Podnoszę się cicho z łóżka i podchodzę do wejścia. Nie muszę pytać, kto to. Do tego miejsca nie może trafić nikt przypadkowy. Recytuję w myśli kod dostępu.

Drzwi otwierają się, ukazując stojącą postać. To dziewczyna, młoda dziewczyna. Świeża jak polny kwiat, który można zobaczyć w holocentrum. Jak pączek rozkwitający wiosną, gdy Natura budziła się do życia. A jednak tę słodką niewinność, opakowaną w kształt nastoletniej uczennicy, już dawno trawi czerw zepsucia. 

To młoda kurewka, oddająca swoje ciało do najbardziej perwersyjnych aktów. Te kształtne, delikatne usta nie raz i nie dwa spływały spermą podstarzałych dziadów, którzy postanowili spełnić swoje fantazje. Żaden otwór tej dziewczyny, którego można użyć do celów seksualnych, nie jest dziewiczy. I choć rodzice tej małej uważają swoją słodką Natalie za niewinnego podlotka, to jest ona prawdziwym demonem erotycznego nienasycenia.

– Dzień dobry panu - Natalie skromnie spuszcza powieki, udając, że moja nagość i sterczący kutas ją zawstydzają. - Cieszę się, że mogę pana znów widzieć. Czego sobie pan dziś zażyczy?

– Wejdź. Mam dziś ochotę na słodkie trio. Twoja starsza koleżanka już jest. Bierze prysznic.

Natalie wchodzi do pokoju i rozgląda się ciekawie. 

– Zdejmuj ciuchy – rozkazuję i podaję jej iniektor. – I weź to.

Nie trzeba było jej dwa razy powtarzać. Natychmiast zdjęła bluzkę i niewielki, gustowny stanik. W następnej chwili zgrabnie zsunęła spódniczkę i już po chwili stała zupełnie naga, niewinna i słodka. Szybko i sprawnie przyłożyła końcówkę iniektora do brzucha. Nawet nie skrzywiła się, gdy zawartość z cichym syknięciem znalazła się pod skórą. Minęło kilkanaście sekund i jej źrenice rozszerzyły się raptownie.

– O kurwa, ale towar – jęknęła. – To musi być warte fortunę. Ja pierdolę, czuję cipkę, jakby żyła własnym życiem. Jakby ktoś ją lizał… o kurwa… od środka… Gościu, właśnie kupiłeś sobie najbardziej namiętną uczennicę w tym mieście. 

Każę jej podejść do siebie i obrócić się tyłem. Sądzi, że chce ją wziąć na stole, w pupę, więc natychmiast się nadstawia, ale ja po prostu mam dla niej przepaskę na oczy. Chcę, żeby odczuwała mnie całym ciałem. Żeby każdy nerw jej ciała błagał o spełnienie. Jeszcze tylko kilka kropel perfum z wzmocnionymi feromonami i moja słodka Natalie jest gotowa. W sam czas!

W tym momencie Anna wychodzi z łazienki. Odświeżona, czysta, pachnąca. Jej ciężkie piersi kołyszą się ponętnie. 

– Moje drogie… Mała niespodzianka. Dziś będziemy się pieprzyć we troje. Chcę zobaczyć, jak dwie kobiety potrafią zadowalać jednocześnie i siebie nawzajem, i mnie. A wszystko to w ciszy, spokoju i w ciemności. Tak, jak odbywa się to od setek tysięcy lat. Zapraszam was na spektakl odwiecznego pożądania. Poznajcie się i zakosztujcie siebie.

Zbliżają się niepewnie, po omacku. Biorę je za ręce i prowadzę ku sobie. Czuję pulsowanie uczuć Anny. Podniecający strach. Wstyd. Zastanawia się, komu ją oddam. Komu będzie musiała oddać we władanie swoje ciało.

Pierwszy pocałunek między nimi. Anna, choć starsza, jest wycofana, ostrożna i wahająca się. Za to Natalie ostro bierze się do rzeczy. Kładzie ręce na piersiach starszej kobiety i mruczy z uznaniem. Jej własny biust jest jeszcze mały, jeszcze nie nadszedł czas jego rozkwitu. Ale dziewczyna wie, co robić. Jej pocałunek złożony na sutkach Anny jest ognisty i podniecający. A potem ich usta stykają się ponownie. Młodość i doświadczenie. Kiedy starsza z nich dotyka piersi młodszej, czuję zaskoczenie. Zaskoczenie i… podniecenie. Ach tak, moja droga Anno? W swoich skrytych, ukrywanych przed mężem fantazjach chciałaś pieprzyć się z nastolatką? Cieszę się, że mamy podobne zachcianki.

Dziewczyny całują się coraz namiętniej. Natalie czuje wpływ krążących w jej żyłach stymulantów. Gdy lądują w łóżku, natychmiast zabiera się do robienia ognistej minety. Mokre odgłosy, które temu towarzyszą, budzą we mnie żądzę. Kładę się obok Anny i całuję, pozwalając jednocześnie, by Natalie swoją drobną rączką masowała mojego rosnącego kutasa. 

Chwilę później zmieniamy pozycję. Młoda, nie przerywając lizania łechtaczki Anny, pieczołowicie wkłada mój narząd w gorące wnętrze. Pozwala mi na kilka ruchów w środku, po czym zmusza mnie, abym wykorzystał jej usta. A potem znowu umieszcza mnie w cipce starszej kochanki.

Rżniemy się na wszystkie sposoby, wymieniając płyny ustrojowe i dzieląc się seksualnym opus magnum. Wspólnym, choć rozpisanym na trzy głosy. Niezwykłości doznań zawdzięczamy ciągłe podniecenie, a solidnym dawkom stymulantów – siły.

Ile trwa nasza mała orgia? Pięć godzin? Siedem? Czasu nie liczymy. Liczy się tylko ciągła pogoń za orgazmem, za rozkoszą, za spełnieniem. 

W końcu nadchodzi ten ostatni raz. Chcę, żeby był mocny. Więc zmuszamy Annę, by siadła na podłodze, oparta o łóżko. Natalie trzyma ją za głowę, a ja posuwam w usta. Mocno, zdecydowanie. Brutalnie. Każdy mój ruch jest zaspokojeniem mojej naturalnej potrzeby samca. Chodzi o to, aby czuć ten wspaniały szum w uszach, ten dreszcz emocji, to fascynujące upojenie swoją władzą.

Kobieta, którą rżnę, dławi się i krztusi. Gdy tylko na moment wysuwam się z niej, rozpaczliwie walczy o haust powietrza i wtedy właśnie wjeżdżam w jej gardło z niepohamowanym impetem. 

SoulShareTM bezustannie przesyła mi jej doznania i echa jej emocji. Tak, w tym całym procesie upodlenia, sprowadzenia ludzkiej istoty do roli seksualnej, bezbronnej zabawki ona znajduje perwersyjną, wszechogarniającą rozkosz. Jest tylko ciałem, przeznaczonym do zaspokajania mojej chuci, zdanym na każdy mój kaprys - ale to właśnie przepełnia ją wirującą w opętanym tańcu mieszaniną wstydu i przyjemności.

Bo ona wie, że ja nie tylko penetruję jej usta. Ona WIE, że dzięki neurotransmisji impulsów jej umęczonych synaps ja penetruję jednocześnie jej duszę. Gwałcę ją fizycznie i psychicznie, obnażając wszelkie jej słabości i słodkie tajemnice. A świadomość, że obnaża się przede mną w ten sposób, sprawia, że jej cipka jest mokra nie tylko do mojej spermy, ale także - a może przede wszystkim - od jej bezwstydnej żądzy.

Młodsza dziewczyna leży na łóżku i wyginając ciało w lubieżnych pozach, zawzięcie się masturbuje. Jej palce, pieszczące nabrzmiałą łechtaczkę, przesuwają się tak szybko, że zlewają się w jeden, drgający kształt. Uszy młodej dziewczyny przepełniają jęki mojej partnerki i obleśne mlaskanie mojego kutasa w ustach. Te dźwięki przyprawiają ją o szaleństwo. Chciałaby zerwać z oczu opaskę i chłonąć tę scenę całą sobą, ale wie, że nie ma na to pozwolenia. Więc korzysta z tego, że zajmuję się inną, by przynieść sobie ulgę palcami. Jej zapamiętanie jest tak wielkie, że w tej chwili nie jest już świadomym człowiekiem, ale strzępem świadomości, która podąża ku jednemu celowi: orgazmowi.

Nie mogę na to pozwolić. One nie są tu dla siebie, one są dla mojej, wyłącznej satysfakcji. Nie przerywając brutalnej penetracji ust mojej kochanki, krótkim, zdecydowanym rozkazem każę młódce przestać się brandzlować i klęknąć obok drugiej kobiety. 

Jest mi posłuszna. Musi być. Tym bardziej, że właśnie zbliżam się do końca. Jeszcze kilka krótkich ruchów i dochodzę, wyrzucając w powietrze triumfalny, zwierzęcy ryk. Zaciskam dłonie na głowie kobiety i pozwalam, by fala spermy wypełniła jej gorące usta. Przyjmuje mnie w siebie posłusznie i pokornie. SoulShare beznamiętnie przynosi mi echo jej emocji. Zna swoje miejsce. Nurza się w świadomości. Wie, że jest dla mnie niczym więcej niż tylko kurwą, której używam wedle swojej woli. I to właśnie uczucie napełnia ją mroczną, gorącą satysfakcją.

W końcu wycofuję powoli malejącego członka i obejmując głowy kobiet, zbliżam je do siebie. Instynktownie wiedzą, czego po nich oczekuję. Starsza przejmuje inicjatywę i składa na ustach młodszej pocałunek. Widzę, jak dzieli się z nią moim nasieniem, spływającym z jej warg prosto na język dziewczyny. 

Zastygam w bezruchu, upojony pięknem tej sceny. Dwie kobiety, starsza i młodsza, całujące się namiętnie, wymieniające się moją gęstą spermą w akcie perwersyjnej, seksualnej komunii. I ich doznania, wibrujące mi w głowie dzięki neuronalnemu interfejsowi. Młoda nie przepada za smakiem nasienia, ale ponad wszystko na świecie kocha świadomość, że jej ciało podnieca mężczyznę. I kobietę, z którą właśnie wymienia namiętne pocałunki. Natalie pławi się w świadomości, że jest po prostu nastoletnią kurwą.

Obie badają zakamarki swoich pragnień. Obie znajdują dziką rozkosz w tym, że są wolne w poszukiwaniu rozkoszy. Obie wiedzą, że spełniły swoje zadanie.

Zadowolony z siebie, opadam na fotel. Jeszcze przez chwilę obserwuję piękny, lubieżny taniec ich języków, splecionych w namiętnym oddawaniu czci mojej spermie. Doskonały koniec tego spektaklu.

Nasza seksualna sesja jest skończona. A ja - zaspokojony i rozluźniony. Pozostał tylko jeszcze jeden fragment tej układanki. Słodkie dopełnienie sceny. Wisienka na torcie. Coś, za co zapłaciłem ekstra. Coś, co nadzorująca wszystko korporacja przyjęła jako zlecenie specjalne - i oczywiście wypełniła co do joty.

Zapalam papierosa. Ma wytrawny, cierpki smak. Tego właśnie mi brakowało.

– Zdejmijcie opaski – rozkazuję sucho. – Chcę, żebyście się poznały. To moja nagroda za wspaniały seks. I za wasze prawdziwe, skryte uczucia, którymi mnie tak hojnie dziś obdarzałyście.

Jak na komendę zdejmują opaski. W tym momencie eksploduje gejzer ich emocji, który zalewa mnie niczym gigantyczne tsunami.

Córka patrzy w oczy swojej matki. Matki, która poza swoim normalnym, uporządkowanym życiem jest sprzedajną dziwką. Matka widzi swoje własne dziecko. Zbrukane, pokryte spermą i pachnące na równi zapachem męskości i jej własnymi sokami. W pierwszej chwili jeszcze nie uświadamiają sobie znaczenia tej sceny. Potem zwala się na nie świadomość tego, co zrobiły. 

Ile razy dzisiejszej nocy córka doprowadziła swoim zręcznym językiem matkę do orgazmu? Ile razy matka własnymi rękami wprowadziła mojego kutasa w jej ciasną cipkę?

Próbuję rozdzielić splątane strumienie emocji, ale wymaga to olbrzymiego wysiłku. Na szczęście z pomocą przychodzi mi doświadczenie. Już wiem, które emocje należą do której kobiety. 

Córka jest po prostu porażona. Kuli się wewnętrznie, płonąc żywym ogniem wstydu i upodlenia. Nie, nie wstydzi się, że jest kurwą. Ona o tym wie. Jest przerażona, że dowiedziała się jej matka. Że już nigdy nie spojrzy na nią jak na niewinne dziecko. Zgarnia rękami prześcieradło, okrywając się nim w skazanej na porażkę próbie wyparcia tego, co właśnie się stało. Jej umysł znajduje się na krawędzi załamania. Uświadamia sobie, z całą dokładnością i szczegółowością, co dziś robiła. Każdy pocałunek własnej matki. Każdy ruch jej palców w swoim wnętrzu. Smak dzielonej spermy.

Matkę przepełnia dziki, niepohamowany gniew. Przez chwilę chce się na mnie rzucić, zatłuc pięściami, zadusić. Ale doskonale zdaje sobie sprawę, że to bezcelowe. Jestem od niej dużo silniejszy. A żaden ból wyprowadzonego przeze mnie uderzenia nie zmaże jej poczucia winy. Potem nagłe uczucie mija. Z wolna uświadamia sobie, kim jest. Sprzedajną dziwką, której oddawanie się za pieniądze przynosi nie tylko wstyd, ale... piekące, rozkoszne poczucie winy. I... krańcowe podniecenie. Przeraża ją myśl, co właśnie uczyniła. Ale czuje jeszcze w środku echa swoich orgazmów. Czuje do siebie pogardę, ale jednocześnie z przerażeniem odkrywa, że jej ciało - wbrew jej samej - znowu zaczyna odczuwać przyjemny dreszcz.

I wie też, że dzięki łączącemu nas interfejsowi stojący przed nią mężczyzna całkowicie zdaje sobie sprawę z jej uczuć. Że właśnie ja widzę ją nie tylko nagą, ale także zupełnie odartą z jakiejkolwiek tajemnicy. 

– Wynoś się stąd, skurwysynu - syczy. - Nie chcę cię znać. Nigdy więcej nie zbliżaj się do nas, bo cię zabiję. Przysięgam, że cię zabiję.

Oboje wiemy, że to tylko puste słowa. Że w jej umyśle jest jeszcze coś, co szepcze do ucha i objaśnia prawdziwe uczucia.

Wiedziona impulsem zbliża się do swojej szlochającej córki i w rozpaczliwie matczynym geście przytula ją, szepcząc błagania o wybaczenie. Gładzi ją po głowie, ale... to mnie patrzy w oczy. Bo wie, że ja wszystko przenikam. Że znam każdą jej myśl.

Oboje wiemy, że gdy już poukłada sobie wszystko w głowie, gdy obie naprawią swoje rodzinne relacje, gdy uda się udać, że o wszystkim zapomniały… Podczas jakiejś samotnej nocy, palce matki powędrują w dół, aby w ciszy przynieść ulgę nabrzmiałej oczekiwaniom cipce. 

I wtedy przywoła wspomnienie szalonej orgii z obcym facetem i własnym dzieckiem.

Znowu wróci słodkie uczucie wstydu połączone z krańcowym podnieceniem.

I będzie wracało, za każdym razem. A ona każdej nocy będzie marzyć o tym, że firma się z nią skontaktuje, bo jej klient chce ją znowu pieprzyć. I dzielić z nią jej upodlenie.

Oboje to wiemy.

*

Wracam do rzeczywistości. Opornie i niechętnie, bo ta rzeczywistość nie ma mi nic do zaoferowania, poza swoją prawdziwością… i głęboką pogardą, którą czuję sam do siebie. Więc aby skrócić sobie czas powrotu, przymykam oczy, rozpamiętując dzień, w którym wstąpiłem na tę drogę...

*

Oczekiwanie w tym podrzędnym barze ciągnie się jak gęsty smar. Jak krew spływająca z uszkodzonych przewodów demonicznej maszyny rodem z gigerowskich koszmarów. Kap… kap… kap… sekundy skraplają się niczym smolista rosa na pękniętej rurze. Jedna po drugiej zlepiają się w opalizujące, ciemne minuty; zwieszają się gęstymi soplami nad przepaścią i podążają w dół, łącząc się w mroczne kałuże kwadransów.

Wnętrze lokalu, stylizowane na amerykańską tandetę lat pięćdziesiątych XX wieku także wygląda na zastygłe w czasie. Jakby całe pomieszczenie przeniosło się do wnętrza szklanej kuli ze sztucznym śniegiem. Można nią potrząsnąć, dodać ułudę zmiany i chaosu, ale po chwili wszystko wraca do pierwotnego stanu zawieszenia. Czekania na coś, co nigdy nie następuje. 

Senna barmanka odcina się miękkością pulchnego ciała od kanciastej czerwieni lady. Patrzę na nią z odrobiną współczucia, zastanawiając się, jak bardzo musiało ją przycisnąć życie, że zdecydowała się na upokarzającą pracę w tej spelunie. Jej plastikowy, rażący taniością strój tylko podkreśla szarość smutku i beznadziei malujących się w jej oczach. Ile ma lat? Czterdzieści? Pięćdziesiąt? Może więcej. A jednak musi tu stać, w tandetnej blond peruce, z przerysowanym uśmiechem, grubą warstwą szminki naniesioną na usta. Przypomina mi fotografię, którą kiedyś widziałem - zrezygnowanego mopsa przebranego w idiotyczne wdzianko, które z założenia miało być zabawne, a stało się upadlające. Betsy. Tak ma na imię. A przynajmniej tak głosi tabliczka przypięta do jej fartucha. 

W prawdziwym barze z epoki zatrudniona byłaby jakaś ładna dziewczyna, kusząca młodością, kokieterią i komiksowym powabem seksownej pin-up girl. Tu wystarczyć musi ta smutna kobiecina, której krągłości dawno straciły swój urok. Bar udaje klimat, barmanka udaje zainteresowanie, klienci udają, że im smakuje. Kultura ułudy. Prawdziwy świat, który karmi się permanentnym kłamstwem.

Odwracam wzrok od korpulentnej Betsy, aby nie przysparzać jej cierpienia swoim spojrzeniem. Pod ścianą rozsiadł się wysoki, postawny mężczyzna wyglądający na przeciętnego robotnika. Siedzi w towarzystwie małego chłopca - dla odmiany pięknego jak z żurnala. Albo jak z promocyjnych plakatów Hitlerjugend. Czyżby niedzielny obiad samotnego ojca z synem? Ich łyżki rytmicznie pogrążają się w parującym talerzu pożywnej i taniej dyniowej zupy.

Przy stoliku, pod plakatem jakiegoś zapomnianego gwiazdora, którego sławę przykrył kurz i patyna, rozsiadła się obfita damulka, ubrana w beżowy kostium w wielkie, białe grochy. Kobieta ma długie, utapirowane blond włosy, zadarty nosek i różowiutką cerę. Całość przywodzi na myśl Miss Piggy. Byłaby może i atrakcyjna - dla konesera pięknych, pulchnych dziewczyn. No i musiałaby być dwadzieścia lat młodsza. U jej stóp zadbany, czarny francuski buldog z ożywieniem chłepce wodę ze stalowej miski, rozchlapując przy okazji bryzgi cieczy na podłogę.

No właśnie, podłoga. Moją uwagę przyciąga czarno-biała mozaika złożona z wielkich, lśniących, kwadratowych płyt. Czerń-biel, czerń-biel, hipnotycznie powtarzająca się w synchronicznych krokach, niczym cykl dni i nocy, które zlewają się w jedno, nudne i powtarzalne życie. Monotonia wzoru wciąga niczym otchłań. Czerń. Biel. Czerń. Biel. Jak upływające sekundy. Jak mozolnie i nieubłagania posuwający się naprzód Czas.

