Temperamentny świr

pimafucin pimafucin

19 września 2017

hourglass 57 min

Poniższe opowiadanie znajduje się w poczekalni!

Historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

To wszystko wydarzyło się parę lat temu. Miałam 25 lat, skończyłam studia i dostałam pracę jako menadżer w niedużej stajni. Stajnie prowadziła para znajomych, Pani Ela i Marek. Oboje byli w okolicach 40 lat, w związkach, Marek miał żonę i dwójkę małych dzieci. 30 czerwca pojechałam do swojego mieszkania pracowniczego, które było w domu Marka przy stajni. Przywitałam się, zostałam oprowadzona przez nich po obiekcie i udałam się do swej kawalerki w celu rozpakowania i odpoczęcia po podróży, od jutra miała rozpocząć się moja praca.
O 7.30 obudził mnie budzik. Wstałam naładowana energią i podekscytowana nowym otoczeniem. Ubrałam się, zjadłam śniadanie i poszłam do stajni. Na maneżu Ela prowadziła jazdę dzieciakom, w zastępie. Uśmiechnęłam się do niej i obserwowałam przez chwilę jedząc jabłko, gdy w stajni zdało się słyszeć huk i stukot podków. Nagle z dużych otwartych drzwi wyłoniła się postać mężczyzny, na dużym, kasztanowatym koniu o imieniu Ramirez. Wjechał na plac, powodując zatrzymanie zastępu. Był to Marek. Uderzył krótkim palcatem w zad konia, ten podrzucił zadem, podskoczył, mężczyzna ściągnął konia za pysk wodzami, po czym Ramirez schował głowę w dół walcząc z wędzidłem i zaczął się nerwowo rzucać. Marek spojrzał na mnie poważnym wyrazem twarzy, starając się wyglądać groźnie, na rzucającym się wierzchowcu. Pani Ela bardzo się oburzyła:
- Marek co Ty robisz? Przerwałeś dzieciakom jazdę, zjeżdżaj stąd!
- Zabieram kilka osób w teren - kilkoro starszych dzieciaków wsiadało przy drzwiach na swoje konie.
- To nie musisz mi rozwalać całej jazdy, ile razy można Cię prosić.
- Dobra, przestań marudzić - warknął do niej i podjechał do prowadzącego zastęp na maneżu Miłosza i kazał mu ruszyć. W tym czasie konie w zastępie, udały się w stronę bramy prowadzącej do drogi leśnej. Ela pokiwała głową, wkurzona. Marek uderzył konia po raz drugi, zrobił nim ciasne kółko wkoło Eli galopem śmiejąc się głupio i ruszył z kopyta w stronę oddalających się jeźdźców, bat za batem, a koń nerwowo trzaskał ogonem w górę pędząc na polecenie swojego pana.
- Dupek - mruknęła do siebie Ela i kazała Miłoszowi ruszyć kłusem.
Ja udałam się do stajni, w celu porozmawiania z najstarszymi stajennymi, którzy jeździli tu za pomoc w stajni. Średnia wieku w ich grupie wynosiła 17 lat. Podchodzę do najstarszej z nich, blondynki o długich, zgrabnych nogach.
- Cześć, jestem Anna. Dostałam tu pracę jako menadżer. Czy mogłabyś mi coś opowiedzieć o stajni, koniach, właścicielach? - uśmiechnęłam się do niej.
- Kamila. Jedyne co Ci mogę poradzić to żebyś spierdalała stąd, jak najdalej Ci się uda - rzuciła do mnie czyszcząc sprzęt.
- Szkoda, myślałam że mianuję Cię swoją prawą ręką i tym samym uzyskam dla Ciebie trochę lepsze przywileje.
- Przywileje? - Kamila rzuciła skórzany pasek na ziemię i powoli odwróciła się w moją stronę, z przepełnionym pewnością siebie i kpiną uśmiechem.
- Jedyne przywileje jakie możesz tu uzyskać to wybór, czy chcesz być zerżnięta na sianie, na skrzyni z owsem czy na drzwiach boksu konia, na którym jeździsz.