Przymykam oczy i pozwalam, aby zawisły przede mną kontury cyfr cyberzegara. Tandetny, przestarzały wszczep, ale mam do niego sentyment. Przywodzi na myśl pierwsze lata doświadczeń z neuroimplantami. Były zawodne, niebezpieczne i uroczo niepraktyczne. Po cóż bowiem korzystać z procesora podłączonego do nerwu wzrokowego, skoro można zawsze spojrzeć na zegarek, albo choćby zapytać przechodnia? Te stare add-ony są jak wspomnienie dawnych, lepszych czasów. Pod zamkniętymi powiekami wyświetla się płonący na zielono czas, leniwie odmierzając upływające sekundy. Już niedługo. Już za chwilę. Wreszcie nadchodzi umówiona godzina. Otwieram oczy.

Mężczyzna jest szczupły, niewysoki i kompletnie przeciętny. Ma pooraną zmarszczkami i naznaczoną przebytą ospą, zniszczoną twarz. Oblicze człowieka, który widział już wiele i którego nic nie zdziwi. Rysy twarzy i siwiejący wąsik zdradzają meksykańskie korzenie. Siada naprzeciw mnie i przygląda mi się ze smutnym, jakby przepraszającym uśmiechem. Beżowy prochowiec i kapelusz kładzie na fotelu. Czeka.

Lustruję go wzrokiem. Moje spojrzenie przewija się po podniszczonej, żółtawej koszuli, po podwiniętych rękawach i zatrzymuje się na niepozornej, srebrnej obrączce, którą nieznajomy ma na placu.

– To ty? – rzucam szeptem.

Uśmiecha się lekko, drwiąco, samym tylko kącikiem ust. Odbieram to jako potwierdzenie. Ale oczy pozostają bezbarwne, wodniste i pozbawione wyrazu. 

– Rozumiem, że jesteśmy dogadani. Mam nadzieję, że to masz… że masz ten kontakt, bo ja swoją część umowy wypełniłem.

– Wiem.

Nie próbuję się dowiedzieć, skąd wie. Z kieszeni wyciągam niewielką holokartę. Lśni zimnym, metalicznym blaskiem. Kładę ją między nami, dokładnie w połowie dzielącej nas odległości.

– Oto mój towar. To, o co prosiłeś. Teraz pokaż mi próbkę tego, co możesz mi dać. Jeśli rzeczywiście jesteś Behemotem.

– Behemotem staję się w Matrycy. Tu mam mniej wyszukane imię. Nazywam się Edward. Edward Olmos Gaff.

– Jak tam sobie chcesz. Interesuje mnie co innego. Masz to? Powiedziałeś, że dasz mi próbkę.

Przez ułamek sekundy wydaje mi się, że znowu czas się zatrzymał. Mężczyzna przygląda mi się ze znużeniem bladymi, zmęczonymi oczami. Mam wrażenie, że naprawdę wróciłem do połowy XX wieku, a ten gość jest radzieckim szpiegiem, z którym negocjuję zdradę tajemnicy państwowej. Z głośników starej szafy grającej dochodzą mnie dźwięki “Mony Lisy” Nat King Cole’a. Szafa jest oczywiście tylko nędzną repliką, ale daje radę.

Facet jest deckerem i to jednym z najlepszych, z jakimi miałem do czynienia. Oczywiście, to nie ja go namierzyłem. To on znalazł mnie, wypełniając odwieczne prawo ekonomii: podaż zawsze szuka popytu. A teraz oto spotykamy się w realnym ciele, w tym pieprzonym barze o wiele mówiącej nazwie Meatworld.

Nieznajomy wyciąga do mnie rękę, na której dostrzegam ruchomy holotatuaż przedstawiający grubego, tłustego kota o sarkastycznym, ironicznym spojrzeniu. Kiedy ręka mężczyzny zawisa w powietrzu, kot patrzy na mnie złotymi oczami, po czym, ostentacyjnie znudzony, kładzie się i zaczyna się lizać pod ogonem. 

Waham się tylko przez ułamek sekundy. Palce naszych dłoni się stykają. Behemot ma suchą, ciepłą i przyjemną w dotyku dłoń. Interfejsy neurohaptyczne przez chwilę dogadują się, sondując wzajemnie swoje możliwości i badając zastawione pułapki.

– Wpuść mnie – prosi, zupełnie jak wampir z kiepskiego kablowego widowiska.

Zdejmuję barierę. Przez mgnienie oka przenika mnie dreszcz, gdy obcy kod zaczyna sączyć się do mojego neurodecku. A potem wrażenie znika. Przez chwilę tylko mój wzrok traci ostrość. Na moment, na jedno mgnienie oka. Jakbym próbował przenieść ostrość obiektywu pomiędzy dwoma przedmiotami. Wrażenie jest tak krótkie, że zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle miało miejsce. 

– I co teraz? Nic nie czuję. Zacznij demo.

– Rozejrzyj się – tym razem głos mężczyzny rozbrzmiewa wprost w mojej głowie. A więc rzeczywiście się podłączył bezpośrednio do mnie. Jego mózg, sprzężony z moim, przez delikatne nici neuronów, sztucznych synaps i interfejs haptyczny przesyła swoje myśli, uczucia i doznania. Połączenie umysłów. Połączenie dusz.

Nieco zdziwiony rozglądam się po na pozór niezmienionym lokalu. Znudzona barmanka patrzy w moją stronę i nagle... wszystko zaczyna się dziać jednocześnie. 

Jej oczy rozszerzają się ze zdumienia. Zmęczone, obwisłe piersi dojrzałej kobiety nagle wzdymają się i podnoszą pod jej służbowym strojem. Pęcznieją i rosną, stając się kwintesencją męskich mokrych snów. Twarz Betsy wygładza się, traci znamiona znużenia, a w zamian za to nabiera cech drapieżnej lubieżności i zmysłowości. Usta, dotąd skrzywione w zawodowym, fałszywym uśmiechu, ożywają, nabrzmiewają i pokrywają się erotyczną, krwistą czerwienią. Na moich oczach pulchna i zmęczona barmanka przekształca się w ociekającą seksem kelnereczkę, epatującą błyszczącą namiętnością, wyuzdaniem i obietnicą spełnienia najbardziej wyrafinowanych zmysłowych doznań. Tylko jej oczy pozostają wciąż takie same, choć odbija się w nich przerażenie pomieszane z fascynacją tym, co się dzieje.

Samo wnętrze lokalu także zaczyna falować jak tkanina poruszana wiatrem. Litery firmowego sloganu wymalowanego nad barem nagle ożywają i wijąc się jak obleśne robaki przesuwają się, zmieniają i przekształcają. Po chwili zamiast sztampowego “Jak możemy ci dziś służyć?” widzę “Nasze pracownice tylko czekają, aby cię dobrze obsłużyć”. Barmanka, w której oczach nadal widzę bezbrzeżne zdziwienie, jakby nie panowała nad swoim ciałem, jednym ruchem wskakuje na ladę, zadziera spódnicę i wpycha sobie dłoń w majtki. Po chwili zaczyna się onanizować szybkimi, nerwowymi ruchami. Na jej twarzy przerażenie własnym zachowaniem miesza się z ekstazą.

Siedzący w loży ojciec z synem unoszą głowy znad swoich talerzy. Przez chwilę, bezbrzeżnie zdumieni, patrzą na masturbującą się zapamiętale i jęczącą barmankę, po czym jak na komendę sięgają pod stół, aby rozpiąć swoje rozporki. Nie odrywając wzroku od rozgrywającego się na barze pokazu, zaczynają się brandzlować. Młody chłopiec chłonie całą scenę z otwartymi ustami, w których rodzi się pierwszy w jego życiu jęk rozkoszy. Jego ojciec wali konia mechanicznie, bez emocji, jakby chciał tylko rozładować buzujące w nim napięcie jednym, szybkim orgazmem. Żaden z nich nie zwraca uwagi na absurdalność tej wyuzdanej, publicznej masturbacji.

Gruba właścicielka buldoga przestaje jeść i rozgląda się po sali, jakby dopiero uświadamiając sobie, co się dzieje wokoło. Następnie w jej oczach zapala się dziki blask. Szybko schyla się pod stół i stawia na nim swojego ulubieńca. Z rozgorączkowaną niecierpliwością stawia go na stole, by natychmiast sięgnąć dłonią między psie nogi. Tłuściutkie jak serdelki palce sprawnie wydobywają nabrzmiałe, czerwone prącie. Ma dziwny kształt i pokryte jest gęstą siateczką żyłek. Zwierzę błyskawicznie korzysta z okazji i zaczyna wściekle ruszać zadem, używając dłoni kobiety jak gorącej suki. Psi kutas błyskawicznie powiększa się, a wraz z narastającym podnieceniem rośnie charakterystyczna bulwa u nasady. Buldog jest ekstremalnie podniecony i po chwili zaczyna strzelać na stół wodnistą spermą. Właścicielka, nie przerywając onanizować swojego ulubieńca, drugą dłonią zaczyna zgarniać ze stołu wilgotne plamy. Nie wierzę własnym oczom, gdy z jakimś dziwacznym, obłąkanym zapamiętaniem zlizuje ślady psiego nasienia ze swoich palców.

Zmianom podlegają nie tylko ludzie i ich zwierzęta. Ściany baru nagle tracą swój płaski charakter. Pokrywają się jakimiś dziwnymi, guzowatymi naroślami, pod którymi wiją się organiczne kształty. Są jak kłębiące się w plastikowej torbie węgorze. Z każdą sekundą przybywa ich coraz więcej, aż wreszcie, jeden po drugim, wybrzuszenia pękają, uwalniając zielonobrunatny, ohydny śluz. Z powstałych otworów strzelają oślizgłe macki, które niczym perwersyjne bicze skręcają się w powietrzu, skręcają i kłębią. Kilka z nich sięga w stronę wciąż zapamiętale onanizującej się barmanki. Niczym oszalałe ramiona ośmiornicy zaciskają się na jej kończynach, zmuszając do rozłożenia rąk i nóg. Betsy próbuje walczyć, chce nadal pieścić swoją ociekającą sokiem cipkę, ale nie ma szans z siłą obleśnej, potwornej ośmiornicy. W tym momencie najgrubsza macka, cała pokryta drobnymi wypustkami przypominającymi małe penisy wbija się w łono kobiety i penetruje je zawzięcie, wywołując u ofiary spazmy rozkoszy. Dwie następne wślizgują się pod fartuch, zaciskając się wokół piersi. Kolejna przemocą rozwiera usta kobiety i wpycha się do środka. Monstrualne macki gwałcą kobietę wywołując przeszywające ją skurcze - na połu bólu, na poły rozkoszy.

Odrywam wzrok od rozgrywającej się przede mną szalonej orgii i zwracam spojrzenie na deckera. Uśmiecha się drwiąco, obserwując moje reakcje. Skurwiel, bawi się moim mózgiem, wyczarowując te obrazy! 

Puszczam jego dłoń i w tym momencie znowu widzę lekkie zafalowanie obrazu, po którym wszystko wraca do normy. Barmanka z absolutnie znudzoną miną przeciera blat szmatką. Ojciec i syn powoli, miarowo przebierając łyżkami, jedzą dyniową zupę. Paniusia z psem dopija kawę i przegląda pożółkłe czasopismo.

– Przyznaję, masz fantazję – kiwam głową. – Ale to nadal tylko ułuda. Przecież wiem, że ze ścian nic nie wyrosło, a ta kobieta nie zlizywała z palców psiej spermy. Że ten młody chłopak nie spuścił się, widząc gwałconą przez ośmiornicę Betsy. To tylko dość wiarygodna, ale ściema. To nie rzeczywistość. 

– Doprawdy? – decker po raz pierwszy uśmiecha się szerzej. – A co to właściwie jest: rzeczywistość?

– Rzeczywistość to coś, czego można dotknąć. Można czuć jej zapach. Kiedy cię gwałcą, czujesz prawdziwy, realny ból. I strach. Pierwotny strach. A jeśli to ty gwałcisz, to czujesz każdy ruch wijącej się pod tobą dziewczyny. Możesz zlizać pot z jej ciała i będzie on słony. A jeśli wbije ci palce w plecy, to zostawi na nich krwawe, piekące ślady. To jest właśnie rzeczywistość. Ona nas otacza. Jest prawdziwa. I w tej rzeczywistości Betsy ma nadal cycki zmęczonej pięćdziesięciolatki. To, co widziałem, to tylko film. A każdy film, nawet pornograficzny, kiedyś się kończy. Potem trzeba co najwyżej skorzystać z chusteczki, napić się Nuka Coli i wyjść z holokina. Więc kiedy puściłem twoją dłoń, to wiedziałem, że magia ruchomych obrazków się skończy. 

– Cóż, przykro mi, że cię rozczarowałem – na twarzy deckera ponownie gości delikatny uśmiech. – Zamówmy więc tę twoją Nuka Colę na zakończenie rozmowy. Pozwól, że ja postawię.

Przywołuje ruchem dłoni barmankę. Podchodzi do nas, a decker zamawia dwie butelki zimnego płynu. Barmanka kręci przecząco głową. Nie ma Nuka Coli. Dostawa będzie dopiero jutro. I to jest właśnie pieprzona, niedoskonała rzeczywistość w której nie możesz mieć tego, czego chcesz. Zamawiamy więc kawę, ale nie americano, tylko porządną, gorącą, parzoną po turecku. Wkrótce po barze rozchodzi się niepowtarzalny aromat prawdziwego naparu. No dobrze, wiem, że to tylko aromatyzowany kofeinowo-narkotyczny substytut, ale cieszę się, że zadbano o oddanie zapachu. Za takie rzeczy się płaci. Za ułudę, która jest tak dobra, że nie można jej odróżnić od rzeczywistości.

– Czy gdybym się podłączył do Switcha i zamówił Nuka Colę, to poczułbym jej smak? – pytam.

– A chciałbyś tego? – mężczyzna wzrusza ramionami. – Przecież sam mówisz, że to tylko ułuda. Jak w holokinie.

– Ale jeśli idę do holokina na horror, to chciałbym się bać. Nawet, jeśli wiem, że cały czas siedzę na widowni. A jeśli idę do kina obejrzeć pornola, to chciałbym, żeby jakaś dziwka mi obciągała podczas seansu. Immersja, rozumiesz?

Betsy pojawia się ponownie, niosąc dwie filiżanki parującej kawy. Pierwszą stawia przed moim rozmówcą. Potem obraca się ku mnie i nachylając się nad stołem podaje mi moje naczynie. Nie wiem, czy zrobiła to specjalnie, ale gdy zbliża się do mnie, czuję zapach jej taniej wody toaletowej. I nagle, zupełnie nie wiem czemu, ogarnia mnie fala pożądania. Do niej. Do tej, niemłodej już, kelnereczki. Czuję jak mój penis wznosi się w erekcji. Uczucie to jest tak nagłe i niespodziewane, że tracę dech. W tej chwili chciałbym chwycić barmankę za jej włosy, pociągnąć w dół i zmusić, żeby mi zrobiła loda, na oczach tego napuszonego deckera i reszty klientów w barze.

W tym samym momencie Betsy obraca głowę i patrzy mi głęboko w oczy. Nasze spojrzenia spotykają się. Napięcie między nami staje się nieomal namacalne.

– Naprawdę chcesz, żebym ci obciągnęła? – słyszę głos barmanki. – Chcesz tego? Żebym wyciągnęła ci ze spodni sterczącego fiuta i wyglansowała go wargami? Chciałbyś spuścić mi się w usta i zmusić, żebym połknęła?

Siedzę zaskoczony, nie rozumiejąc, co się dzieje. Betsy wybucha śmiechem.

– A może wolisz, żeby zrobiła to ona? – wskazuje na paniusię z psem. – Ta, natychmiast zwraca głowę w moim kierunku. Otwiera sugestywnie usta, spomiędzy których wysuwa się nieludzki, długi na dobre ćwierć metra, cudownie obleśny, ociekający śluzem jęzor.

– Co, do kurwy… – rzucam przez zęby.

– Nasze pracownice tylko czekają, aby cię dobrze obsłużyć! Choć, jeśli chcesz, obciągnąć ci mogą także oni – mruczy dziewczyna wskazując na ojca i jego syna, którzy jak na komendę wstają i otwierają usta w obscenicznej propozycji. 

Chłopiec, jakby dla podkreślenia swojej chęci dogodzenia mi, jednym ruchem opuszcza spodnie wraz z majtkami i wypina w moim kierunku szczupłą, dziewiczą pupę. Gdyby nie małe, kołyszące się jąderka mógłbym przysiąc, że widzę tyłek ponętnej lolitki. Ale i tak przechodzi przeze mnie mroczny dreszcz podniecenia. Przez chwilę gotów jestem zerwać się z miejsca i zgwałcić tego chłopca na oczach jego własnego ojca. I, jestem dziwnie pewien, że mężczyzna będzie trzymał wówczas syna za ręce, a potem ochoczo zajmie moje miejsce. Wszechogarniająca, dzika żądza przepełnia mnie nagłą falą. 

– Co się tu, kurwa, dzieje? – ryczę, zrywając się na równe nogi. Filiżanka, stojąca na stole, podskakuje do góry i przewraca się. Wypełniający ją wrzątek rozlewa się i ochlapuje mi krocze. Potworny, niewyobrażalny ból gorącej kawy na moim stojącym kutasie rozpala mi zmysły tak, że przed oczami błyska mi wybuchająca supernowa.

W następnej sekundzie wszystko mija, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Znowu siedzę przy stole, bar jest cichy i spokojny, a ja nadal trzymam w dłoni rękę uśmiechającego się deckera.

– No, to teraz rzeczywiście jest czas, żeby wyjść z kina. Czy jesteś zadowolony z seansu? Czułeś ten prawdziwy ból, za którym tak tęskniłeś?

Wyrywam dłoń z jego ręki i podejrzliwie patrzę na swoje spodnie. Są suche, a mój kutas nie jest poparzonym, pieprzonym centrum bólu mojego wszechświata.

– To jest właśnie demo Switcha, o które prosiłeś. To jak, chcesz więcej? Chcesz doświadczyć prawdziwego Zalogowania? Totalnej immersji?

Nie muszę nic mówić. Obaj znamy odpowiedź.

*

Leżę, z oczami wbitymi w brudny sufit i po raz kolejny przypominam sobie mój pierwszy kontakt ze światem Switcha. Przed oczami mam twarz niepozornego deckera, który dał mi szansę na posmakowanie nowych doznań. Na zatopienie się w nierealnej, ale doskonale prawdziwej rzeczywistości. Iniektory cicho mruczą, pompując do żył chemiczną papkę. 

Switch jest narkotykiem doskonałym. W labiryntach zaprogramowanych scenariuszy możesz znaleźć dokładnie wszystko. To jak wielki hipermarket perwersji i rozkoszy. Hipermarket, w którym wszystko jest prawdziwe. W każdym razie w momencie, w którym to przeżywasz.

Patrzę ponownie na rurki wprowadzające bladożółte gluty do moich żył. Patrzę i nie chcę wiedzieć, że są realne i prawdziwe. Chcę powrócić. Rozpaczliwie chcę powrócić. I uwierzyć, że wracam do realnego świata.

*

Ciemne, brudne, wilgotne pomieszczenie. Zimny loch, rozświetlany jedynie migoczącym blaskiem pochodni. Na ciężkim, dębowym stole leży dziewczyna. Jest zupełnie naga. Podziwiam jej doskonałe ciało, odcinające się jasną plamą na ciemnym drewnie. Czarne, pordzewiałe kajdany, zaciśnięte na delikatnych dłoniach stanowią doskonały kontrapunkt w tej kompozycji. 

– Nie bój się – szepczę jej do ucha z miłością. – Zobaczysz, że ci się będzie podobać.

– Błagam, nie rób mi tego – szlocha. – Jak możesz. Przecież mnie kochałeś…

– Kocham cię cały czas, najdroższa – mruczę, gładząc ją po głowie.

Drzwi otwierają się z głośnym, przeciągłym zgrzytem. Dziewczyna cała spina się, ale więzy trzymają mocno. Z jej ust wydobywa się przepełniony zgrozą krzyk protestu. 

Do piwnicznej izby wchodzi kilku mężczyzn, w większości pijanych. Niewielkie pomieszczenie wypełniają ich głośne śmiechy. 

– Błagam… nie rób tego – szloch dziewczyny przechodzi w cichy jęk. – Jeśli nie masz litości dla mnie, to zmiłuj się nad naszym dzieckiem, które noszę w sobie. Twoim dzieckiem.

– Najdroższa, kocham i ciebie, i nasze dziecko – dotykam jej twarzy. A potem zwracam się do przybyłych: – Możecie zaczynać. Korzystajcie. Czym chata bogata...

W migotliwym świetle pochodni widzę ich twarze, prostackie i wykrzywione lubieżnymi uśmiechami. Twarze mętów. Patrzę jak trącają się łokciami i szepczą między sobą, ustalając kolejność. W końcu jeden z nich zdobywa się na odwagę. Podchodzi do mojej, rozpiętej na stole żony i kładzie brudną dłoń na jej łonie. Piwnicę przeszywa rozdzierający krzyk grozy. Pijak uśmiecha się krzywo i brutalnie wpycha swój ciemny paluch do środka. Wrzask przerażenia i protestu jest ogłuszający. Facet wyciąga dłoń i z dumą prezentuje ją kumplom. Potem ostentacyjnie wkłada ją sobie do ust i zlizuje smak kobiecości. Eleganckiej, czystej, szlachetnie urodzonej dziewczyny. Takiej, na którą nigdy nie śmiał podnieść oczu. A teraz, dzięki mojemu przyzwoleniu może położyć rękę na brzuchu mojej Pięknej. Brzuch jest krągły, uwypuklony rodzącym się w nim życiem. Facet wybucha rechotem, ukazując przegniłe dziąsła i resztki czarnych zębów. Wskazuje kompanom piękne, jędrne piersi i wulgarnie opowiada, jak będzie się nimi bawił.

– No, na co czekasz? – uśmiecham się szeroko. – Bierz ją sobie. Ulżyj sobie. Przecież tego chcesz. Przelecieć jednocześnie moją żonę i córkę w jej łonie. 

Wydarzenia toczą się szybko. Mężczyzna rozpina spodnie i wydobywa napęczniały oczekiwaniem członek. Tak jak jego właściciel jest wielki, brudny i obleśny. Tu nie ma miejsca na grę wstępną, subtelność czy grę kochanków. To jest po prostu zwierzęca chuć. Wielki kutas wbija się w moją żonę jednym ruchem. Gdy pijany włóczęga zaczyna gwałcić leżącą na stole ofiarę, ponownie rozlega się jej nieludzki, przerażający wrzask. Pozostali mężczyźni otaczają stół ciasnym kołem. Jeden po drugim zrzucają odzienie i zaczynają się brandzlować, poganiając pierwszego szczęśliwca i domagając się swojej kolejki.

Zanim skończą i pozostawią moją Piękną, ociekającą spermą, zbrukaną i poniżoną, upłynie jeszcze dużo czasu. To będzie fascynująca noc. Zbliżam się do stołu i z zadowoleniem patrzę na krzyczącą i błagającą o zmiłowanie żonę, którą właśnie posuwa kolejny z pijaków. Uśmiecham się na widok jego wielkich jąder, głośno uderzających o jej ciało. Za chwilę uwolnią przepełniające je nasienie. A kiedy wszyscy nasycą się jej ciałem, wtedy ja zajmę ich miejsce. I będę pieprzył moją ciężarną żonę we wszystkie jej słodkie otwory. Jest bowiem moją wyłączną zabawką i tylko od mojego kaprysu zależy, co będzie się z nią działo.

Tak. Należy do mnie. Całkowicie. I mogę z nią zrobić absolutnie wszystko.

Jej twarz nagle zmienia się i rozpływa, niczym obraz na poruszonej fotografii. Czas zwalnia, zamiera i zastyga – a może po prostu rozpada się na kawałki? Rysy znajdujących się w lochu osób zamazują się, jakby szalony malarz postanowił namalować na płótnie postać w ruchu. W miejscu twarzy mojej młodej żony widzę przenikające się obrazy, jakby wszystkie możliwe scenariusze zlały się w jedno. Wszystko pulsuje we  frenetycznym wirze zlewających się strumieni zdarzeń. Widzę twarz dziewczyny, która jest jednocześnie młoda i stara, dojrzała i dziewczęca. Czas przestał mieć znaczenie. 

Widzę ją śmiejącą się i zatroskaną, kochającą i nienawidzącą. Widzę moment, w którym przeżywamy nasz pierwszy pocałunek i widzę chwilę jej śmierci. Zastygły czas wybucha nieskończoną multijednoczesnością dróg. Dziewczyna umierająca w wieku piętnastu lat na tyfus. W innej wersji – jako kobieta dojrzała z twarzą rozpłataną toporem. W jeszcze innej – z bliznami po ospie. Lub spaloną w pożarze.  

Omnipotencja i wszechwiedza. Kalejdoskop możliwości, dla których czas, przyczynowość i następstwo nie istnieją. Czy tak właśnie widzi nas Bóg? Czy jesteśmy po prostu superpozycją wszelkich możliwych wariantów, wypadkową funkcją prawdopodobieństwa rozpiętą między Niemożliwością i Pewnością? Czy ja też jestem takim zlepkiem wszystkich możliwych mnie? A jeśli tak, to który z nas jest prawdziwy? Który z nas jest mną?

W jednej sekundzie przez mój umęczony mózg przelewają się wszystkie możliwe warianty rzeczywistości. Ja, obserwujący zbiorowy gwałt na matce mojego nienarodzonego dziecka. Ja, prowadzący ją do ślubnego ołtarza. Ja, broniący jej ciała przed stadem rozpasanych żołdaków. Żołdaków, z których każdy ma moją twarz. Ja, czujący jej ból, poniżenie i przerażenie. Ja – będący nią. 

Omniistnienie. Omniodczuwanie. Omnidoznanie.

Ja, Grzesznik. Ja, Ofiara. Ja, Bóg.

Ach, rozpłynąć się w tej Wszechmocy Omniistoty…! Pozostać tu na wieczność. Ale gdzieś tam, na pograniczu świadomości wiem, że to pułapka. Że to jedna z Iluzji Switcha – Pokusa Boskości, odwieczna klątwa Człowieka. Śmiertelnika, któremu boskość jest zakazana. 

Więc rezygnuję i poddaję się. Wycofuję świadomość do prawdziwej rzeczywistości, która zwala się na mnie ze swoją przygniatającą, rozpaczliwą nędzą istnienia.

Smród. Smród wymiocin i metaliczny smak krwi w ustach. Znowu leżę na zapleczu obskórnego baru, wracając z dalekiej, Switchowej podróży. Bo każdy powrót jest trudniejszy.

*

Switchowe flashbacki są jak falowanie oceanu. Jak odwieczny rytm przypływów i odpływów. Im dłużej pozostajesz Tam, tym trudniejszy powrót i tym większa pokusa Powrotu. 

Prawdziwy świat ma tylko jedną pokusę: realność doznań. Tu każdy ból i każda przyjemność jest rzeczywistością prawdziwą, w odróżnieniu od rzeczywistości ułudy - Switcha. Jest prawdą obiektywną, a nie subiektywną.

Filozoficzny bełkot? Może. Ale trzeba być filozofem, aby odkryć jakiś strzęp piękna w tym parszywym życiu. Życiu, które jest tylko smutną egzystencją mięsnego worka, które nazywamy ciałem. Wystarczy, że spojrzę na własny brzuch, owłosione nogi czy blade ręce, aby zebrało mi się na wymioty. Próbuję je powstrzymać zamknięciem oczu, ale wtedy pojawia się kolejny obraz.

*

Wchodzę do sali balowej, rozświetlonej dziesiątkami migotliwych świec. Orzeźwiający zapach nocy zamienia się w słodką, ciężką woń cygar, perfum i namiętności. Esencja perwersji. Sala jest urządzona w stylu wiktoriańskim, w mrocznych, soczystych barwach położonych równą powierzchnią na dębowych boazeriach. Wyłożone ciemnokarminową tapetą ściany przypominają buduar.

Kilka par kopuluje na wielkim łożu. Parweniuszowska nagość ich ciał kontrastuje z eleganckimi ubraniami pozostałych, z głęboką czernią fraków i nieskalaną bielą koszul. Na ich tle, złączona w miłosnym uścisku grupa przypomina wielką, pulsującą narośl. Ramiona, nogi i głowy przeplatają się ze sobą, łącząc w jedno, obłąkańczo spółkujące ciało – jak u odbywających gody żab.

Wszystko jest przesycone duszną, oszałamiającą atmosferą seksu. Wszechogarniający zapach fizycznej miłości, spermy i potu wypełnia wnętrza niczym niewidzialna mgła. 

Ktoś wymawia głośno moje imię. Obracam się i widzę zbliżające się ku mnie trzy postaci. Mężczyzna, wyróżniający się spośród nadchodzących, jest wysoki i szczupły. Jasne, lekko rudawe włosy przydają jego przystojnej twarzy dostojeństwa i powagi.  Towarzyszą mu dwie młodziutkie dziewczyny, tak do siebie podobne, że muszą być siostrami, o bladej skórze i jasnobłękitnych oczach. Przewiewne, wyglądające na drogie sukienki, przez które prześwitują ich drobne piersi ze sterczącymi sutkami podkreślają ich niesamowity wygląd… Są jak zjawy, na wpół eteryczne i nierealne. Nie mogę sobie przypomnieć imion, ale na pewno tę trójkę już kiedyś spotkałem. Gdzieś z odmętów pamięci wypływa jego nazwisko. Hrabia d’Ferrare?

– Dobry wieczór, hrabio – witam go uśmiechem. – Miło mi znów pana widzieć. Długo kazał pan nam czekać na swoje przybycie. Proszę mi pozwolić na drobny wyrzut, ale już bardzo dawno nie mieliśmy zaszczytu pana gościć między nami.

– Istotnie – odpowiada miłym, aksamitnym barytonem. – Ostatnimi czasy nieco zaniedbałem życie towarzyskie. 

– Panie hrabio, wszyscy dopytują o pana. To zbrodnia pozbawiać nas tak długo swojej obecności. Ale cały czas liczę, że pan zagości między nami na dłużej. Proszę pamiętać, że jest pan zawsze najbardziej wyczekiwanym gościem. Ileż to już czasu minęło od naszego ostatniego spotkania?

– Długo. Widzieliśmy się chyba na pamiętnym przyjęciu u madame Ross?

– Tak mniemam. Nie można wszak zapomnieć niezwykłego widowiska, które zapewniły nam urocze towarzyszki pana hrabiego. Pozwolę sobie przekazać, że wielu moich gości liczy na powtórną przyjemność ujrzenia ich w tak niezwykłym spektaklu. 

D’Ferrare uśmiecha się uprzejmie, ale trudno z tego wywnioskować, czy jest to obietnica czy może uprzejma odmowa.

– Proszę także przekazać wyrazy mojego absolutnego oddania Madame Ross i jej bliskim. Liczyłem na to, że odwiedzą nasz skromny zamek. Młody panicz George wydawał się zainteresowany zaproszeniem… Tymczasem jednak proszę rozejrzeć się po moim skromnym domu i korzystać do woli z uciech, które zapewniamy. Uwadze pana hrabiego i jego niepowtarzalnych towarzyszek polecam zwłaszcza atrakcje altany myśliwskiej. 

Hrabia d’Ferrare skłania się lekko. Na jego ustach znów błądzi tajemniczy uśmiech. Ujmuje pod ramiona swoje młodziutkie towarzyszki i prowadzi je we wskazanym kierunku. Odpływają w dal. Piękna, elegancka trójka. Zjawiskowa. Magiczna. Po chwili, z oddali, dobiega nas rozgorączkowane poszczekiwanie psów. Żałuję, że nie zdecydowałem się odprowadzić moich gości i spędzić z nimi choć odrobiny czasu. Nie mam jednak okazji, by dłużej się nad tym zastanawiać, bo zbliża się ku mnie kolejna osoba. 

Baronessa W. podchodzi do mnie zupełnie naga, jeśli nie liczyć obłędnie wysokich, czarnych szpilek i aksamitnego krawata tej samej barwy, nałożonego na nagą szyję. Drobne, jędrne piersi W. kołyszą się kusząco. Kruczoczarne włosy są już potargane i w nieładzie. Baronessa zwinęła je niedbale w luźny kok, który sprawia, że wygląda jeszcze bardziej pociągająco niż zazwyczaj. Esencja dzikości, rozpasania i bezwstydu – połączone z wysublimowaną elegancją. W subtelnych palcach przypominających dłoń wiolonczelistki, trzyma długą fifkę, w której czerwonym ognikiem żarzy się papieros.  

– Monsieur, czy użyczy pan ognia damie w potrzebie? – baronessa W. ma niski, wibrujący głos, w którym każdy mężczyzna usłyszy zew seksualnego nienasycenia. 

– Madame, tak pięknej kobiecie nie sposób odmówić – skłaniam głowę i sięgam po zapałki.

– Mam też inne potrzeby, które wymagają równie gorącego ognia – cedzi drapieżnym, zmysłowym altem, patrząc mi w głęboko oczy. Potem kładzie dłoń na swojej wygolonej kobiecości. – Chodź mnie wypieprzyć.

Czuję gwałtowny przypływ pożądania. Podnieca mnie jej prośba, prostacka, ordynarna i bezpośrednia, doskonale kontrastująca z jej pozycją społeczną. Nagle czuję inną dłoń na ramieniu.  

– Moja droga, nie dam sobie dziś ukraść mojego ślicznego brata. Zamierzam wykorzystać go do spełnienia starej obietnicy...

Irene, moja siostra. Jeszcze bardziej zboczona niż ja. Ma tlenione na biało, krótkie włosy. Jej oczy gorzeją, a rozszerzone źrenice wydają się czarnymi, głębokimi studniami. Jest już tak pijana, czy może to efekt zażywanych narkotyków? Ma na sobie białą, nakrochmaloną męską koszulę i spodnie do konnej jazdy, wpuszczone w wysokie, skórzane buty. W dłoni trzyma pejcz. Umie się nim posługiwać. Przed chwilą widziałem, jak smagała nim młodego chłopaka, przywiązanego do krzyża świętego Andrzeja. Smagała mocno, bezlitośnie. A kiedy nasyciła uszy jego krzykami, założyła swoją ulubioną zabawkę – wielkiego penisa na skórzanej uprzęży – i brutalnie zgwałciła swoją ofiarę, sycąc uszy jego błaganiami o litość. A potem, jak gdyby nigdy nic, przebrała się i powróciła do naszych gości. Chłopaka odwiązano i na wpół przytomnego rzucono do pokoju, w którym kilku dojrzałych panów zabawiało się z młodzieńcami. Nowe ciało zostało powitane zachwyconymi okrzykami.

– Jakaż to obietnica? – baronessa W. wydaje się zaintrygowana. 

– Och, to nasza słodka tajemnica… Prawda, braciszku? – Irene opiera się o mnie. Jej dłoń wężowym ruchem prześlizguje się po moim ciele, aby zaborczo ścisnąć mojego pęczniejącego w spodniach członka.

W. obserwuje to z płonącymi oczami. Wygląda, jakby chciała się na mnie rzucić, zedrzeć ze mnie ubranie i posiąść. Tu, na podłodze. Razem z moją siostrą.

– Irene, przestań, mamy gości, którymi się trzeba zająć – mruczę nieszczerze. – Na wypełnienie obietnicy mamy jeszcze czas.

Siostra nachyla mi się do ucha.

– Chcę cię. Chcę, żebyś mnie wypieprzył – szepcze, spoglądając na baronessę. – I chcę mieć z tobą dziecko. Dziś. Chcę, żebyś mi dał pięknego, słodkiego chłopca, mój zboczony braciszku. Chcę zanurzyć się z tobą w odmęty kazirodczej miłości… I chcę, żebyś wiedział, że jestem dziś płodna. Bardzo płodna. I jeszcze bardziej napalona na ciebie niż zwykle.

W. pilnie nasłuchuje. Wzwiedzione i napięte sutki dosadnie pokazują jej krańcowe podniecenie. Smukłe palce wślizgują się w jej wypielęgnowaną, wygoloną kobiecość. Przygryza wargi, dogadzając sobie bezwstydnie, stojąc pośród gości niczym wcielenie kobiecej chuci.

Przechodzący mężczyzna nie może się powstrzymać. Nagłym ruchem chwyta W. za rękę i odciąga w kąt pokoju. W. nie opiera się, choć wciąż patrzy na moją siostrę. Ale na baronessę już czeka inna rozkosz. Tam, na olbrzymim łożu, czwórka karłów przebranych za małych chłopców kopuluje z wielką, grubą kobietą przypominającą samicę w szczycie rui. Ma gigantyczny brzuch i piersi przywodzące na myśl krowie wymiona. Karzełki wyglądają doprawdy zabawnie w dziecięcych ubrankach, ale ich członki są wielkie jak u zwykłego mężczyzny. Sterczą z rozporków, grube i nabrzmiałe niczym penisy jakichś groteskowych zwierząt.

Cała piątka zgodnie parzy się na łóżku. Z fascynacją pomieszaną z odrazą obserwuję, jak jeden z karłów prawie znikł między tłustymi, nalanymi udami kobiety. Dwóch innych miętosi wielkie cyce, pozwalając, aby dłonie kobiety zajmowały się ich penisami. 

Mężczyzna, który porwał od nas baronową, ciągnie ją w kierunku łoża. Gdy W. pada na wznak, czwarty z karłów z radosnym rechotem włazi na nią, wtłaczając swojego fallusa prosto w jej usta. Baronessa krztusi się i dławi, ale dzielnie przyjmuje swoją rolę. Mężczyzna rozpina rozporek i wbija się w kobiece łono niczym buhaj dosiadający jałówki. Irene i ja patrzymy na to jak na scenę parzących się zwierząt. I oboje odczuwamy rosnące podniecenie.

– Chcę cię. Chcę cię teraz, braciszku. I nie dam cię dziś żadnej innej. Masz dziś mnie zapłodnić. Mnie. To jest nasza noc – mruczy Irene, nie przestając ugniatać mojego penisa. Oboje wiemy, że już wygrała.

*

I znów scena rozmazuje się i odpływa. Przez chwilę jedna Rzeczywistość walczy z drugą o lepsze. Mój mózg rozpaczliwie walczy o ustalenie, która z nich jest prawdziwa. Czuję się jak tonący, któremu na chwilę udało się wydobyć na powierzchnię. Zachłystując się, wciągam do płuc ożywczy haust Teraźniejszości, po czym znów czarna otchłań zamyka się nade mną. I znowu inny świat bierze mnie w swoje posiadanie.

*

Jest upalny, letni wieczór. Słońce już zaszło, ale powietrze nadal przepełnia jego żar. Ciemna toń jeziora jest atramentowoczarna i spokojna. Idziemy ku niej wolnym krokiem, pogrążeni w niezręcznym milczeniu.

Tyle razy układałem sobie w głowę tę rozmowę. Tyle razy planowałem, jak wyrazić swoje uczucia. I zawsze, za każdym razem rozumiałem, że strach przed odrzuceniem mnie zadławi.

Monika jest najcudowniejszą dziewczyną pod słońcem. Jest delikatna, ulotna i wrażliwa. A ja zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, kiedy tylko weszła do naszej klasy. Boże, jak ja pragnąłem, aby nauczycielka kazała jej usiąść obok mnie… 

Przez pierwsze trzy miesiące bałem się do niej nawet podejść. Bałem odezwać. Jej delikatność, jej słodka niewinność mnie onieśmielała. Zresztą nigdy nie miałem odwagi do dziewczyn. Chłopaki już dawno mieli za sobą swoje pierwsze razy, a ja - wieczny marzyciel i niedojda - nawet nie zaproponowałem żadnej dziewczynie chodzenia. 

I nagle zdarzył się cud. Moi rodzice po jednej z wywiadówek zaprosili rodziców Moniki na naszą działkę. Właśnie siedzą w tej chwili i popijają na tarasie wino.

...

– Monika, ja chciałem… ja chciałbym – zaczynam fatalnie i słowa więzną mi w gardle.

– Tak, słucham? – pyta moja Bogini. Jej ciepły, cichy głos rozlewa się miodem w mojej duszy. Zdobywam się na odwagę. Teraz albo nigdy. W nagłym akcie desperackiej odwagi chwytam dziewczynę za rękę.

– Monika, wiem, że to strasznie głupie, co powiem. Ja… ja chciałem ci to powiedzieć dawno… bardzo dawno… bo widzisz… ja bym bardzo chciał, żebyś zgodziła się zostać moją dziewczyną. Bo bardzo mi się podobasz, ale nie miałem wcześniej odwagi. I teraz….