- O czym Ty mówisz? - spytałam, ale Kamila powróciła do swojego pierwotnego zajęcia. Do stajni weszli jeźdźcy z końmi, którzy skończyli jazdę na maneżu. Uznałam, że dziewczyna ma bujną wyobraźnię, albo chce mnie wypłoszyć. Tak bardzo się wtedy myliłam.
Resztę dnia spędziłam z Elą w biurze, (które znajdowało się w małym socjalnym budynku obok stajni) przeglądając ich księgi podatkowe, wydatki i inne papierkowe duperele, w celu zapoznania się z sytuacją stajni. Nie było źle. Wieczorem, wychodząc z biura zobaczyłam, że w stajni ktoś nie zgasił światła, na dworze było ciemno. Jedna mała żarówka ledwo oświetlała wejście do stajni, poszłam poszukać kontaktu, by je wyłączyć. Wchodząc do ciemnej stajni usłyszałam dziwny dźwięk. Udałam się w jego stronę. Konie jadły i słychać było nocne życie stajni. Przeżuwanie, pierdzenie, parskanie a nawet chrapanie. Przeszłam przez całą stajnię i zobaczyłam że drzwi z drugiej strony są otwarte. Była tam siodlarnia i skrzynie z paszami. Słychać było odgłosy jakby ktoś się o coś obijał. Wzrok się przyzwyczaił do ciemności. Stając na wejściu do pomieszczenia usłyszałam dźwięk i stękanie. W ciemności ujrzałam jak Marek przyciskał kogoś całym ciałem do skrzyni, trzymając mocno za jasne włosy i zapychając od tyłu. To była Kamila. Widać było ból na jej twarzy i piękne, sterczące piersi. Miarowy, głuchy dźwięk obijania o skrzynię stał się jak mantra. Stałam tam dłuższą chwilę jak wryta. Zrobiło mi się mokro, puls szalał z podniecenia i adrenaliny. Marek był nią całkowicie pochłonięty. Ocknęłam się po chwili. Trzeba było jakoś z tej sytuacji się wycofać. Odwróciłam się najciszej jak potrafiłam, i pośpieszyłam w stronę wyjścia ze stajni. Nie zastanawiając się nad tym, zgasiłam światło przed stajnią i poszłam do domu. Pod prysznicem ochłonęłam i położyłam się do łóżka. Nie mogłam sobie tego wszystkiego poukładać. Dlaczego? Co na to jego żona? Czy on to robi tylko jej? Czemu ona się na to zgadza? Miliony pytań, zero odpowiedzi i lekki strach co będzie jutro, co zobaczę w najbliższych dniach skoro w pierwszym zdarzyło się już coś takiego. Zamknęłam oczy. Przywracając z pamięci obrazy zobaczone w stajni, wsadziłam palce pod majtki. Zaczęłam się masować i delikatnie paluszkiem penetrować swoje wnętrze. Wsadziłam dwa, drugą ręką masowałam swoje piersi. Kilkadziesiąt szybszych, mocniejszych pchnięć i byłam zadowolona. Odczekałam chwilę do uspokojenia pulsu i zamknęłam oczy.

Nazajutrz był robiony mini rajd dla najdłużej jeżdżących do tej stajni adeptów jeździectwa. Potem ognisko i noc pod namiotami dla dzieciaków. Cały dzień zabawiałam dzieciaki z Elą. Pojechałam nawet z nimi kawałek do lasu. Dostałam karą klacz po-wyścigową. Obstawiałam tyły całego zastępu i obserwowałam relację między Kamilą i Markiem. Cały dzień nawet na siebie nie spojrzeli, Kamila była bardzo markotna i smutna. Zmyła się do domu po rajdzie przed ogniskiem. Marek wypił kilka piw i żwawo zabawiał dzieciaki przy ognisku historiami, odstawianymi z mini teatrzykiem. Co jakiś czas, jego wzrok kierował się w moją stronę. Były momenty, że jego oczy wyglądały jak oczy szaleńca. Większość młodych pracowników, po kryjomu popijała piwo chichocząc i wygłupiając się. Chłopcy zaczepiali dziewczyny, z lekkim erotycznym podtekstem. Marek obserwował ich z dumą i zadowoleniem. Bóg jeden wiedział, jakie obrazy tworzy jego umysł, przetwarzając zachowania tych dzieciaków. Uśmiechał się do swych myśli. Ela z pomagierami poodprowadzała dzieci do ich namiotów. Noc była bardzo ciepła, ognisko dogasało, ja zaczęłam sprzątać papierki, talerzyki i resztki kiełbas. Coś otarło mi się o plecy. Odwróciłam się gwałtownie, nikogo nie było. Nagle, przed oczami ujrzałam ledwo oświetlonego tlącym się ogniem - Marka. Stał oparty o drewniany stół i zajadał coś ochoczo wbijając wzrok we mnie.
- Boże, ale mnie przestraszyłeś.
- Nie kładziesz się spać? Jutro rano zagoni się dzieciaki do sprzątania.
- Po co, niech mają trochę przyjemności. Jeszcze się w życiu nasprzątają.
- Nie bądź dla nich zbyt dobra.
- Dlaczego? - Nie odpowiedział, skierował wzrok na pole namiotowe. Wszyscy już zasypiali, było cicho. Uśmiechnął się.
- Nie ma nikogo, kto by przyjechał spać razem z Tobą, w Twoim namiocie? - spojrzał na mnie. Przestał jeść. Zaskoczył mnie prostolinijnością. Przecież nie spałam w namiocie.
- Y... Nie, dlaczego pytasz?
- Pamiętaj, że przecież możesz miewać gości.
Mina mu zrzedła. Utkwił spojrzenie w czymś za mną, obróciłam się. W naszą stronę zbliżała się mała, zaniedbana kobieta z becikiem na ręku. Miała potargane włosy, ubrana była w lumpeksowe byle co - bluzę i dresy. Wyglądała jak strzęp człowieka. Odezwała się cicho, głosem pełnym przerażenia.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Marek, chodź do domu, pomóż mi położyć małą, płacze cały czas, biega, krzyczy nie mam już si... - przerwał jej, wyrzucając nerwowo resztki jabłka z ręki i podszedł do niej gwałtownie. Złapał mocno za ramię i szarpnął wypychając ją przed siebie.
- Pani wybaczy, ale mojej żonie coś się we łbie popierdoliło. Dokończymy naszą rozmowę kiedy indziej. - Popchnął ją mocniej, kobieta szlochała cicho. Udali się w stronę domu. Stałam tak, nie wiedząc, co począć. Dokończyłam sprzątanie i poszłam do siebie spać. W domu słychać było jakieś uderzenia, trzaski. Uznałam wtedy, że to dziecko szaleje i nie mogą jej uspokoić. Tak bardzo się myliłam.
Kolejny dzień spędziłam robiąc stronę internetową, później pomagając Eli prowadzić jazdy. Marek nie pojawił się w stajni. Kamila oznajmiła, że wyjeżdża do szkoły z internatem i nie będzie już więcej uczestniczyć w życiu stajni. Była rozpromieniona jak rzucała tę „pracę”. Ucieszyło mnie to lekko. Dalej dni mijały pracowicie i w przyjemnych warunkach. Dzieciaki się wymieniały po turnusach. Było coraz więcej klientów, stajnia zaczęła prosperować świetnie. Bardzo polubiłam Elę i to miejsce. Coraz lepiej radziłam sobie także z końmi. Po jakimś czasie zaczęłam też prowadzić jazdy, by Ela mogła zająć się kolejnymi grupami chętnych, nowych gości. Marek przychodził rzadko, dlatego atmosfera znacznie się oczyściła. Pod koniec lipca, niestety, zaczęła się „przygoda”, w której główną rolę odgrywałam ja.