Z każdym wyrzucanym słowem rośnie mi w gardle dławiąca kula niepewności. W końcu nie mogę już oddychać. Zaciskam oczy, żeby nie zobaczyć na twarzy mojej Miłości wyrazu zaskoczenia albo drwiny. Czas dłuży się nieprawdopodobnie.

I wtedy czuję łagodny dotyk oddechu na mojej twarzy.

– Ty też mi się podobasz…

Coś nieskończenie miękkiego, delikatnego i subtelnego dotyka moich ust. Czuję zapach skóry Moniki. Łagodny i dziewczęcy. Taki, jaki zawsze wyobrażałem sobie w snach. 

Pocałunek, który nadchodzi jest nieśmiały i nieporadny. Oboje jesteśmy niedoświadczeni, oboje próbujemy dopiero poznać, czego chcemy. Włosy Moniki muskają moje policzki. Otwieram oczy i napotykam niepewne, błyszczące spojrzenie dziewczyny.

Tak rodzi się miłość.

*

Czuję, jak fala mdłości podnosi się do gardła. Niewyobrażalnym wysiłkiem woli powstrzymuję wymioty. Obskurny pokój wiruje wokół mnie. Dlaczego Powrót zawsze jest taki trudny?

*

Ten sam pałac, to samo życie, ta sama Rzeczywistość. Tylko inny czas, choć poza nim  nie zmienia się nic w upojnym ciągu całkowicie dekadenckich orgii. Teraz jest zima.

Siedzimy w niewielkim, przytulnym saloniku. Markiz d’Sablet, Irene i ja. Irene jest w piątym miesiącu ciąży, ale to tylko roznieca jej seksualny temperament. Uczestniczy w każdym spotkaniu, nie opuszcza żadnej okazji do nurzania się w bezeceństwach. Dziś także cały pałac rozbrzmiewa głosami hucznej zabawy. Markiz przygląda się mojej siostrze wzrokiem pełnym wyrafinowanej lubieżności pomieszanej z fascynacją i czymś jeszcze, czego nie jestem w stanie określić. Próbuję zrozumieć i przeniknąć, co kryje się za tym spojrzeniem tak mocno, że aż gubię wątek rozmowy. 

Nagle zapada cisza. Irene wpatruje się we mnie wyczekująco, od niechcenia pieszcząc dłonią sterczący z rozporka narząd markiza. D’Sablet jest geniuszem kontroli własnego ciała. Jak on potrafi prowadzić rozmowę, gdy moja cudowna, zboczona siostra trzyma go na krawędzi orgazmu? Ją to też bawi. Właśnie patrzy na mnie tymi swoimi błyszczącymi, niesamowitymi oczami.

– Odpowiedz, proszę… – dociera do mnie, że zadała mi jakieś pytanie.

– Przepraszam, moja słodka, zamyśliłem się. O co pytałaś?

– Co jest dla ciebie sensem życia?

Zaskoczyła mnie. Aby zyskać na czasie, zapalam długiego, egipskiego papierosa i przez chwilę delektuję się jego aromatem.

– Dziwny problem – mówię po chwili. – Nie zastanawiałem się nad tym. Może po prostu łapanie chwili? Carpe diem?

Markiz mruży oczy w tak dobrze mi znanym złośliwym uśmiechu.

– Dlaczego chwili? Przyjemność trzeba sobie przedłużać. Smakować ją. Popatrz, nasza słodka Irene doskonale to rozumie. Ledwie powstrzymuję się przed dojściem…

– A ja ledwo powstrzymuję się, żeby nie wpakować sobie twojego członka prosto do gardła – mruczy moja siostra, a jednocześnie przyszła matka mojego dziecka. – Uwielbiam czuć, jak twoja sperma zalewa mi gardło. Nie rozumiem, jak kobiety mogą wzdragać się przed tym wspaniałym uczuciem połykania męskiej esencji… 

– No, to może przyjemność wieczna? – próbuję skoncentrować się na zadanym pytaniu. – Wiesz, każda religia ją obiecuje. A skoro robi to każda z nich, to coś musi w tym być.

– Przecież to absurdalne – mówi d’Sablet wzruszając ramionami. – Każda religia jest sztuczna. Narzuca ograniczenia naszemu człowieczeństwu, prezentując mu jakąś ułudę. Miraż. Jeśli chodzi o sprawy religii, ludzie są winni wszelkich możliwych nieuczciwości i występków intelektualnych. To zresztą nie moja opinia, chyba to powiedział ktoś mądrzejszy ode mnie.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Bo ludzie z niezrozumiałych dla mnie powodów hamują swoje popędy w sztuczny sposób, odwołując się do wyimaginowanych bytów. A jednocześnie zazdroszczą im swobody. Och, popatrz choćby na Greków. Przecież Zeus pieprzył wszystko, co się rusza. I dzięki boskiej mocy – w takiej postaci, jak chciał. Europę posiadł jako byk. Wyobrażasz to sobie? Potężny buhaj gwałcący młodą kobietę? Kompletna, symboliczna dominacja siły nad uległością. Archetyp wzięcia w posiadanie. Natomiast Leto posiadł jako łabędź. Kompletne nieprzystosowanie gatunkowe, a jednak ją zapłodnił. Seks międzygatunkowy - jakże piękny, a jak wielkie tabu stanowiący. Albo zapładniający Danae złoty deszcz. Zwróćcie jednak uwagę: Zeus to robił z lubością i na wszystkie sposoby, ale ludziom nie pozwalał. Dlaczego?

– Żeby mu zazdrościli?

– Ba! Ale czego? Samego aktu prokreacji? Bzdura! Ale władza… tak, to jest klucz. Widzisz: Zeus jest symbolem omnipotencji. Robi to, co chce, jak chce i z kim chce. Kiedy chce! Zauważ, że w ten sposób przełamuje odwieczny męski lęk przed impotencją.

– Mój brat nie musi się jej bać – parska Irene gładząc się po brzuchu. – Gdy tylko mnie widzi, staje mu na zawołanie.

– Mylisz się. Każdy mężczyzna boi się impotencji. Bo naszą rolą jest zdobywać, pokonywać i upokarzać swoich wrogów. Brać sobie ich kobiety i dołączać do własnego stada. Jesteśmy zaprogramowani na bycie samcami alfa. Ale każdy z nas podświadomie i podejrzliwie patrzy, czy jego konkurent i zabójca już się nie czai za plecami.

– Zeus zrzucił z tronu swojego ojca, Uranosa…

– Właśnie. Żeby rządzić, władać i zapładniać. Trzeba zrzucić z piedestału poprzednika. A potem trzeba stale potwierdzać swoją potencję. To męska, naturalna potrzeba. Z kolei bierność, masochizm i narcyzm są najbardziej znamiennymi, uwarunkowanymi biologicznie cechami kobiet. To także zresztą nie tyle moja opinia, co cytat. Jeśli cię to bawi, możesz w wolnej chwili poszukać źródła.

– Odwieczny ludzki popęd? Ale przecież posiadanie dzieci jest uważane za moralne, a mordowanie - nie.

– Rzeczywiście, prokreacja jest zasadniczo celem seksu. Ba, charakterystyczną cechą wszystkich perwersji jest nieobecność w nich reprodukcji. To stanowi kryterium, przy pomocy którego psychoanaliza określa perwersyjność danej aktywności płciowej – gdy czyni osiąganie przyjemności celem w oddzieleniu od celu rozrodczego. Seks homoseksualny dla wielu jest tabu nie dlatego, że jest nieprzyjemny, ale że odrzuca jakąkolwiek szansę na zapłodnienie. Ale apologia prokreacji to także ułuda. Właściwym, ponadbiologicznym prawem jest przyjemność. To wiedział już nawet Arystyp z Cyreny. On wiedział. Jego maksymą życiową było: "Jedynym dobrem jest przyjemność, a jedynym złem – przykrość". Tyle, że od wieków prawo zakazuje ludziom robić to, do czego skłaniają ich popędy. Bo inaczej każdy byłby Zeusem. Albo próbował nim być.

– No, a co sądzisz o naszym dziecku? – pyta Irene. – Dla wielu byłoby złamaniem praw natury. Jest owocem złamania odwiecznego tabu incestu.

– Bzdura – markiz d’Sablet jak zwykle zapala się do dyskusji. – Chów wsobny nie jest zły sam w sobie. On tylko uwypukla cechy dziedziczone. Te pozytywne i te negatywne. Przecież chów wsobny od wieków stosujemy w hodowli zwierząt. Wasze dziecko odziedziczy i wzmocni wasze cechy. Zarówno te dobre, jak i te złe.

– To dlaczego istnieje tabu kazirodztwa?

– Bo ludzie w odniesieniu do siebie boją się tego, czego nie unikają w hodowli. Eliminacji tych, u których ujawniły się cechy negatywne.

– Uważasz, że powinno się zabijać ułomne dzieci?

– Nie. Dlaczego mielibyśmy to robić? Z punktu widzenia gatunku wystarczy, że nie będą się dalej rozmnażać. 

– No, ale teoretycznie mogłyby…

– Właśnie. Dlatego wymyślono tabu kulturowe. Ale zauważcie: nieskończenie wielu cywilizowanych ludzi, którzy wzbraniają się przed zabójstwem czy kazirodztwem, nie odmawia sobie bynajmniej zaspokojenia żądzy posiadania, agresji i żądzy seksualnej. Nie wzdragają się szkodzić innym: kłamstwem, oszustwem, zniesławieniem, o ile może to ujść bezkarnie; i stan ten utrzymuje się zaiste od wielu wieków istnienia kultury.

– Braciszku – rozmarzonym głosem mruczy moja Irene. – Myślisz, że nasze dzieci będą tak bardzo chutliwe jak my? Przekażemy im w genach umiłowanie seksu?

– Myślę, że tak – uśmiecham się, widząc zapalający się w oczach przyszłej matki lubieżny błysk.

– Wspaniale. Nie mogę się już doczekać momentu, gdy zaczniemy je wprowadzać w świat naszych erotycznych fascynacji.

– Niezależnie od tego, czy urodzi się nam córka czy syn?

– Niezależnie.  

– Jesteś zboczoną wariatką, wiesz?

– Wiem, głuptasie. Oboje jesteśmy. Mamy to po rodzicach.

– Uwielbiam słuchać waszych libertyńskich rozmów. –  Nigdy nie wiadomo, czy d’Sablet mówi poważnie, czy żartuje. – Czyż może być coś bardziej uwolnionego od idiotycznych więzów drobnomieszczańskiej moralności niż brat i siostra planujący uprawianie seksu z własnymi dziećmi? 

– Większość ludzi ukamieniowałaby Irene już za sam fakt, że świadomie i z pełną premedytacją zaciągnęła mnie do łóżka w najbardziej płodne dni.

– A jeśli jeszcze usłyszeliby, że zamierzam zaciągnąć własne dziecko do naszego łóżka, żebyś to właśnie ty je rozdziewiczył, braciszku… i to niezależnie od jego płci - prycha moja siostra, nie przestając robić dobrze rozpartemu w fotelu markizowi.

– Irene, czy ja ci już mówiłem, że jesteś najcudowniejszą pod słońcem libertynką - wzdycha d’Sablet. – Powinnaś napisać książkę o swoich poglądach na temat rodzinnego seksu. Z miejsca byłaby bestsellerem w naszym zboczonym środowisku.

– Och, mam dość tych filozoficznych rozważań – mówi Irene i podnosi się z kanapy. – Chodźcie, przejdźmy się. Zbytnio się podnieciłam i ze smutkiem konstatuję, że dawno nie patrzyłam na porządne rżnięcie. 

My także wstajemy i we trójkę opuszczamy pokój, pogrążając się w świecie trwającej w całym zamku orgii. D’Sablet nie bawi się nawet w chowanie swojego sterczącego członka w spodniach. Irene na chybił-trafił wybiera drzwi, zza których dochodzą głośne jęki i posapywania. Wchodzimy do pokoju.

Dwóch mężczyzn, zupełnie nagich, spoczywa na gigantycznym łożu zasłanym dziesiątkami karminowoczerwonych, zdobnych złoconymi dekorami poduszek. Obaj mężczyźni są zupełnie nadzy i pogrążeni w leniwej rozmowie. Obaj mają już swoje lata, a ich sylwetki, brzuchate i spocone, świadczą że wiodą życie sybarytów i hedonistów, nieodmawiających sobie jadła i trunków. Ani innych przyjemności.

Dwóch młodziutkich chłopców o twarzach uroczych aniołków, przywodzących na myśl wczesne prace Donatella, dogadza im oralnie. Każdy z nich umiejętnie i z oddaniem pracuje nad zaspokojeniem swojego patrona. Wielkie, nabrzmiałe penisy mężczyzn stanowią obleśnie perwersyjny kontrapunkt dla ich drobnych ust. Trzeci chłopiec, niewiele starszy od dwóch pozostałych, ułożył się tuż obok jednego z mężczyzn i nadstawił swojego malutkiego członka do pieszczot. Jego drobne, białe ciało wydaje się jeszcze mniejsze w zestawieniu z wydętym, owłosionym brzuchem mężczyzny. Ten, nie przerywając dyskusji ze swoim rozmówcą, machinalnie bawi się małym, lecz dumnie wzwiedzionym przyrodzeniem młodzika.

Irene obserwuje to wszystko zachłannym spojrzeniem, kurczowo ściskając mnie za rękę.

– To cudownie perwersyjne – mruczy mi do ucha. – Jak w greckim domu publicznym. Esencja męskiej chuci. Same fiuty. Żadnych cipek. 

– Nie moja bajka – wzruszam ramionami.

– Jesteś głupi. Gdybyś zamknął oczy, nie wiedziałbyś, czy obciągam ci ja, służąca czy ten cudowny chłopiec. Patrz, jaką ma słodką buzię!

– Ciebie bym rozpoznał.

– Wiem – śmieje się. – Ale ja nie potrafiłabym tak długo trzymać cię bez orgazmu jak oni. Uwielbiam czuć, jak dochodzisz. Dla mnie, we mnie albo na mnie. Uwielbiam twoją spermę, wiesz?

Przez chwilę przyglądamy się scenie. A potem wychodzimy, pozostawiając sprawy własnemu biegowi. D’Sablet decyduje się zostać. Rzucając mu pożegnalne spojrzenie widzę, jak kładzie się na łożu i przygarnia do siebie jednego z chłopców. Chwilę gładzi go po pośladkach po czym każe mu uklęknąć na łóżku i wypiąć drobny tyłek. Z niedowierzaniem patrzę jak gruby penis zaczyna napierać na delikatny otwór analny. Chłopiec kurczowo zaciska dłonie na pościeli, ale jego przeciągły jęk nie jest wyrazem bólu, lecz rozkoszy.

– Kręci cię to? - pyta przekornie Irene. – Bo jeśli tak, to z radością oddam ci zaraz moją tylną dziurkę. Jestem do twojej dyspozycji, braciszku. Jak zawsze.

Nie potrafię się jej oprzeć. Chcę ją posiąść teraz, właśnie teraz. W tym perwersyjnym, libertyńskim otoczeniu, z młodzikami sprawnie obsługującymi swoich klientów, ja chcę przerżnąć jedyną cipkę, która jest w okolicy. 

*

Nagle cała scena odpływa. Ostry dźwięk wdziera się we wspomnienie i ponownie brutalnie i bezwzględnie przywraca mnie do rzeczywistości. Iniekcje są zakończone. Automaty przestają upychać chemiczną papkę w moje żyły. W organizmie krąży już odpowiednia ilość neurochemów i hemostatyków. Przytomnieję. Zabawa ze Switchem jest niebezpieczna nie tylko przy samym Odłączeniu. Switch kusi, żeby z niego nie wychodzić. Switch kusi, żeby powrócić. Żeby zostać Tam. Tym, kim się chce być. 

Z westchnieniem podnoszę się do pozycji półsiedzącej. Wysuwam wtyki z gniazd, które tkwią w mojej czaszce, i wyjmuję igły z przedramienia. Patrzę z niepohamowaną pogardą na swoje ciało, które jest mdłe i rozlazłe. Mięso. Pulsujący zlepek komórek, mazi i śluzu. Jakże kontrastuje z doskonałą prostolinijnością lśniącej igły. Siadam na łóżku, opuszczając nogi. 

Błąd. 

Fala mdłości jest nagła i niespodziewana. Żołądek błyskawicznie podchodzi do gardła. Rozglądam się gorączkowo, szukając przygotowanej zawczasu miski, ale ten nagły ruch tylko pogarsza sprawę. Wymiociny wzbierają kwaśnym przypływem. Pochylam się do przodu, nie panując nad własnymi odruchami. Na podłogę pokrytą stalową płytą wylewają się rzadkie, śmierdzące rzygi. Czysta świętość metalu zostaje skalana moją obmierzłą biologią. Doskonałość upaprana w moralnie zbrukanej cielesności.

W końcu skurcze żołądka mijają. Siadam na łóżku, na którym jeszcze niedawno śniłem swoje switchowe sny. W głowie czuję zamęt, ale chcę jak najszybciej opuścić ten obskurny pokój. Ostrożnie próbuję wstać. 

Błąd. 

Osłabione nogi błyskawicznie rozjeżdżają się pode mną, a ja zaliczam głośny i bolesny upadek. Przez chwilę nie mogę złapać tchu. Leżę, niczym ludzka larwa, w kałuży własnych rzygowin, na wpół nagi, bezbronny i upokorzony. Jak śmieć, nikomu nie potrzebny. Jak worek ludzkiego mięsa.

A jednak muszę się podnieść. Muszę stąd wyjść. Kwaśny odór wymiocin szczypie mnie w oczy. Ostrożnie zbieram siły. Byle tylko nie upaść ponownie. Byle stanąć do pionu. Byle wznieść się ponad poziom podłogi.

W końcu udaje mi się podnieść i chwiejnie stanąć na nogi. Widzę swoje odbicie w brudnym, odrapanym lustrze i krzywię się z pogardą. Chcę odwrócić wzrok, ale zmęczona, szara twarz patrzy na mnie z politowaniem. "Pierdol się" – mówię sam do siebie. Ale czy to na pewno ja? Ten półnagi, sterany życiem męt? 

Dostrzegam na ścianie oldskulowy plakat reklamujący jakąś archaiczną wersję Neurorzeczywistości. Nastoletnia dziewczyna, stylizowana na Chevette Washington trzyma w rękach wielkie gogle. Mieniący się chromem napis zaprasza: Światło Wirtualne™ sprawi, że staniesz się tym, kim pragniesz. Marketingowy bullshit. Wtedy jeszcze nikomu nie śniło się o Switchu.   

Podchodzę do brudnego zlewu. Jedyny kurek jest stary, zardzewiały i odrapany. Boję się, czy zadziała. A jednak gdy przekręcam go, z kranu tryska strumień lodowatozimnej wody. Obmywam twarz i przepłukuję usta. Wracam. Wracam do życia.

Po kilku chwilach jestem już na tyle silny, że mogę się samodzielnie ubrać. Wbijam się w wysłużoną, skórzaną kurtkę i powoli, niezdarnie, nakładam buty. W głowie kręci mi się nadal, ale jakimś cudem podchodzę prosto do drzwi. Obok, przy staromodnym terminalu siedzi obleśny, tłusty typ w przepoconej, siatkowej koszuli. Jego grube paluchy sprawnie przelatują po klawiaturze, gdy resetuje ustawienia mojego Switcha. Jeszcze krótko sprawdza status przelewu, po czym uśmiecha się zadowolony. Blokada drzwi otwiera się z cichym szczękiem. 

– Droga wolna. Może wstąpisz jeszcze do baru? Dla świeżo wylogowanych mamy darmową kolejkę.

– Mam dość na dziś. Idę do domu. I nie chcę pić. Muszę coś zjeść. 

– Jasne. Do zobaczenia – rzuca. Na poły ironicznie, na poły ze współczuciem.

– Pierdol się – mruczę. – Mam dość. Już tu nie wrócę. Nigdy.

Gdy drzwi zamykają się za mną, słyszę jego szept.

– Wrócisz. Zawsze wracacie.

Nie reaguję. Wiem, że ma rację.

*

Przechodzę podziemnym, betonowym, zawilgoconym korytarzem, a potem wspinam się na krótkie schody, zwieńczone szarym prostokątem drzwi. Przykładam dłoń do skanera, a one rozwierają się przede mną jak brama wieczności. Sam nie wiem: piekła czy nieba.

Knajpa składa się z baru, przy którym trójka barmanów rozlewa do brudnych szklanek najróżniejsze mieszanki, oraz z sali, w której kilkanaście ciał podryguje w rytm hipnotycznej muzyki. Gdybym miał wszczepiony synchronizer, muzykę odbierałbym także jako drgania wewnętrzne. Ale nie mam synca. Są drogie, a ja wszystko puszczam na Switcha. Zresztą, wcale nie chcę się zestrajać z tymi ludzkimi wrakami. Nic mnie nie łączy z tą zgrają naszprycowanych narkozombie. Gardzę nimi. Oni już nie żyją, przestali istnieć jako ludzie, dobrowolnie redukując się do poziomu stymulowanej impulsami biomasy. To odpady człowieczeństwa, zdolne wyłącznie do wegetacji i drażnienia ośrodka rozkoszy w tym, co zastępuje im mózgi.

Z boku, tuż pod ścianą, kopuluje zapamiętale para nastolatków. Ona, drobna i jasnoskóra, zupełnie naga, poddaje się całkowicie. Jest bierna i pasywna, wypina po prostu dupę, opierając się o ścianę. Jej partner, zwalisty i wysoki, starszy od niej o kilka lat, ujeżdża ją jakby była biologiczną lalką. Nie zadał sobie nawet trudu, aby się rozebrać. Spodnie ma spuszczone do kolan, a na brudnym podkoszulku widzę mokre ślady potu. Dziewczyna pojękuje. Drobne piersi kołyszą się w rytm ruchów mężczyzny. Posuwa ją od tyłu, zapamiętale – a jednocześnie dziwnie mechanicznie. 

Dostrzegam na jego przedramieniu kontroler synaptyczny. Splątane kable, niedbale przyczepione do ramienia wpięte są do gniazd umieszczonych u podstawy czaszki. Odbierają i wzmacniają wszystkie reakcje fizjologiczne, a następnie, bezprzewodowo, przekazują je odbiorcom. To grupa obleśnie grubych, łysych i spoconych palantów, którzy postanowili zakosztować seksu z nastolatką, nawet się przy tym nie wysilając.

Ostatni krzyk podziemnej mody – senshub, który podłącza ich bezpośrednio do doznań tego byczka kryjącego swoją kurewkę. A oni, rozwaleni w swoich fotelach, upici narkotycznym transem wiszą na nim jak kleszcze. Sycą się jego przeżyciami, spijają jego rozkosz wprost z jego nerwów czuciowych. Są jak pasożyty umysłu; bierne i łapczywe. Ich sztywne kutasy budują groteskowe namioty w doskonale skrojonych garniturach. 

Chłopak rusza się coraz szybciej. Dziewczyna zaciska palce i w zapamiętaniu przygryza wargi. Może naprawdę czuje podniecenie? A może po prostu dobrze gra swoją rolę. Zresztą… jakie to ma znaczenie? Za chwilę pieprzący ją facet wypluje w nią swoje nasienie, a jego orgazm, rozłożony na czynniki pierwsze, wzmocniony i przetworzony rozpłynie się wprost do mózgów klientów. 

Chwilę patrzę na tę fizjologiczno-informatyczną orgię. Na rezonans orgazmów tych  mięsnych worków, dla których nie liczy się nic ponad kolejny spazm – wszystko jedno czy wywołany realnie, czy zaprogramowany elektronicznym neurofrottingiem. Znów chce mi się rzygać, więc odwracam wzrok i kieruję się w stronę wyjścia. 

Przede mną kłębi się zgraja tańczących. Podrygują rytmicznie, wiją się i przeginają w rytm muzyki i buzowania chemicznego koktajlu narkoleptyków krążących w ich żyłach. Niektórzy tańczą nago, inni mają na sobie mieniące się wszystkimi barwami tęczy ubrania. Oni też przypominają jedną, powiązana ze sobą, splecioną i drgającą narośl. Są rakiem tego społeczeństwa. A ja? A ja wcale nie czuję się lepszy.

Gdy z mozołem przepycham się przez tłum, ktoś próbuje mnie złapać za rękę i wciągnąć w to oszalałe, spazmatycznie falujące wielociało. Jakaś Azjatka o twarzy pomalowanej psychoaktywną farbą. Jej tęczówki rozpłynęły się w wielkie, czarne jeziora. Jest prawie naga, jeśli nie liczyć biomechanicznego dildo, które przylgnęło do jej łona jak pasożyt z niskobudżetowego horroru. Pulsuje miarowo, gwałcąc dziewczynę w rytm muzyki. Z każdym akordem jego oślizgła końcówka wypełnia waginę w perwersyjnej, monstrualnej kopulacji. Jak u owadów, których samica wyrywa narząd samca, pozwalając, by trwał w niej, do końca skupiając się na wypełnianiu swojej misji. Tylko skondensowanym narkotykom dziewczyna zawdzięcza fakt, że jest w stanie wciąż tańczyć. Gdyby nie chemiczne ogłupienie, nogi odmówiłyby jej posłuszeństwa, a ona sama padłaby bez ruchu poddając się nieokiełznanym orgazmom. Ale jej nie wystarcza biomechaniczny gwałciciel… potrzebuje blisko siebie jakiegoś ciała, które by ją rozumiało. Dlatego trzyma moją rękę w żelaznym uścisku i przyciąga ku sobie, próbując wciągnąć w roznamiętniony tłum.

Wyrywam się ze wstrętem. Chcę jak najszybciej zmartwychwstać z tego podziemnego grobowca, w którym kotłują się te bezrozumne, ślepe, ludzkie larwy. Chcę odetchnąć powietrzem Miasta. Wiem doskonale, że jest brudne, stęchłe i skażone – ale pragnę go rozpaczliwie jak topielec walczący o haust tlenu. Azjatka wyczuwa mój opór, więc przestaje zwracać na mnie uwagę. Puszcza moją rękę i natychmiast znajduje sobie jakiegoś wielkiego ciemnoskórego typa, z którym zaczyna wić się w tańcu, nadal dając się gwałcić przyrośniętemu do jej ciała potwornemu dildo.

W końcu udaje mi się przebić przez to rozedrgane zbiorowisko tańczących. Z ulgą dostrzegam kolejne drzwi i zanurzam się w kolejny korytarz, spowity w półmroku, jakby właściciele tej speluny chcieli zniechęcić klientów do opuszczania knajpy. Idę omalże po omacku. Gdzieś z ciemności wyłania się jakiś drobny cień. Kolejna nastoletnia, tania dziwka. Kolejny ludzki odpad, wielokrotnie przeżuty i wypluty przez Miasto. Taka zrobi wszystko za garść kredytów. Absolutnie wszystko. Podchodzi do mnie szybko, z jakąś rozpaczliwą nadzieją.

– Jestem Rachel. Chcesz mnie? – pyta prowokująco, a przez jej twarz przewija się krótki grymas oczekiwania. – Umiem takie rzeczy, że nie uwierzysz.

– Jestem niewierzący, junkie – usiłuję ją zbyć. Chcę, żeby odczuła moją pogardę. Chcę, żeby ją zabolało. Może wtedy będzie mi łatwiej się jej pozbyć. Ale ona już czepia się mojej ręki. Zaciska kurczowo palce, niczym topielica wciągająca ofiarę do swojego prywatnego piekła.

– Jeśli masz strzał Red Duke’a, dostaniesz sesję za darmo.

Wzruszam ramionami i wyszarpuje się. Kolejna niewolnica chemicznego raju. Chcę ją ominąć, ale ponownie łapie mnie za rękę.

– Przyjdę z siostrą. Prawdziwą – podnosi ofertę. – Ale tylko za Red Duke’a.

– Jesteś niczym, gówniaro. Jesteś pieprzonym niczym.

– Pewnie i tak ci nie staje, pierdolony kurwiarzu! – syczy rozzłoszczona. – Idź się pieprzyć z tosterem!

Mam wrażenie, że kiedyś ją już spotkałem. Może nawet skorzystałem z oferty. A może to nie była ona? Takich jak ona są tu dziesiątki. Setki. Nastolatki i dzieci obojga płci, zbyt biedne, żeby je było stać na poważne wszczepy. Oddają się za ochłapy nadziei na odmianę losu. Potem – już tylko za chemiczne ułudy. 

Odpycham ją brutalnie. Pada na kolana, ale ja nie zwracam na to uwagi. Szybkim krokiem idę dalej. Czuję się, jakbym trawersował kolejne kręgi Piekła, które wydaje się nie mieć końca. A może to nie Piekło, lecz Czyściec, który jest karą za pobyt w pokoiku, gdzie Niewolnicy Switcha śnią swoje elektroniczne marzenia? Bo przecież Otchłań nie ma podobno końca, a Czyściec kiedyś się kończy.

Wreszcie widzę drzwi, do których zdążałem. Kiedy idę korytarzem, aby ponownie się narodzić, puls szalonego baru jeszcze wibruje we mnie, choć chemiczno-dźwiękowe fale gasną z każdym ułamkiem sekundy. Gdy wspinam się po betonowych, odrapanych schodach, mam uczucie, że wznoszę się ku rozwierającemu się przede mną jasnemu kwadratowi Nieba. 

Drzwi otwierają się z ostrym syknięciem. Przechodzę z jednego świata do drugiego, jak rodzące się dziecko. Albo może jak umierający człowiek?

Moje upragnione Niebo wita mnie kwaśnym i stęchłym zapachem Podmiasta. Powietrze jest zadymione i przesycone tłustymi wyziewami, ale po wyjściu z podłych podziemi switchowego piekła, wydaje się orzeźwiające i czyste.

Nade mną wznoszą się kanciaste, surowe bloki mieszkalne i biurowce, groźne niczym skały wystającej z morskiej kipieli. Te niskie, które sięgają tylko do wysokości kilkudziesięciu metrów są brudne, pokryte pąklami modułów filtrujących i ociekają skroplonym, połyskliwym smrodem miasta. Śluz, nieczystości i wilgotne plechy grzybów wiecznie oblepiają kościec tego ludzkomechanicznego mrowiska. To Podmiasto, najniższy krąg piekła, rozświetlany feerią kolorowych neonów, bez końca obiecujących spełnienie nierealnych marzeń. Największe z nich to przedostanie się wyżej, do budynków zajmujących średni poziom.

Tam brud ścian jest dużo mniejszy, a w skalnej płaszczyźnie budynku zaczynają dominować okna. Tam leniwie pulsuje nudne życie klasy średniej. Gnieżdżą się tam urzędnicy niższego szczebla, handlarze oraz robotnicy, którym się powiodło. Wśród nich ze wstydem wegetują menedżerowie, którzy zawiedli. Strąceni z Nieba w otchłań rozpaczy wiją się w upiornym tańcu średniego życia, śniąc sny o utraconej pozycji. Ich wszystkich łączy jedno jedyne marzenie – wspiąć się wyżej. Choćby po trupach, których stosy zapełniają pola biurokratycznej ewolucji.

Jeszcze wyżej jest piętro półbogów. Zamieszkują je demony najważniejszych korporacji. Pogrążeni w spiskach, strategiach i planach, budując kampanie przejęć i akwizycji. Tocząc nieustanną, handlową wojnę o serca i kredyty tych, którzy znaleźli swoje miejsce poniżej. To wojna pełna ofiar, które przeżute, wyciśnięte i wyplute lądują w niższych dzielnicach. Albo na śmietnikach – jeśli nie potrafią się pogodzić z porażką i wybierają szybką śmierć od tej rozpisanej na lata wegetacji.

I wreszcie, gdzieś ponad nimi, nieosiągalne, niedostępne rozciąga się terytorium Korporaju. Nieskazitelne królestwo Chromu i Szkła. Białe, czyste i doskonałe. Tam, nieliczni żyją w niewyobrażalnym luksusie. CEO życia, zwieńczenie korpopokarmowego łańcucha. Mają dostęp do największych rozkoszy, najlepszej technologii i najlepszej medycyny. Żyją wiecznie, zatopieni w ekstazie, a ich jedynym marzeniem jest trwanie. Więc Trwają – otuleni swoją doskonałością, spowici w ideał – jak zatopione w bursztynie owady. Ich jedynym przeciwnikiem jest Czas. Bo nawet ich ciała, poddane jego rygorowi starzeją się i obumierają. 

Ale dla Korpobogów Chromu i Szkła nawet Czas – choć podstępny – nie stanowi ostatecznego końca. Bo ciało można wymienić, naprawić i uzupełnić. A części zamienne do ciał muszą być najwyższej jakości. Muszą być świeże, doskonałe i naturalne. Ekologiczne. Żadne tam produkty przemysłowej hodowli. 

I właśnie do tego nasi niedostępni, doskonali bogowie potrzebują nas, Chromosomowych Dostawców. Producentów doskonałych genów, które od czasu do czasu, zupełnie przypadkowo, powstają w buzującej chaosem zupie Podmiasta. To zakrawa na upiorny paradoks – ci Czyści, bywalcy Nieba zatrzymali się w rozwoju tak bardzo, że zatracili ewolucyjną zdolność do rozwoju. Są jak wielkie białe larwy, żywiące się łapczywie biologiczną genozupą dostarczaną przez nic nieznaczące robotnice. 

A może jest zupełnie inaczej? Może potrzebują naszych ciał i naszych genów do projektów i zamierzeń, których sens i logika są niepojmowalne dla nas? Pamiętam, jak w jakimś oldskulowym holo widziałem film o krowach. Takich prawdziwych, które kiedyś chodziły po Ziemi. Ciepłych i żyjących. Pamiętam, jak stały posłusznie w wielkim pomieszczeniu, żując jakąś papkę, podczas gdy ich nabrzmiałe wymiona produkowały mleko, chciwie wysysane przez jakąś starodawną maszynę. Mleko, z którego potem robiono maści i specyfiki na piękność. Czy te biedne, głupie zwierzaki, stojące we własnym gównie, miały szansę cokolwiek z tego rozumieć?

Może więc my, mieszkańcy Podmiasta, jesteśmy takimi krowami, a nasza dekadencka swoboda, nasze życie i problemy są tylko ułudą? Może wszyscy żyjemy w czymś, co jest tylko ciasną cyberoborą, a której sensu i przeznaczenia nie jesteśmy w stanie ogarnąć? Ale mimo tej ułudy – nadal jednak żyjemy, a to życie ma sens. Choćby taki, którym jest spełnienie zachcianek jakichś niewidzialnych CEO-bogów. 

Tak działa ten system. Wielki organizm Miasta, gdzie setki metrów poniżej Korporaju, pijana własnym, chaotycznym szczęściem Ewolucja wiecznie testuje nowe rozwiązania. Te nieudane giną w zupie nicości, stając się pożywką dla innych. Te dobre – są używane dla dobra Niebian. 

Ja wylosowałem los na loterii życia. Przy całej swojej upadlającej fizjologii jestem dostarczycielem dobrych genów. Chichot stochastycznej biologii, prawda? Jestem długowieczny. Jestem odporny. Jestem trwały. 

Skończyłbym dawno jako dawca organów, gdyby nie jeden fakt.  Moje jądra produkują doskonałej jakości spermę. Więc po prostu jestem Buhajem. Po co robić ze mnie dawcę narządów, skoro mogę bez przerwy produkować Linię tak czystą, że o jej elementy biją się najlepsze kliniki Korporaju?

Jest jeden warunek. Linia nie może zostać skażona. Więc jedyne dzieci, które mogę mieć – mogę mieć z własną rodziną. Najbliższą. A muszę mieć ich dużo. Żeby starczyło dla uzasadnienia mojego istnienia. I na opłaty. I na ochronę przed obcymi agencjami. I przed zazdrośnikami, którzy chcieliby przejąć moją spermę. 

Wydatków jest wiele. Ale najdroższą cenę ma moja ułuda wolności. Bo ja nie chcę skończyć jako bezmózga fabryka spermy podłączona do maszyny. Więc wynegocjowałem to, co chciałem. Ja zostaję w Podmieście, wolny i niezależny. Im oddaję haracz w postaci dzieci. 

Idę powoli ulicą, wdychając kwaśny odór nazywany powietrzem. Wiem, że jest obrzydliwy, jak miejsce, które go wydziela. Które nim żyje. A mimo to, kocham to miasto. Kocham jego paskudną, obleśną rzeczywistość. Nawet ten oleisty mglisty opar, który wisi tu przez całą wieczność. Jest prawdziwy. Jest namacalny. Jest Switchem w Realu. Tu każda decyzja ma swoją realną konsekwencję. I nie ma możliwości powtórnego zagrania w tę samą grę.

Śmierć i zgnilizna są krwioobiegiem Miasta. Żeby żyć, musisz pozostawać w ciągłym rezonansie z jego rytmem. Codziennie odnawiać cyrograf zobowiązujący cię do grania zgodnie z regułami, nawet jeśli wydają się one odpychające. Jeśli choć raz przestaniesz się starać – nie ujrzysz następnego świtu, a twoje organy zasilą zbiorniki jednej z tysięcy na pół legalnych klinik. Jeśli przyspieszysz zanadto, zwrócisz uwagę kogoś, kto uzna cię za zagrożenie. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, wysłannicy śmierci pojawią się cicho u twoich drzwi, niczym leukocyty, otaczające zbyt szybko rozwijającą się komórkę rakową. Miasto zetrze cię na pył, a potem pożywi się twoim urodzajnym białkiem. Dlatego, aby trwać, trzeba Miasto rozumieć i akceptować jego zasady.

Miasto… pogrążony w wiecznym półmroku, zatopiony w cyberśnie, upiorny organizm. Krzyżówka występnego Babilonu, starego Nowego Jorku i przedwojennego Tokio. Siedlisko gangów, handlarzy, poetów i narkomanów. Wiecznie żywa i wiecznie umierająca pulpa. Biotechnologiczny poligon koszmarnej pseudoewolucji, gdzie moralność jest nikomu niepotrzebnym zbytkiem, jak zęby mądrości.

Mógłbym skorzystać z autocaba, albo przejechać się metrem, ale wolę iść piechotą. Powoli przemierzać ulice, obserwując i podglądając. Mijam najróżniejszych mieszkańców, przyglądam się im i kataloguję. Jak entomolog, pochylający się nad każdym znalezionym w trawie insektem.

Wysoki, szczupły mężczyzna wychodzi właśnie z przedstawicielstwa Gingkobanku. Zwraca moją uwagę, bo nie pasuje do tej dzielnicy. Elegancka twarz na pewno wyszła spod technoskalpela dobrych chirurgów. Ma jakiś własny, unikalny rys – nie to, co nijakie, powtarzalne jak wielkoseryjna produkcja poprawki rodem z tanich klinik. Ma na sobie staromodny, skórzany płaszcz z wysoko podniesionym kołnierzem. Kim jest ten człowiek i co robi w tej zakazanej dzielnicy? A może to po prostu cyngiel jednej z korporacji, zimny morderca, który ludzkie życia przelicza na drobne? Anioł korpośmierci, załatwiajacy jedną ze swoich spraw?

A ten Kowboj Sieci, który pochłania w bramie hotdoga? Tłuszcz kapie mu z ust, gdy łapczywie wgryza się w pulchną bułkę. Nie zwraca na to uwagi, jakby chciał jak najszybciej zakończyć ten rytuał pochłaniania organicznego paliwa. Nie znam go, ale prawie fizycznie odczuwam jego potrzebę, żeby oderwać się od rzeczywistości i wpiąć się do Sieci. Cóż to musi być uczucie: pozbyć się ograniczeń ciała i przestrzeni, zawisnąć na chwilę w wielowymiarowej Przestrzeni, zamienić się w strumień danych – czysty i doskonały.

A o czym myśli ten wyglądający jak menel samozwańczy prorok? Stoi w strumieniu obojętnych, mijających go postaci, trzymając w spracowanych i brudnych dłoniach tabliczkę z koślawo wpisanym hasłem “KONIEC ŚWIATA NADCHODZI”. Jest w tym niemym geście, sam nie wiem: protestu czy ostrzeżenia, jednocześnie szalony i samotny, wzniosły i żałosny, heroiczny i godny litości. Przez chwilę mam ochotę podejść do niego, wyrwać mu to idiotyczne hasło i wykrzyczeć prosto w twarz, że jest zbzikowanym, starym głupcem. Bo koniec świata już dawno nastąpił, a ludzie go po prostu przeoczyli. Ale ja też w końcu odwracam wzrok i mijam go obojętnie, pozostawiając sam na sam z jego własnym szaleństwem.