28 lipca skończyłam około godziny 15. Ostatnia grupa dzieci była z Elą na trzydniowej wycieczce autokarem, więc poza mną nie było nikogo na obiekcie. Nagle usłyszałam jakieś kłótnie i niebieskie światła przy domu. Pobiegłam w tamtą stronę, żona Marka tuliła becik dziecka i bujała się nerwowo. Policyjny psycholog rozmawiał z nią i starał się ją uspokoić. Gdy podeszłam bliżej wryło mnie w ziemię. Była cała w siniakach, z nosa leciała jej krew. Włosy miała potargane jak nigdy. Dwóch policjantów prowadziło Marka pochylonego, skutego kajdankami. Groził swojej żonie śmiercią. Dało się zauważyć, że był pijany. Jak spojrzał w moją stronę jego krzyki umilkły, wertował mnie swoim pustym spojrzeniem. Przeszedł mnie dreszcz, zlękłam się. Wsadzili go do auta i odjechali, on jednak nie spuszczał ze mnie wzroku, dopóki samochód nie schował się za drzewami. Markowi założono niebieską kartę. Pomogłam się jego żonie spakować i odtransportować ją z dzieciakami do samochodu swojej siostry, u której miała mieszkać do zakończenia procesu. Dzieci też miały sporo siniaków, płakały. Milena - bo tak miała na imię jego żona - założyła duże, przeciwsłoneczne okulary, by zakryć krwiaki pod oczami. Wręczyła mi klucze od ich mieszkania i poradziła uciekać z tego miejsca jak najdalej. Pożegnałam się z nimi i poszłam do sklepu po wino na odstresowanie. Usiadłam w stajni na ławce i przy średnim oświetleniu, zaczęłam czytać książkę. Wino mnie znacznie uspokoiło, delektując się ciszą, spokojem i samotnością zasnęłam.
Gdy otworzyłam oczy zobaczyłam Marka. Stał naprzeciw oparty się o boks jedną nogą i przyglądał mi. Zerwałam się na równe nogi. Podszedł do mnie powoli, przeszywając wzrokiem na wylot. Bałam się i obserwowałam jego ruchy. Zatrzymał się przede mną, nachylił głowę do mojego ucha i wyszeptał:
- Masz klucze od mojego mieszkania? - spojrzał się na mnie.
- Um, tak. Wystraszyłam się. Przepraszam za to, musiałam jakoś odreagować. Już więcej się to nie powtórzy. - Odpięłam jego klucze od swoich i podałam mu. Stał nieruchomo, cały czas wertując mnie lodowatym wzrokiem. Wziął klucze i wyszedł bez słowa. Ogarnęłam się, podrzuciłam koniom siano na noc i zamknęłam stajnię. Głowa mnie bolała, toczyłam się po piasku na maneżu, w stronę domu. Wydawało się jakby trwało to wieki. Przechodząc przez ogród do swojego mieszkania, nie zauważyłam Marka siedzącego w nim.
- Co Ci powiedziała o mnie ta suka? - był brócony w stronę lasu, tyłem do mnie. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć.
- Powiedziała Ci, żebyś uciekała? - milczałam, zaśmiał się nerwowo - może miała rację. Dobranoc Anno.
Ruszyłam w pośpiechu do mieszkania. Zamknęłam za sobą drzwi, zapaliłam światło. Usłyszałam szloch. Na ziemi, na środku mojego salonu siedziała Kamila. Była ubrana w czerwoną sukienkę z dekoltem, wyglądała obłędnie.
- Boże, co Ty tu robisz? Co się stało??? - z trudem powstrzymałam swój popęd. Wyglądała ślicznie, pomimo rozmytego makijażu.
- Pomyślałem, że sprawi Ci przyjemność. Tak jak mi. - Marka głos dało się słychać od strony drzwi. Podszedł do aneksu kuchennego i rozsiadł się wygodnie na krześle.
- Kamila, czyń swoją powinność. - burknął.
Kamila otarła łzy, uspokoiła się. Wstała do mojego poziomu i podeszła patrząc mi prosto w oczy. W jej wzroku nie było złości, nienawiści ani strachu. Rozpromieniła się. Pomyślałam, że musi być nieźle pierdolnięta - jak on. Podeszła do mnie i przytuliła się. Zaczęła mnie całować po szyi, dekolcie, masując rękoma pupę i plecy. Zamknęłam oczy, dostałam gęsiej skórki. Sutki stwardniały, na dole zrobiło się bardzo mokro. Wszystko wydawało się jakby snem.