I wtedy znowu dopada mnie biologia. Zwykły, prymitywny głód. Nic zresztą w tym dziwnego. Po sesji Switcha zawsze jestem głodny. Wielokrotnie wywrócony na nice żołądek domaga się pokarmu. Wypełnienia gryzącej pustki czymkolwiek, co można strawić – nawet jeśli miałaby być to syntetyczna breja. Zatrzymuję się więc przy pierwszym lepszym ulicznym straganie yakitori

Nienawidzę głodu. Głód jest czystą fizjologią. Jest mięsem. Gorzej nawet: jest po prostu niezaspokajalnymi potrzebami mięsa, którym jestem. Które pragnie i wymaga codziennej porcji swojej białkowo-tłuszczowej zupy – tylko po to, aby nadal być mięsem. Nawet seks jest bardziej wzniosły, bo od seksu można się powstrzymywać. Jeść trzeba. 

Sprzedawczyni, stara, gruba Chinka, pomarszczona jak genetycznie modyfikowana mandarynka, natarczywie zachwala swój towar. Najchętniej trzasnąłbym ją w te paskudne, krzywe usta, które nie zamykają się ani na chwilę. Ale głód jest silniejszy, więc kiwam uprzejmie głową i pochylam się nad straganem.

Chwilę waham się, przebierając pomiędzy czymś, co od biedy przypomina kulki tsukune, ale w końcu decyduję się na jakąś zawiesistą, klejącą się zupę, w której pływają gorące kawałki czegoś nieokreślonego. Czując pogardę do siebie samego, wkładam pokarm do ust. Moje kubki smakowe sondują rozgryzione kęsy i ku zdziwieniu odkrywają, że to, co jem, jest dobre. Znowu zalewa mnie fala wzbierającego do siebie samego obrzydzenia. Jak łatwo oszukać mózg. Tej szarej brei wystarczy odrobina chemicznych stymulantów, sztucznie wykreowana iluzja, żebym JA poczuł przyjemność. I pragnął więcej. Ośrodek rozkoszy czuje się usatysfakcjonowany i pompuje mnie dopaminami wyrzygiwanymi z układu limbicznego. Wystarczyła serwowana w Podmieście za psie kredyty ułuda smaku – prawdziwa jak ułuda miłości dawana przez nastoletnią dziwkę.

Łykam gorący pokarm, siorbiąc głośno. Chinka coś do mnie mówi, ale ignoruję ją. Niezrażona, znowu usiłuje mnie przekonać do kolejnych zakupów, więc ostentacyjne obracam się do niej plecami, udając, że zainteresowały mnie znajdujące się na sąsiednim stole zmutowane neomodliszki. Właściciel straganu chrypiącym głosem namawia do obstawiania wyniku najbliższej walki. W końcu wyjmuje dwa owady z bambusowych klateczek i ustawia je naprzeciw siebie. Podnieceni widzowie wykrzykują zachęty i zachęcają swoich zawodników.

Obie miniaturowe istotki rzucają się na siebie, pełne pasji i agresji. Kieruje nimi czysta żądza mordu. Mija zaledwie kilka sekund i większy owad zamyka morderczy chwyt przednich odnóży na swoim rywalu. Ten jeszcze przez chwilę próbuje się wyrwać, rozpaczliwie miota się w uścisku, ale nie ma najmniejszych szans. Zwycięzca prawie natychmiast odgryza mu głowę. Ciało pokonanego jeszcze drga, jeszcze jego członki rozpaczliwie, na oślep próbują się poruszać, aż wreszcie wszelki ruch zamiera. Życie się zakończyło. Większa modliszka wędruje do klatki, a pieniądze zmieniają właścicieli. Kibice głośno komentują przebieg walki. Ktoś wykłóca się o źle wyliczoną stawkę, ktoś przeklina, ktoś drwi z przegranych. Zastanawiam się, czy rzucą się sobie do gardeł, zupełnie jak przed chwilą czyniły to insekty.

Jeden z obstawiających postawił  naprawdę duże pieniądze. Przyglądam mu się z pogardą. Ile może mieć lat? Pięćdziesiąt? Sześćdziesiąt? Ma nalaną, spoconą i okrągłą twarz, w której świecą się podnieceniem małe, świńskie oczka. Wymięty garnitur i przepocona koszula znamionują ludzkiego śmiecia, który próbuje się unosić na falach Podmiasta. 

Obleśny typ głośno chwali się wygraną. Zwinięta paczka neoyenów, którą pokazuje z dumą, jest naprawdę pokaźna. Wielki, piwny brzuch trzęsie się w radosnym rechocie, a tłum rzuca przymilne komentarze. Szczęśliwy zwycięzca rozgląda się wokoło, aż jego oczy padają na młodą prostytutkę. Daje jej znak, a ona natychmiast reaguje. Feromony męskości, feromony pieniędzy i feromony zwycięstwa znajdują błyskawicznie drogę do jej receptorów. 

Dziewczyna zbliża się do mężczyzny i stając na palcach, całuje go w usta. Po chwili odchodzą kilka kroków od straganu – po prostu pod mur budynku, a ona natychmiast pada przed nim na kolana. Nie zwracając uwagi na otaczających ludzi, sięga ku jego rozporkowi i wyjmuje jego na wpół wzwiedzione przyrodzenie, które momentalnie rośnie pod jej sprawnymi palcami. Szybko zresztą niknie w jej ustach. Mężczyzna opiera się o ścianę i wydaje z siebie przeciągły, zadowolony jęk.

Dziewczyna obciąga mu rytmicznie, miarowo i profesjonalnie, zupełnie nie przejmując się tłumem gapiów. Jej drobniutkie palce ledwo obejmują jego narząd. Drugą ręką pieści jego włochate jądra. Kilku przechodniów zatrzymuje się, ciesząc się z darmowego pokazu. Głośnymi okrzykami zachęcają oboje do większych wysiłków. 

Mężczyzna, jakby dodatkowo pobudzony przez kibiców, nagle ożywia się. Grubymi palcami przytrzymuje głowę dziewczyny i zaczyna energiczniej ruszać wielkimi, tłustymi biodrami. Nastolatka dławi się i zaczyna wyrywać, ale faceta wydaje się to tylko podniecać. Chwyta ją mocniej i praktycznie gwałci w usta. Wystarcza kilka pchnięć i dochodzi w niej z głośnym, chrapliwym okrzykiem. Przechodnie klaszczą głośno i wulgarnie komentują. Zadowolony z siebie facet wydaje ostatnie, zadowolone stęknięcie i odpycha krztuszącą się nastolatkę na bruk. Łaskawym ruchem wyjmuje  zwitek banknotów i ciska je prostytutce w twarz.

Patrzę na to w milczeniu, pełen odrazy, ale i – co uzmysławiam sobie ze zgrozą – podniecenia. Lustrzane neurony w mózgu pracują pełną parą. Tak, stanął mi na widok tej nastolatki wyruchanej w usta przez prymitywnego oblecha. Tak, prymitywna zwierzęcość tego aktu napełniła mnie fascynacją. Obserwuję to na zimno, niepewny, czy czuć do siebie pogardę, czy może raczej zanurzyć się w mrocznym pożądaniu. W końcu wybieram to drugie. Zresztą, mój własny mroczny obiekt żądzy już na mnie czeka. I wiem, że zaraz ja oddam się mojej namiętności. Równie chorej, perwersyjnej i godnej litości co ta, której świadkiem właśnie byłem.

Przełykam w pośpiechu resztki jedzenia i ruszam w drogę. Towarzyszy mi wspomnienie twarzy nastoletniej dziewczyny, z której ust spływa ślina wymieszana ze spermą. Jej oczy były puste, nieobecne i zmęczone, jak my wszyscy.

Ruszam w drogę. Ulice mijają jak wspomnienia, a wystawy sklepów układają się w jeden, świetlisty ciąg. Tracę poczucie czasu i rzeczywistości. Ale wiem, że nie mogę odpuścić.

Paranoja jest zdrowa. Umożliwia przeżycie. Jest chybotliwą równowagą świadomości, cienką liną, po której osobowość stawia niepewne kroki nad rozwierającą się przepaścią życia. Po jednej stronie zieje przepaść usłana kośćmi tych, którzy ulegli złudnemu poczuciu bezpieczeństwa w Mieście. Ich organy pływają w otchłaniach czarnych klinik. Po drugiej stronie rozwiera się przestrzeń szaleństwa. Harcują tam psychotyczne potwory, rozdzierające na krwawiące strzępy ciągle żywe umysły. Metodycznie, każdego dnia.

Ja jeszcze kroczę pośrodku. Zachowuję równowagę. Idąc ulicą, uważnie rozglądam się, czy nie dostrzegę gdzieś jakiejś niedokładności schematu. Brakującego straganu. Nowej dziwki, której jeszcze wczoraj tu  nie było. Zamkniętego sklepu. Nieznanego włóczęgi. 

Na szczęście wszystko wydaje się być na miejscu. Jak co dzień. Jak zawsze. Ale wiem, że kiedyś nadejdzie taki dzień, gdy jakaś nieznana nikomu kurewka popchnie mnie tuż pod przejeżdżający pojazd. Wtedy zgarną z ulicy moje pogruchotane ciało, wciągną do czarnej czeluści samochodu i uwiozą w dal. A tam, w obskurnym podziemiu, poszatkują moje DNA, wycisną moją drogocenną spermę, a mnie samego przerobią na biologiczny, bezwolny pasztet. Fizjologiczną, ludzką krowę – bezwolną i ogłupioną, zdolną jedynie do produkcji wartościowego spermomleka. 

W najbardziej przerażających koszmarach widzę siebie, zawieszonego na jakichś stelażach, podłączonego do komputerów i medmaszyn, zjednoczonego z technomolochem. Patrzę na siebie, odżywianego przez obskurną tubę wtłoczoną mi do gardła, stymulowanego do wiecznej ejakulacji mieszaniną chemicznych podniet i elektrycznych impulsów dostarczanych mi analną sondą. Widzę swoje oczy – drgające mechanicznie, bezduszne i nieludzkie. I widzę spermę spływającą ze mnie do sztucznych macic, w których rosną moje własne dzieci. Jestem jak owadzia królowa, zdolna jedynie do ciągłej prokreacji, obsługiwana przez bezmózgie, bezwolne elektrorobotnice. Istnieję tylko po to, aby dawać życie, aby moimi dziećmi można było sycić bezkształtne larwy chromobogów zamieszkujących niedostępne korponieba. 

Znam takich, którym by to nie przeszkadzało. Ale ja nie jestem jednym z nich. Ja chcę być wolny. Wolny i świadomy. Chcę pragnąć i tęsknić za Switchem. Za schludną nierealnością jego rzeczywistości. Za doskonałością. Chcę smakować Powroty. I gorzką świadomość, że jestem tylko workiem mięsa. Ale gdzieś tam, w otchłani Switchowych scenariuszy, mogę być kimkolwiek zechcę. 

Nie tracąc nic ze swojej paranoicznej czujności, skręcam w ciasną uliczkę. Jedną z tych, których w tym mieście jest niezliczenie wiele. Moje legowisko. Moje miejsce pracy. Mój dom. Moje gniazdo.

Mieszkam w najpodlejszej dzielnicy. To świadomy wybór, pozwalający ukryć się w szlamie pokrywającym tę część miasta.

*

Drzwi prowadzące do mojego małego księstwa wyglądają jak dziesiątki podobnych w tym kwartale. Skrywają jednak całkiem wydajny system ochrony mojej prywatności. Zbliżam dłoń do skanera i spokojnie czekam, aż procesor obrazu przeliczy swoje skomplikowane modlitwy, by po chwili zadecydować, że jestem sobą.

Drzwi uchylają się z cichym szczękiem odsuwanych blokad. Pierwszy krok za mną. Wchodzę do korytarza, który wygląda jak zwykłe wnętrze podłego hotelu z końca XX wieku. Ukryte za odrapanymi ścianami kamery przeczesują obraz, aby wychwycić wszelkie zakłócenia. Czy wracam sam? Czy wracam o założonej porze? Czy jestem ubrany tak, jak wtedy, gdy wychodziłem? Czy nie układam palców w znak oznaczający, że działam pod przymusem. W końcu przede mną zawisa holograficzny, tandetny obraz cycatej recepcjonistki. Esencja pinupowego cyberkiczu.

– Dzień dobry. Czym mogę dziś służyć?

– Otwórz drzwi.

– Oczywiście. Czy pana dzień upłynął przyjemnie?

– Pierdol się, suko.

– Uwielbiam, gdy pan mnie tak nazywa. Robię się wtedy momentalnie mokra…

– Jaka, kurwa? Mokra? Jesteś tylko maszyną. Pierdolonym tosterem.

– Wiem proszę pana. Ale i tak chciałabym, żeby pan mnie zerżnął.

Dialog za każdym razem brzmi podobnie. Pieprzony analizator odpowiedzi zwrotnej. Głupia maszyna analizuje biometrycznie poziom satysfakcji z rozmowy i próbuje dostosować swoje odpowiedzi. Widać uznała, że najbardziej oczekuję nimfomańskiej, uległej kurwy. Na szczęście boczne, stalowe drzwi rozsuwają się bezgłośnie i mogę przejść dalej. Ostatnia zapora to pancerne drzwi z nanostali. Wymyślone jakieś dwadzieścia lat temu w korporacyjnych labach, praktycznie niespotykane w Podmieście. Ultratwarde, niepoddające się właściwie. Doskonałe wrota Sezamu. 

Kolejny komputer pieści moją twarz laserową maską skanowania. Analizator oddechu sprawdza, czy nie jestem zdenerwowany lub przestraszony. Wszystko, by chronić moją cybertwierdzę. Mój raj. Jedyne miejsce w Prawdziwej Rzeczywistości, które kocham. 

Cichy zgrzyt oznajmia rozsunięcie się ostatniej bramy. Przekraczam progi mojego domu, a drzwi zamykają się za mną, odcinając od wrogiego świata i jego beznadziei.

*

Mieszkanie jest niewielkie, urządzone w stylu końca XX wieku. Gdy wchodzę do środka, zawsze mam wrażenie, jakbym przeniósł się w czasie. To mój azyl, moje miejsce poza tym brudnym, upiornym zlepkiem korpoświata i marzenia piewców dystopii, który jest powszechną rzeczywistością. Moje Shangri-La.

Gdy pancerne drzwi zasuwają się za mną z cichym szelestem, zupełnie nie pasującym do ich ciężaru (Chromobogowie, dzięki wam za błogosławieństwo kredytów, za które można kupić wszystko, nawet najnowszą, korundową plastal!) opieram się o nie plecami i wzdycham ciężko.

To wszystko jest jak ciągłe życie w nieskończonym Czyśćcu, z niewielkimi tylko przerwami na wytchnienie, jakie daje Switch. Ale czy na pewno jest wytchnieniem? Przecież to tylko narkotyk, perfekcyjny w swojej zdolności do omamienia zmysłów. Ale nadal, choć jego iluzje są subiektywnie prawdziwe, to tylko pozór rzeczywistości. 

Prawdziwa rzeczywistość to ponury świat za murami, ludzkie mrowisko w którym ślepe na wszystko, ogłupiałe robotnice przetwarzają indywidualne beznadzieje w multiegzystencję chorego organizmu, a niewidzialni Władcy Korpoświata gdzieś tam, hen, na wyżynach Miasta śnią swój opętany sen o boskości.

Moja prawdziwa rzeczywistość to mój dom i moja córka. Ukryci przed złem tego świata, otoczeni zaawansowanymi systemami obronnymi, pajęczą siecią mylących tropy botów, żyjemy tu z dnia na dzień, niczym w bezpiecznym kokonie.

I będziemy tak żyć, dopóki starczy mi sił i kredytów do walki o normalne życie w nienormalnym świecie.

Alice chyba śpi. Poleceniem wydanym w myśli otwieram wewnętrzną śluzę i wchodzę ostrożnie do jej pokoju. Wygląda jak sypialnia nastolatki ze starego filmu. Są nawet plakaty dawno zapomnianych gwiazd i wielki, słodki miś siedzący w kącie. Miś jest jasnobrązowy, miękki i puszysty. Taki, jakie uwielbiają dziewczynki. Można się z nim bawić w dom, przytulać i szeptać do ucha najskrytsze tajemnice.

Ostrożnie siadam na brzegu łóżka, zasłuchany w spokojny rytm oddechu mojej córki. Milczę, delektując się tą chwilą. Ona i ja. Bezpieczni. Skryci przed ciekawskim i złym światem w naszym małym, bezpiecznym domu. Domu bez okien. Domu z grubymi ścianami i z drogimi systemami alarmowymi. Naszym domu. Naszym schronieniu.

Patrzę z czułością na moją dziewczynkę. Wreszcie, nie mogąc opanować wzruszenia wyciągam rękę, aby nasycić się krągłościami skrytymi pod pościelą. Wsuwam się pod kołdrę, powoli, ostrożnie, niczym wąż wkradający się do gniazda. Czuję ciepło. Czuję dotyk skóry. Czuję ruch pod swoimi palcami. Przebudzenie świadomości.

– Już jesteś? Wcześnie dziś wróciłeś... – głos Alice jest zaspany i rozleniwiony. Jak mruczenie zagrzebanego w pościeli uroczego kotka. 

– Spieszyłem się. Chciałem popatrzeć, jak się budzisz.

– Jesteś słodki, tato. Która to jest godzina? Zrobić obiad? Śniadanie? Jesteś głodny?

– Nie trzeba, jadłem na mieście.

– To może zrobię kawy.

– Zrób.

Nachylam się nad nią i całuję ją w usta. Są pełne, ciepłe i miękkie. I ten zapach… znajomy, od tylu lat budzący we mnie tyle uczuć. Pragnienie zapewnienia jej bezpieczeństwa. Pragnienie sprawienia jej rozkoszy. Uczynienia szczęśliwą. Czuję, że krew natychmiast mi się burzy. Nie potrafię… nie chcę się powstrzymać. Sięgam głębiej pod kołdrę i znowu dotykam jej ciała. Alice rozkosznie przegina się pod moją dłonią. Jej oczy błyszczą budzącym się pożądaniem. Jesteśmy tacy sami. W tym beznadziejnym, opętanym świecie mamy siebie, mamy swoją miłość i swój seks. Sięgam niżej, ku jej szczupłym nogom. Przygryza wargi. Słodko. Lubieżnie. Dziewczęco. Patrzymy sobie w oczy. Ojciec i córka. Dojrzały Mężczyzna i budząca się Kobieta. Samiec i samica. Jin i Jang. Perfekcyjne złączenie jaźni, ciał, oczekiwań i genotypów. Napięcie między nami wzbiera, jak rosnąca fala. Czuję, jak mój członek gwałtownie sztywnieje. I wiem, że ona w środku robi się właśnie wilgotna. 

Nachylam się nad nią...

– Poczekaj, tato – prosi. Oboje wiemy, że mamy czas. Na wszystko. – Zrobię kawę i wezmę prysznic… 

Ulegam niechętnie, ale z drugiej strony nie ma przecież pośpiechu. Kiedy Alice wstaje, bezwstydnie naga, rozgrzana i dziewczęca, w nozdrza uderza mnie jej zapach. Ciepły, bezpieczny zapach ciała mojej córki. 

Podążam za nią wzrokiem, gdy idzie do łazienki. Jej biodra, młode, ponętne, choć nieco już zaokrąglone, kołyszą się kusząco przy każdym jej kroku. Jest taka piękna. Czysta. Doskonała. Nieskalana. 