- Co Ty robisz? - powiedziałam do niej po cichu, rozmarzonym głosem. Pocałowała mnie. Marek pstryknął palcami. Kamila zrzuciła z siebie sukienkę. Na udach miała czerwone podwiązki ze wstążkami, ślicznie wygolone łono z małym blond paseczkiem pośrodku i piękne, jędrne piersi. Moje ręce zaczęły błądzić po jej ciele. Było sprężyste i idealnie miękkie. Rozebrała mnie powoli, delikatnie popychając na kanapę. Całusami od ust, zjechała na sam dół. Całkowicie odpłynęłam. Językiem zaczęła działać cuda. Zaczęłam pojękiwać i masować jej głowę. Przerwała na chwilę i weszła na kanapę pupą, w moją stronę. Zabrała się z powrotem do dzieła. Ja zaczęłam lizać jej paseczek i środek. Smakował wyśmienicie. Też zrobiła się mokra. Nie wytrzymałam z rozkoszy, wsadziłam jej palce i zaczęłam pieprzyć. Alkohol szalał w moim organiźmie. B.ól głowy z odczuwaną przyjemnością dziwnie ze sobą współgrały. Zaczęła mnie rżnąć palcami i doprawiała językiem. Po długich i cudownych chwilach doszłyśmy w krótkim odstępie od siebie. Zeszła ze mnie i zaczęła się ubierać. Zachciało mi się spać, kompletnie zapomniałam o obecności Marka. Odwróciłam się na bok i zasnęłam. Rano obudziłam się, przykryta kocem. Okropny ból głowy i pragnienie, przyciemniło mi wydarzenia wczorajszej nocy. Zamówiłam pizzę, z dużym napojem gazowanym. Dopiero podczas spożywania, zaczęło do mnie dochodzić co się wczoraj stało. Wystraszyłam się. Szybki prysznic. Kilka minut po jedenastej. Poszłam do stajni nakarmić konie, potem wypuścić. Cały dzień byłam sama na obiekcie. Wieczorem zaczęła się burza. Zamknęłam konie w boksach i poszłam do siodlarni, nasypać do wiader owsa. Nagle zgasło światło. Poczułam czyjś dotyk od tyłu. "O boże". To był Marek. Wtulił się we mnie i zaczął obmacywać mój przód. Wyrwałam mu się.
- Co Ty kurwa odwalasz!?
- Zamknij się! Wolisz chyba nie mieć sińców jak moja żona. Czy się mylę? - patrzył mi prosto w oczy.
- Nie dotykaj mnie popierdoleńcu. Co to wczoraj miało być?
- Nie podobało Ci się? Kamili się podobało. - Zaczął się do mnie powoli zbliżać.
- Jesteście popieprzeni oboje. Nie zbliżaj się do mnie. - Krzyknęłam ostro i skoczyłam w stronę drzwi. Złapał mnie i rzucił o skrzynię z owsem. Odbiłam się i upadłam na podłogę. Oberwałam całym bokiem i łokciem. Bolało jak diabli, zwijałam się z bólu na ziemi. Przykucnął obok mnie. Jego wzrok zdradzał jego szaleństwo.
- Lepiej ze mną nie walcz, nic Ci to nie da. Jestem od Ciebie silniejszy. Poza tym, wczoraj wszystko rejestrowała kamera. Kamila ma 17 lat, można z nią współżyć, ale jak nie będziesz mi posłuszna, albo komuś o tym powiesz, nagranie wyląduje u Twojego każdego, przyszłego pracodawcy i w internecie. Zniszczę Ci życie tępa lesbo. Zróbmy to po dobroci, to może uda mi się Ciebie nawrócić. A jak będziesz grzeczna, zaproszę Kamilę do trójkąta, byś mogła się trochę wyżyć.
Od tej pory będziesz mi całkowicie posłuszna. - Podniósł mnie i oparł się o moje ciało, twarzą o twarz. Czułam jak coś twardego w jego spodniach dotykało moje łono. Wystraszyłam się. Ile lat minęło, od mojego ostatniego kontaktu z facetem? Sporo. Nie były to przyjemne wspomnienia. Nie wiedziałam co robić, nie pamiętam czy była tam kamera, ale wolałam się o tym nie przekonywać. Nie miałam dokąd iść bez pieniędzy, ani mieszkania. Objął mnie i zaczął masować po plecach i piersiach. Było to obleśne. Pomuskał ustami moją szyję, po czym mnie gwałtownie obrócił.