Wie, że na nią patrzę. Wie, że najchętniej chwyciłbym ją wpół, wrzucił do łóżka i przeleciał. Przeleciał dokładnie, niespiesznie, z bezwzględną pewnością. Patrząc jej prosto w oczy, które mają dokładnie ten sam odcień jak moje. Czując pod sobą każdy ruch jej ciała, które znam tak doskonale. Wypełniając ją na koniec życiodajnym nasieniem, z którego sama powstała. Alice wie to doskonale i chyba właśnie dlatego obraca się do mnie i pokazuje mi język, a potem z cichym, srebrzystym śmiechem niknie w łazience. Po chwili rozlega się jednostajny szum płynącej wody. Przymykam oczy i myślę o niej. Chyba już czas, żeby dać jej możliwość rodzenia. Dać jej poczuć, co to znaczy być dawczynią życia. 

Kiedy Alice wychodzi z łazienki, ma na sobie luźny t-shirt i białe, niewinne majteczki z wyszytą Myszką Miki. Idziemy razem do kuchni. Żadne z nas nie wypowiada ani słowa. Po co nam słowa? Jesteśmy jednością. Znamy się i rozumiemy. Jakbyśmy byli na stałe połączeni dwukierunkowym SoulShareTM.

Kiedy Alice parzy kawę, staję tuż za nią, aby cieszyć się jej bliskością. Jej niewinnym, delikatnym zapachem. Wilgocią jej włosów. Niewinnością. I wyuzdaniem.

Alice lubi, gdy – niby przypadkiem – dotykam jej pośladków. Mówi, że to wywołuje w niej motylki. Ciekawe, skąd zna to określenie. Zabawne, przecież motyle zniknęły z tego świata przed dziesiątkami lat. A przecież do dziś pozostają symbolem delikatności i ulotności. Czy można wiedzieć jak działają motylki, których nigdy się nie widziało?

Czy my też jesteśmy motylami? Może my też już nie istniejemy, choć wcale o tym nie wiemy?

Siedzimy, pogrążeni w myślach, powoli pijąc aromatyczną kawę, doprawioną odpowiednią porcją stymulantów, haptoleptyków i całego tego chemicznego świństwa, które uczyniono wystarczająco bezsmakowym, aby można było cieszyć się napojem. I wystarczająco silnym, aby zaprogramować nasze reakcje, pobudzić organizm do odpowiednich aktywności. I aby dać nam z nich pieprzoną satysfakcję.

– Chcesz mnie znowu zapłodnić, tato? – głos Alice wyrywa mnie z błogostanu.

– Tak – odpowiadam prosto i zwyczajnie, jakby chodziło o to, czy podoba mi się kolor jej paznokci.

– Ostatni raz był niedawno. Myślisz, że to w niczym nie przeszkadza?

– No cóż, lepiej byłoby odczekać. Ale musimy się trochę odkuć finansowo. Trzeba znowu wyrobić nowe papiery. No, i wyczyścić rejestry.

– Ty rządzisz. Ale pamiętasz, co mi obiecałeś?

– Kochanie, pamiętam. Oczywiście, że pamiętam. Następna ciąża będzie tylko nasza. Doprowadzimy ją do samego końca. Do urodzin. I będziesz mogła mieć w domu dzidziusia. Musimy tylko być bezpieczni. A na to potrzebne są pieniądze.

– Zawsze tak mówisz. A potem wszystko idzie na Switcha.

Milczę. Ona też. Oboje znamy prawdę. Mimo młodego wieku, moja córka jest zadziwiająco dorosła. Chyba ma to po mnie.

– Przepraszam, nie chciałam sprawić ci przykrości – Alice spuszcza wzrok.

– Wiem. Nic się nie stało. Zobaczysz, wszystko się zmieni, jak już będziemy mieli dziecko.

– A będziemy mieli? Nasze, własne? Obiecujesz?

– Obiecuję.

– Jesteś kochany, tato. Wiesz? – rozpromienia się nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. – A może chciałbyś je zacząć robić już teraz?

Jej szelmowski uśmiech działa na mnie jak najlepszy stymulant. Alice w jednej chwili potrafi przeistoczyć się z rozsądnej dziewczyny w słodką, głupiutką lolitkę. A ja kupuję to i włączam się w tę grę. Bo oboje ją lubimy.

Alice wstaje i mruga do mnie.

– Idę się schować pod kołdrę. I poczekać, aż tatuś przyjdzie dać mi buziaka na sen. Takiego specjalnego.

– Leć. Wezmę prysznic i przyjdę – uśmiecham się szeroko.

Nie spieszę się. Nie ma po co. Uwielbiam stać pod strumieniami uderzającej w ciało gorącej wody. Krew żywiej krąży pod skórą, serce uderza mocniej, a umysł pracuje jaśniej. Po chwili cały jestem czysty i przygotowany na to, co ma nastąpić.

Idę korytarzem, zupełnie nagi, z wzwiedzionym w oczekiwaniu penisem. Jest jak zwierzę, jak dzika bestia, która złapała woń ofiary. Ja także jestem drapieżnikiem. Samcem alfa. Gotowym do kopulacji. Do przekazania swoich genów.

Kiedy wracam do sypialni, Alice leży pod kołdrą, obrócona do mnie tyłem. Nie reaguje na moje wejście. Udaje, że śpi. Siadam na łóżku tuż obok niej. Chwilę delektuję się momentem naszej intymności i ciszą naszego bezpiecznego miejsca. A potem delikatnie wsuwam dłoń pod kołdrę. Mój ruch jest powolny, ale pewny. Ręka przesuwa się niczym polujący w ciemności wąż. 

Muskam ciepłą skórę mojej córki. Badam palcami miękkość ciała. Zmysłową, fascynującą krągłość młodzieńczych ud. Krągłość pośladków. Raduję się tym, co zaraz nastąpi. Posiądę ją, jak swoją wyłączną własność. Krew z krwi. Ciało z ciała.

Żądza, zrodzona z żądzy. 

Grzech, poczęty w grzechu.

Rozkosz, szukająca rozkoszy.

Wsuwam się pod kołdrę tuż obok Alice. Ona, nieskończenie powolnym, ociężałym ruchem, obraca się ku mnie. Jej oczy błyszczą pożądaniem, gdy dłoń sięga ku mojemu wyprężonemu członkowi.

– Ale jest wielki… chyba stęskniłeś się za mną, tato? – słyszę jej szept.

– Zawsze za tobą tęsknię – mruczę.

– Nie lubię, kiedy wychodzisz z domu.

– Wiem. Ale zawsze wracam.

– Muszę się z nim więc przywitać - mruczy moja oddana córeczka i gramoli się coraz niżej, pod kołdrę, tam gdzie czeka na nią mój sztywny kutas. Po chwili czuję jej usta otwierające się nad nabrzmiałą główką. Pochłania mnie całego, zamykając w wilgotnym wnętrzu. Pracuje zapamiętale, miarowymi, szybkimi ruchami, które znam tak dobrze. Obsceniczne mlaskanie jest muzyką dla moich uszu.

– Daj mi ją - mruczę. – Chcę ją czuć.

Alice, nie wypuszczając mnie z ust, posłusznie zmienia pozycję. Zgrabnie przerzuca nogę nad moją głową i układa swoją dziewczęcą cipkę dokładnie na moich wargach. Czuję jej zapach. Mroczny, zniewalający intymny aromat własnej córki. Słodką woń, która doprowadza mnie do szaleństwa. W dodatku wiem, że Alice jest dziś płodna.

Mój język zatacza koła wokół wzwiedzionej łechtaczki. Czuję każdy dreszcz rozkoszy przenikający ciało dziewczyny. Wysuwając biodra do przodu, łasi się łonem do mojej twarzy. Pozwalam, aby obfite soki spływały mi do ust. Moje męskie ego rośnie pod wpływem namiętnych jęków mojej córki. Przez chwilę dzielimy się obopólną rozkoszą, jednocześnie dając i przyjmując komunię pożądania. 

Nie chcę jednak tego przedłużać w nieskończoność. Chcę tego, po co przyszedłem. Chcę spełnić się jako samiec.

– Chodź – rzucam krótki rozkaz.

Alice błyskawicznie odrzuca kołdrę i zmienia pozycję. Jednym ruchem chwyta mój wyprężony, śliski od jej śliny członek i wpycha go sobie głęboko do cipki. Dosiada mnie i opiera dłonie o moją pierś.

– Kto jest twoją grzeczną córeczką? - jęczy gardłowo.

– Alice. Moja Alice – dyszę.

– Kto jest zawsze chętny do pieprzenia się? - pyta gorączkowo, nie przestając mnie ujeżdżać.

– Alice… Ty… 

– Kto jest płodną suką, która chce być w ciąży?

– Ty…!

Alice przyśpiesza, dziko pracując biodrami. Oboje czujemy, że to już. Że sperma wypełniająca moje jądra nie może już dłużej czekać. Że muszę wybuchnąć, wypełnić gorące wnętrze, że muszę zalać je swoim nasieniem. Tak! Chcę tego! Oboje chcemy. Właśnie tego – żebym zasiał w niej życie.

I wreszcie orgazm nadchodzi. Wyprężam się jak struna, a z moich ust wyrywa się przeciągły jęk. Fala uniesienia wzbiera we mnie i eksploduje życiodajnym płynem w łonie mojej córki. Gdzieś w jej wnętrzu rozpoczyna się szaleńczy wyścig do małej, bezbronnej komórki jajowej. 

Koło się dopełnia. Kolejny cykl. Ojciec i córka. Ciało z ciała. Życie z życia.

Alice przez chwilę jeszcze trwa w naszej wspólnej chwili rozkoszy. Potem z westchnieniem rozluźnia się. Uspokojona, osuwa się na mnie, szczęśliwa i spełniona. Przez chwilę leży na mnie, pozwalając, aby członek jeszcze przez chwilę zakosztował słodkiej wilgotności jej wnętrza. Gdy wysuwa się z niej, dziewczyna z wdziękiem kładzie się obok mnie.

– A może już teraz zachowamy tę ciążę dla nas? – pyta przekornie przechylając głowę.

– Chcesz wykorzystać moją słabość w tej chwili? – mruczę. – Mówiłem przecież, musimy mieć pieniądze.

– Wiem, tato... – jej westchnienie maskuje rozczarowanie. – Ale po prostu chciałabym już mieć brzuszek tylko dla ciebie. Mówiłeś zawsze, że chcesz zobaczyć jak karmię… że chcesz kochać się ze mną, gdy będę dawała mleko naszemu dziecku...

– Dobrze. Obiecuję, że następnym razem tak się stanie.

Sięga po koszulkę, zakłada ją na siebie, po czym wpycha pod materiał jedną z poduszek. Wygląda słodko, ponętnie i kusząco. Szelma, doskonale wie o tym! Kładzie się obok mnie, na wznak, splatając ręce na wypchanym, ciążowym wzgórku. Przymyka oczy. Marzy.

Nie odzywam się, pozwalając, aby zatopiła się w swojej fantazji.

– Pomyślmy – dumam. – Alice jest płodna. Jeśli uwzględnić stymulatory rozwoju, to oznacza,  że do pierwszego trymestru dojdziemy w ciągu trzech tygodni. No, niechby nawet miesiąca. Najwięcej dostałbym oczywiście za dziecko już urodzone, ale to oznaczałoby utratę pięciu miesięcy. Pewnych procesów nie są w stanie przyspieszyć nawet chemikalia. Za pierwszy trymestr dostanę połowę ceny. To akceptowalne. Jeśli potem dać Alice jakieś trzy miesiące przerwy…

Rozmyślania przerywa mi pocałunek Alice.

– Chcę mieć z tobą dziecko, tato – szepcze. – Nie chcę już czekać. Chcę urodzić.

– Dobrze, kochanie – mruczę. – Zrobimy je.

– Kocham cię.

– Wiem.

Obraca się do mnie plecami i nakrywa nas kołdrą. Wtulona na łyżeczkę wydaje mi się jeszcze mniejsza i jeszcze bardziej niewinna niż zwykle. I tylko sperma wyciekająca z jej cipki pokazuje, że pozory mogą mylić. Alice przytula się do mnie nagą pupą i kładzie moją rękę na swoim wydętym brzuchu. Nawet jeśli jest to tylko poduszka włożona pod podkoszulkę to i tak jest to cudownie słodki gest.

Zamykam oczy. Postcoitalna senność dopada mnie prawie natychmiast. Zatopiłem się w niej, pozwalając aby błogosławiona ciemność przytuliła moją znękaną świadomość.

*

Kiedy otwieram oczy, Alice nie ma już przy mnie. Za to z kuchni dochodzą mnie dźwięki jakiegoś zapomnianego przeboju z lat pięćdziesiątych i smakowity zapach przyrządzanego posiłku.

Przeciągam się i głośno ziewam.

– Przepraszam, jeśli cię obudziłam. Zrobiłam się strasznie głodna. Pewnie przez te hormony. Zamówiłam dziś rano pizzę, teraz odgrzewam. Dodałam tych synthsmaków, jakie lubisz. Zjesz ze mną?

– Tak, chętnie. Ale powinniśmy ograniczyć zamawianie żarcia. Tyle razy ci mówiłem, że nie chcę, żebyśmy zostawiali niepotrzebne ślady.

– Tato, wyluzuj. Jesteś paranoikiem – Alice pojawia się z dwoma talerzami z gotową potrawą. – Zawsze używam tych kont, które są bezpieczne. A dostawca zostawia pakunek przed drzwiami. Trzy razy się upewniam, że odszedł, zanim wystawię choćby rękę.

– Mimo to lepiej nie kusić losu. 

– Przesadzasz. A jak będę w ciąży to będę miała zachcianki. Ostatnio po tych przyspieszaczach dla płodu miałam potworną huśtawkę. Przecież embrion na nich rośnie trzy razy szybciej, więc ja mam odpowiednio większe potrzeby. Także przygotuj się. 

– Dobrze, już dobrze. Nie marudź - mówię by załagodzić. Sięgam po pizzę i ze smakiem wgryzam się w soczysty kawałek. – Skąd zamawiałaś?

– Jak zwykle, od tych filmowych Koreańczyków z Siódmego Dystryktu. Mają nowego dostawcę, fajny chłopak, chociaż tym razem zatrudnili murzyna. Chciałabym kiedyś zobaczyć czarnoskórego… Wiesz, nie na vidzie, tylko tak w realu...

Momentalnie przebiega mnie dreszcz niepokoju. Element, niepasujący do układanki. Fałszywa nuta w precyzyjnej symfonii codzienności.

– Jaki nowy dostawca?

– No, ten murzyn. Zostawił nam nawet ładnego gifta na przeprosiny, że spóźnił się z dostawą. Taką figurkę Oscara, postawiłam w pokoju. Nie widziałeś?

Serce uderza coraz mocniej. Jak mogłem to przeoczyć! Jednym skokiem dopadam do półki zawieszonej nad łóżkiem. Jest! Tandetna, pozłacana replika kultowej statuetki z XX w. Podnoszę i uważnie oglądam. Wydaje się być zwykłą, prostą reklamówką Oscar’s Pizza. Ale ja wiem, że nie jestem paranoikiem. Drżącymi z niecierpliwości palcami uruchamiam wbudowany w moje przedramię multisensoryczny szperacz i kieruję go w stronę figurki. 

Jego czułe zmysły ostrożnie próbują zbadać, czym naprawdę jest. Efekt jest natychmiastowy i spektakularny. Gdy tylko statuetkę przenikają fale, zabawka nagle kurczy się, zaczynać drżeć a z jej środka dochodzi głośny dźwięk, jakby ktoś bawił się folią bąbelkową. Wiem, co to oznacza. Właśnie w tej chwili samozniszczeniu ulegają czułe procesory ukryte w środku. Ktoś zorientował się, że wiem, że jestem śledzony. 

– Alice, natychmiast ubieraj się – rzucam spokojnie, choć trwoga rozpiera mnie jak magma gotująca się w wulkanie. – Wychodzimy.

– Tato, co się stało? – moja słodka dziewczynka patrzy na mnie zaniepokojona. – Czemu…

– Odkryli nas. W tej głupie figurce jest cała szpiegowska elektronika tego świata. Ale może uda nam się jeszcze zwiać...

Nagle nasz wielki, zgrabnie wbudowany w ścianę holoekran rozbłyskuje poświatą, rozjarza się i rozświetla. Twarz, która się pojawia należy do szczupłego, lekko łysiejącego, dojrzałego mężczyzny o zmęczonej, pooranej zmarszczkami twarzy. Obraz jest kontrastowy, mocny, a postać oświetlona bocznym światłem jest praktycznie jedynie plamą bieli wydobytą z głębokiej czerni. Jakbyśmy oglądali poster jakiegoś dwudziestowiecznego artysty noir. 

– Dzień dobry. Widzę, że nadszedł czas, aby porozmawiać.

Zastygam w miejscu. Głos, który rozbrzmiewa jest ciepły, aksamitny i spokojny. Wręcz kojący. I bardzo naturalny. Nad takim głosem specjaliści od biofonetyki i chirurgii wokalnej pracują latami. Odwracam głowę i kieruję spojrzenie na ekran. Twarz niedostrzegalnie się uśmiecha.

– Panie Turner, nazywam się Virek. Josef Anzelm Virek. Proszę mnie łaskawie wysłuchać.

– Pierdol się – rzucam, bo już wiem, że przegrałem. Znam to nazwisko. Każdy je zna. Jego potęga i władza, świecą jak jedyny neon w mieście. Jak jeden, pieprzony diament na czarnej, aksamitnej tafli.

– Zupełnie niepotrzebnie się pan unosi – łagodność głosu jest pozorna, a ja wiem, że tuż pod nią czai się bezwzględność, twarda jak ceramicznostalowe ostrze fraktalne. – Naprawdę, sądzę, że najlepiej będzie, jeśli zamienimy kilka słów. Jak gentleman z gentlemanem. Oczywiście bez urazy w stosunku do pana ślicznej córki.

– Czego chcesz? 

Virek wzdycha i lekko, prawie niedostrzegalnie potrząsa głową.

– Jest pan dokładnie taki, jak mi pana opisano. Podejrzliwy, arogancki i nieprzyjazny – w głosie słychać delikatną, subtelną przyganę. – Rozumiem jednak. Dobrze, będę starał się być konkretny. Chciałbym panu złożyć propozycję.

– Domyślam się jaką. I moja odpowiedź brzmi: nie. Nie dam się wam zamknąć. Nie sprzedam się. Nie zostanę waszym pierdolonym królikiem. Waszą chromosomową maszynką do produkcji organów.

– Panie Turner – głos znowu nabiera aksamitnej łagodności. – Proszę się dobrze zastanowić. Jest pan unikatem. Jest pan jednym z naprawdę nielicznych. Pana linia genetyczna jest wynikiem najczystszej, chaotycznej ewolucji. Esencją Matki Natury. wynikiem przypadku i doboru naturalnego – dokładnie tak, jak to sobie przyroda wymyśliła. Żadne tam inżynierskie zabawy DNA. Żadnej molekularnej układanki w zaciszach genolabów. Więc jest błogosławieństwem dla ludzi takich jak ja. Takich, których stać, aby odwdzięczyć się panu w dowolnie wymyślny i wyrafinowany sposób. Ludzi, którzy potrzebują pana.

– Virek, pan nie jest człowiekiem. Jesteś pan pieprzonym zlepkiem nanochirurgii, neuroinżynierii i chemobiologii. Jesteś jak pijawka na ciele tego miasta. Nie ma w tobie nic ludzkiego. Nic. O ile kiedykolwiek w tobie była jakaś część ludzka, to już jej dawno nie ma. Jesteś pierdolonym pasożytem. Ty i tobie podobni.

– Doprawdy, bardzo mi przykro, że pan tak uważa, panie Turner – w głosie Chromoboga słychać rozczarowanie. – Jakieś trzysta lat temu naprawdę byłem tym, co pan uznaje za człowieka. Miałem swoje pierwsze, jakże niedoskonałe, ciało i chodziłem tymi samymi ulicami, co pan.

– I jakżeś się przez te dekady wywinął śmierci, genowampirze? Żywiąc się proteinami tych, którym się nie poszczęściło? Budując się z DNA tych, których dopadłeś?

– Proszę mi nie robić wykładu z moralności, panie Turner. Jak każda żywa istota we wszechświecie próbuję tylko przetrwać. Bo to jest jedyny nakaz moralności. Przeżyć. W życiu uczyniłem wiele rzeczy, za które pewnie by mnie pan potępił. Ale nie zrobiłem niczego, za co bóg biomechaniki nie wpuściłby mnie do nieba. A pan, czy nie robi tego samego? Nie jest pan pozbawionym moralności pasożytem? Pan przecież kopuluje z własnymi dziećmi tylko po to, aby od czasu do czasu sprzedawać wysokiej jakości płody na czarnym rynku. Więc może nie dyskutujmy o etyce, tylko o możliwościach, które są przed nami.

– Tata mnie kocha! – wybucha nagle Alice. – Tata robi to, żeby nas chronić! Nas i naszą miłość!

Przez wyświetloną na ekranie twarz przewija się coś na kształt bladego uśmiechu.

– Doprawdy, moja mała istotko? Obawiam się, że możesz nie znać całej prawdy. Twój tata traktuje cię wyłącznie jako spełnienie swojego impulsu przeżycia. Nie jesteś zresztą pierwszą z jego ukochanych córeczek. Zanim się zestarzejesz, urodzisz mu kolejną, równie piękną kruszynkę. Nowe, genetyczne cudeńko. Krew z krwi i kość z kości. A sama skończysz w zbiorniku utylizacyjnym. Jak twoja matka. I babka. Czy twój ojciec nie mówił ci wczoraj, że chciałby mieć z tobą wreszcie dziecko, którego byście nikomu nie oddali? Które wychowalibyście, jak każda fajna, kochająca się rodzina?

– W ogóle cię nie słucham, ty… kłamco! – Alice zaciska pięści.

– Przykro mi, że muszę ci to powiedzieć, moja mała Alice. To dziecko zajęłoby kiedyś twoje miejsce. Wykarmiłabyś je, a potem twoja własna córka godnie by cię zastąpiła.

– Tato? Co on mówi?! Ten zły człowiek w holo… Ja nie chcę tego słuchać! Wyłączmy go...

– Niech pan posłucha, Turner. – Virek znowu zwraca się bezpośrednio do mnie. – Niech się pan da przekonać. Za chwilę przyjdą po pana moi ludzie. Zabierzemy pana w ustronne i bezpieczne miejsce. Już nigdy nie będzie się pan musiał bać. Koniec z oglądaniem się przez ramię. Koniec ze sprawdzaniem, czy nikt za panem nie idzie. Koniec z koniecznością posiadania podwójnie anonimizowanych kart. 

– Doprawdy? Czym zasłużyłem na taką opiekę?

– Niczym. Wygrał pan los na loterii. Genetyczny los. Będzie pan po prostu robił to, co teraz, tyle że pod moją kontrolą. A… efekty będą błogosławieństwem i dla mnie, i dla pana. A także dla Alice, jeśli będzie pan tego oczekiwał…

– Odpowiedź brzmi: nie. 

– Panie Turner, to nierozsądne. Przecież nic pan na takim rozwiązaniu nie traci. Nic.

– Nic. Poza jednym. Poza wolnością, panie Virek.

– Niech pan nie będzie głupcem, panie Turner. Przecież pan doskonale wie, że jeśli nie uczyni pan tego dobrowolnie, ja po prostu pana przestanę pytać. I uzyskam od pana to, czego pragnę, tyle że nie będzie pan miał z tego żadnej przyjemności. Po prostu zaśnie pan i zostanie złożony w jednej z moich klinik, jako podłączony do maszyny dawca nasienia.

– Czyli i tak będę pana hodowlanym knurem, tak? A jedyny mój wybór to decyzja, czy będę rozpłodowcem świadomym czy pozbawionym tej świadomości, tak?

Twarz na ekranie chwilę milczy, jakby jej właściciel zastanawiał się, czy lepszą taktyką będzie szczerość czy subtelne kłamstwa.

– Skoro pan tak stawia sprawę… Dobrze. Odpowiedź brzmi: tak. Na to wygląda, panie Turner. Przy czym, ośmielam się zauważyć, bycie knurem świadomym jest znacznie przyjemniejsze. Zapewniam pana, że jestem w stanie zamienić pana życie w absolutny raj. Będzie pan miał wszystko to, czego potrzebuje i pożąda. Czyż nie jest to hojna propozycja? A wszystko, czego oczekuję w zamian to owoce pańskich lędźwi.

– Jest pan skurwielem, Virek.

– Taki mamy świat. Proszę się więc zdecydować. W jakiej formie chce pan trafić do mnie?

Zamykam oczy. 

– Jest jeszcze trzecie wyjście, Virek. I ma ono tę przewagę, że mi się najbardziej podoba. Nie dostaniesz mnie, skurwielu. Ani mnie, ani Alice.

Przez twarz na ekranie przebiega nerwowy grymas. 

– Jest pan głupcem, Turner. I nie docenia pan moich możliwości.

Sięgam do szuflady i wyjmuję leżący tam miotacz. Plaststalowa rękojeść jest chłodna. Jak moje zamiary. Ale czyż nie jest prawdą, że wszystko ma swój koniec?

– Zamknij oczy, Alice.

– Tato…? Tatusiu, co ty chcesz zrobić…?

Zmęczonym ruchem podnoszę broń i celuję w głowę córki. Przed oczami widzę przez chwilę jej matkę. I matkę jej matki. Nitki laserowego krzyżyka rozpalają się na czole Alice czerwonym błyskiem. 

– Przepraszam, Alice. Kocham cię. Zawsze będę.

Dla własnego dziecka byłem dawcą życia, teraz zamieniam się w tego, który je odbiera. Naciskam spust...

Nic się nie dzieje.

Na moim wewnętrznym wyświetlaczu, pod powiekami wyświetla się komunikat błędu. You are not authorised to use this gun. Device is now locked. Please contact your local police department to remove the ban.

– Mówiłem, że pan mnie nie docenia, Turner – słyszę głos Vireka. – Ja mam już pełną kontrolę nad wszystkimi urządzeniami w pana domu. Bo za moje pieniądze mogę kupić taki soft, że nawet gdybyś miał w domu Czarny Lód, to i tak przeniknę do środka. Nie mogę sobie pozwolić, żeby zrobił pan jakieś głupstwo. Opór jest daremny.

Alice stoi nieruchomo, a w jej oczach bezbrzeżne zdumienie i przerażenie splatają się w jeden, nierozerwalny węzeł. Jej świat właśnie się zawalił, ale ona jeszcze tego nie rozumie.

Moje myśli płyną jasno, wartkim strumieniem pozbawionym wirów. Jestem gotowy. Całe życie wiedziałem, że prędzej czy później ten moment nastąpi. Ale to ja mam w tej rozgrywce ostatnie słowo. Jednym skokiem opuszczam pokój i zamykam za sobą drzwi. Rygle są mechaniczne. Ich się nie da zhakować. Są niezawodne. Alice nadal nie reaguje. Stoi osłupiała, skamieniała, niczym żona Lota. W tej chwili dzieli nas tylko pancerna szyba oddzielająca nasz pokój od korytarza. Alice, kochana córko - wybacz. Wybacz, ale muszę uciekać. Mam tylko jedną szansę na tysiąc, ale muszę spróbować. A ty… a ty może odwrócisz ich uwagę. Kocham cię, córeczko…

Przez krótki moment mam nadzieję, że mi się uda. Ale w następnej chwili już wiem, że wszystko na próżno. Zresztą, można się tego było domyślić. Za pieniądze, którymi dysponuje Virek, można kupić najlepszych. Zawodowców, którzy nie zostawiają miejsca na błąd.

Jeden rzut oka na monitory pokazuje mi, że ekipy uderzeniowe stoją przy wszystkich wyjściach z mojego bunkra. Nawet przy tych, o których wiedziałem tylko ja. Stoją spokojnie, cierpliwie czekając, gdzie się pojawię. Mają szerokopasmowe neuroshocki, więc gdy tylko mnie zobaczą, zafundują mi bezpieczny, spokojny paraliż. Skurwysyny. A Virek nawet nie trudził się wyłączeniem mi moich cyfrowych oczu. On po prostu chciał, żebym zobaczył, że pułapka się zatrzasnęła. I że nie mam najmniejszych szans. Że słowo “wolność” dla mnie jest już tylko teoretycznym konstruktem, o którym mogę najwyżej poczytać w holonecie. Pierdolony Chromowy Demiurg.

Obracam się ku drzwiom wejściowym i z jakimś zdumiewającym, zrezygnowanym spokojem konstatuję, że wszystkie elektroniczne zabezpieczenia zostały zdezaktywowane. Ostała się jedynie staromodna, zasuwa z niezwykle odpornego metalu, ale i jej los jest przypieczętowany. Stojąca u moich drzwi ekipa wyposażona jest w termiczny nóż plazmowy. I właśnie z profesjonalną pewnością go używa.

Patrzę zafascynowany na wiśniowoczerwony, przesuwający się po ramie drzwi kształt. Krople stopionego metalu padają na betonową podłogę, głośno skwiercząc w locie. Ile to jeszcze potrwa? Minutę? Dwie? Za chwilę wszystko się skończy. Ale ostatnie słowo będzie należało do mnie. Może i cholerny Virek panuje nad elektroniką, ale to także przewidziałem. 

Zresztą, to kiedyś musiało się stać. Nie jestem Władcą Chromu; nie należę do tych żyjących poza granicami śmierci i ludzkich praw elit. Nie będę żył wiecznie. Ale nie będę też żył w niewoli. Podchodzę do szafy i wyjmuję z niej staromodny pistolet. Stary, z XXI wieku. Relikt. Bez cyfrowych wspomagań, bez spersonalizowanej elektroniki, bez neurolinków. Powoli, z namaszczeniem sprawdzam, czy jest załadowany.

– Panie Virek, niech się pan pieprzy. Musi pan sobie poszukać innego buhaja do swojej pieprzonej obory.

– Panie Turner – słyszę zaniepokojenie w jego głosie. – Proszę tego nie robić. Pańska dramatyczna postawa nie robi na mnie wrażenia. To przecież niczego nie zmieni. Pan jest unikalny, ale nie jest jedynym naturalnym wzorcem genowym na świecie. A ja mogę czekać, aż znajdzie się następny dawca.

Pistolet jest załadowany. Odciągam kurek. Teraz wystarczy jedno, miękkie naciśnięcie spustu. Cudowne, mechaniczne narzędzie. I chemia. Stare, dobre spalanie wybuchowe. Coś, czego nie da się zhakować. Coś, co należy do Prawdziwej Rzeczywistości. Co stanowi o jej ważności.

Podchodzę do szyby oddzielającej mnie od Alice. Patrzę na rozszerzone w przerażeniu oczy mojej córki. Coś do mnie mówi, ale ja nie słyszę. Widzę tylko beznadziejną prośbę w ciszy. Pusty ruch warg. Oboje wiemy, co teraz nastąpi. Skurwysyny. Nie dostaniecie naszych ciał.

– Kocham Cię, córeczko – szepczę. I odkręcam zwykły, tradycyjny, metalowy kurek. Gaz, cichy i bezwonny, błyskawicznie zaczyna wypełniać pomieszczenie. W błękitnych oczach Alice pojawiają się łzy. 

– Kocham Cię, tato – odczytuję z ruchu jej warg. – Zawsze będę.

Szkoda, że nie dane jest jej żyć! Choć z drugiej strony, komu jest to dane? Za minutę, gdy całe pomieszczenie wypełni się gazem, nastąpi detonacja. Ogień zaleje nas wszechprzenikającym oceanem incernitacji. Nie pozostanie nic wartościowego z naszych ciał. Żaden ślad, z którego można odczytać nasze DNA. Pierdol się, Virek. Gdzieś w tle słyszę jego rozpaczliwe nawoływania o rozsądek.

Pozostało czterdzieści sekund. Trzydzieści. 

Miałem ciekawe życie. To nieprawda, że w takich chwilach całe przewija się przed oczami. Teraz, w tej pełnej napięcia chwili widzę zaledwie kilka scen, migoczących na krawędzi percepcji niczym okruchy Switcha. Scen, które warto by było przeżyć jeszcze raz. 

Widziałem rzeczy, którym nie dalibyście wiary. Orgie tak pełne perwesji jak to tylko możliwe. Seksualne zboczenia wypełniające cały katalog Tannhausera… Miliony orgazmów zlewających się w jedność. Wszystkie te chwile zostaną stracone w czasie jak łzy w deszczu. 

Pora umierać. 

 

Zaciągam się ostatnim oddechem. Mój mózg z doskonałą jasnością rejestruje każdy ułamek sekundy. Adrenalina szaleje w żyłach. 

Patrzę w oczy córce. Dziesięć sekund do wybuchu. Pięć. 

W tej samej chwili zamek puszcza. Drzwi, pchnięte olbrzymią siłą, rozwierają się z głośnym hukiem. Jak w zwolnionym filmie widzę wpadające sylwetki. Powietrze wypełnia się kwaśnym odorem paraliżującego neurogazu. Zbyt wolno. Wygrałem. 

Ostatnia sekunda. Alice patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. 

– Żegnaj – szepczę. I naciskam spust.

Huku, który rozdziera przestrzeń, nie słyszę. Wyrzucony olbrzymią siłą pocisk jest zbyt szybki. Czaszka rozpada się w tysiące kawałków, a cały mój wszechświat roztrzaskuje się w miliony drobin. Z dawna wyczekiwana Śmierć – ostateczne uczucie zrozumienia, czym w istocie jest Rzeczywistość, zbliża się jak nadjeżdżający pociąg.


 

Click

...

Session termination code received. Connection lost. Switch offline.

Przelogowanie jest zawsze najgorsze.

 

 


Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Opowiadanie premierowo ukazało 27 kwietnia 2020 roku się w serwisie NajlepszaErotyka.com.pl

Kontakt do autora:.
i.ravenheart@gmail.com

fb.com/raven.heart.5667

7,776
8.5/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.5/10 (6 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (5)

Agnessa Novvak

Agnessa Novvak · 31 maja 2020

+2
-4

Przyznaję się bez bicia, że znam ten tekst z innego portalu 😉 I ponownie chylę przed nim czoła, bo to jedno z najlepszych opowiadań, jakie można znaleźć w internetach w ogóle, dla którego skala powinna sięgać 11/10. Choć jest trudne oraz wymagające zarówno w formie, jak i treści, i zdecydowanie nie dla każdego. Aż mnie ciekawi, jak zostanie odebrane tutaj...

I w tym miejscu mi wybacz, Ravenhearcie, bo czekam, aż się uaktywnią pewne osoby, które - zgodnie z logiką ich własnych działań - powinny skrytykować każde jedno angielskie słowo w opowiadaniu. Na czele z tytułem, który powinien według nich brzmieć zapewne "Przełącznik wersja druga: przeładowanie". Bo "repetycja" to już za bardzo obco 😀

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Ravenheart

Ravenheart · Autor · 31 maja 2020

+2
-1

@Agnessa: dziękuję za miłe słowa. Tak, opowiadanie miało premierę (jak wszystkie moje teksty) na NE. Kiedy jednak jakiś czas temu zaproponowałem Redakcji Pokątnych moje teksty do publikacji, PR Redaktorzy zgodzili się na na umieszczanie dopisku o portalu z którym czuję się emocjonalnie związany. Doceniam ten gest, bowiem zdaję sobie sprawę, że pomiędzy oboma "kosmatymi" miejscami w Sieci kilkakrotnie iskrzyło. Staram się być neutralny - lubię zaglądać na Pokątne, choć oczywiście moje relacje z Najlepszą Erotyką były, są i zawsze będą wyjątkowe.

Co do systemu ocen i komentarzy - nie boję się krytyki i szczerze do niej zachęcam. Nie da się bowiem stworzyć dzieła, które wszystkim by się podobało i nie da się stworzyć dzieła, w którym nie dałoby się nic ulepszyć. Zwłaszcza w długich tekstach rośnie zazwyczaj szansa, że prześlizgnie się jakiś błąd, przecinek czy też po prostu nieścisłość.

Lubię komentarze. Czasami ludzie wskazują mi, które wątki im się podobały, które chcieliby rozwinąć, a które budzą ich niechęć. Tak, zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie kwestie, które podejmuję pisarsko wszystkim przypadną do gustu. No, jak wspomniałem wyżej, zupełnie normalne. Lubię słuchać tego, jak Czytelnicy postrzegają moje teksty. Uśmiecham się, starając się poukrywać w moich opowiadaniach różne smaczki i przymrużenia oka. Choćby i w Switchu 2.0 - jeśli się dobrze przyjrzeć, znajdziecie tu cytaty bądź nawiązania do Junga, de Sade'a i Hegla. Jest sporo tropów prowadzących do literatury i do filmu. Albowiem wszystko ma swoje drugie dno... ;-)

Nie mam natomiast pretensji, jeśli komuś moje teksty tak bardzo nie przypadną do gustu, że postanowi wystawić mi niskie oceny. Głęboko wierzę, że mam "swoją" publiczność (z którą czasem koresponduję), a także tych, którym moja twórczość po prostu nie odpowiada. To tak jak z muzyką - ktoś, kto lubi heavy metal może solidnie się wynudzić na operach Wagnera czy Mozarta. Oczywiście nie musi tak być (sam lubię zarówno ostrzejsze brzmienie, jak i klasykę), ale MOŻE. Z drugiej strony - sam nie przepadam za jazzem, ale potrafię docenić maestrię dobrego jazzmana: jego warsztat, oprawę, styl... Choć nadal jazz mi się nie podoba 😀

Jeśli więc mam "swoją" publiczność, to pewnie mam i taką, którą moje teksty śmieszą, nudzą albo obrażają. To jest w porządku i nie widzę w tym nic zdrożnego. Oczywiście, chciałbym usłyszeć (w komentarzu bądź mailu), dlaczego tekst zasługuje na słabą notę, ale jeśli ktoś tego nie zrobi - to jego ŚWIĘTE PRAWO. W końcu, de gustibus non est disputandum (jeśli wybaczycie mi - nie przetłumaczę... 😀).

Zastanawiałem się, czy tekstu nie dzielić na krótsze kawałki, ale doszedłem do wniosku, że tak nie zrobię. Tekst jest całością - choć oczywiście rozerwaną na kawałki rytmem pulsującego Switcha. Nie trzeba czytać go w całości - można za to smakować go po kawałku, odkładając i powracając, analizując i przywołując ponownie.

W końcu, to jest RELOAD, nieprawdaż?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Agnessa Novvak

Agnessa Novvak · 31 maja 2020

+1
-2

Dla mnie w ogóle cała ta sytuacja między Pokątnymi a NE, bo "ktoś kiedyś coś zrobił, a inny coś powiedział" jest mocno przesadzona, ale nie mam najmniejszego zamiaru w jakikolwiek sposób wpływać na którąkolwiek ze stron. Ja też publikuję na obu portalach i tego nie ukrywam, starając się zachować obiektywizm wobec obu. Co nie zawsze soę udaje, ale cóż, to inny temat.

Natomiast co do ocen - kiedyś kilka osób mnie skrytykowało, że za bardzo chwalę jakieś opowiadanie, że może ktoś się poczuje urażony, że to niedźwiedzia przysługa. Dziś - mam to gdzieś. Jeśli uważam tekst za słaby, niezależnie od osobistej sympatii do autora i "woli większości" - oceniam go publicznie jako słaby. Jeżeli zaś opowiadanie jest dla mnie wręcz wybitne, wychodzące poza granice internetowej pisaniny o gołych dupach, to też nie będe tego ukrywać.
Oczywiście inni mogą mieć inne zdanie na tej temat, czego im nie bronię, ale ja przez to nie mam zamiaru się powstrzymywać przed wyrażaniem swojej opinii.

A podejście "nie przepadam za danym stylem / tematyką, ale doceniam, bo..." jest według mnie jedynie wyrazem dojrzałości. Jasne, łatwiej jest pochwalić tekst, który podejdzie pod nasze osobiste gusta, ale odgórne skreślanie innego "bo mi się nie podoba" jest czystą amatorszczyzną.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Mm

Mm · 31 maja 2020

0
0

Fajne podniecające opowiadanie. Przypomina mi klimat opowieści Dukaja szczególnie Ireharre . Jedynie niezrozumiały upór bohatera na koniec przecież i tak był niewolnikiem który sprzedawał swoje dzieci więc propozycja nie zmieniala nic w jego życiu, poza daniem mu bezpieczeństwa

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Ari

Ari · 3 czerwca 2020

0
0

Opowiadanie warte czasu jaki człowiek poświęca na jego przeczytanie. Świetny warsztat, fabuła.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Opowiadania o podobnej tematyce:

Pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.