- Ładnie pachniesz.
- Ty totalnie nie, stary capie. - Szarpnął mnie za włosy, ciągnąc głowę w dół. Puścił i chwycił ręką za szyję, jakby chciał ją zmiażdżyć. Bardzo zabolało. Usłyszałam jak rozpina spodnie. Zaczął masować swojego penisa, potem jeździć nim po mojej pupie. Rozebrał mój dół, zaczął poruszać penisem po mojej cipce. Nie chciała się rozgrzać. Napluł na palce i nawilżył ją. Wsadził go trochę do środka.
- Kto Cię ostatnio pieprzył? Ojciec? Ksiądz na rekolekcjach? - zaśmiał się psychopatycznie.
- Pierdol się, obleśny zboku. - wsadził gwałtownie do końca, zabolało. Zrobiło mi się niedobrze, zrzygałam się obok skrzyni. Nie puścił mojej szyi, zaczęłam się krztusić. Wkurwił się.
- Posprzątasz to później, mała dziwko! Zajebię Cię! - zaczął pchać agresywnie i mocno. Czułam jakby coś rozrywało moją pochwę od środka. Okropny ból zalewał mnie całą. Pojawiła się krew, która powodowała wysychanie przez co stworzyło się bolesne tarcie. Poleciały mi łzy. Po jakimś czasie skończył we mnie. Bałam się, że zajdę w ciążę z tym potworem. Wbił mnie ciałem mocniej w skrzynię. Zapiął rozporek i wyszedł. Osunęłam się na ziemię i rozpłakałam. Musiałam się ogarnąć, posprzątać ten bałagan i jechać do apteki, po tabletki 72h po oraz antykoncepcję. Zatrzymałam się pod komisariatem i zastanawiałam dosyć długo, czy wejść i złożyć zeznanie. Jakiś policjant wyrwał mnie z letargu, pukając w szybę:
- Przepraszam, wszystko w porządku? Wygląda Pani jakby coś się stało. Pomóc?
- Y, nie... nie trzeba, dziękuję. Źle się poczułam, już odjeżdżam. - Odpaliłam auto.
- Dobrze, proszę dzwonić jakby coś się stało. - podał mi wizytówkę.
Wróciłam do domu, wykąpałam się i poszłam spać. Po jutrze miała wrócić Ela z dziećmi. Postanowiłam, że wtedy odejdę z pracy. Następnego dnia rano, Marek prowadził z ziemi lekcję kilku osobom, które przyjechały do stajni. Weszłam na maneż obolała, nie patrzyłam w jego stronę.
- Witaj Anno, pomożesz mi poprowadzić lekcję? - powiedział przyjemnym tonem, jakby nic się nie stało. Stanęłam koło niego, podał mi bat. Koń prowadzący zatrzymał się i nie chciał dalej iść. Próbowałam go pogonić delikatnie, ale nie ruszał się z miejsca. Zastęp stał w miejscu. Marek poszedł do stajni, wrócił z długim, ujeżdżeniowym batem, na którego końcu zawiązana była gruba, metalowa nakrętka. Podszedł do konia.
- Złaź z niego. - Chłopak zeskoczył wystraszony. Marek wsiadł na wierzchowca i zaczął go bić po zadzie batem. Koń zaczął się rzucać i kręcić w miejscu. Uderzał go coraz mocniej, po brzuchu. Zwierzę brykało i próbowało go zrzucić. Marek chwycił bardzo mocno wodze i pociągnął w swoją stronę. Głowa konia poszła gwałtownie do góry, otworzył pysk od nacisku. Mężczyzna zamachnął się i uderzył kilka razy w puzdro, koń zakwiczał. Patrzył na mnie stalowym wzrokiem i trzaskał biednego rumaka raz za razem, pojawiła się krew. Po dłuższej walce zwierzę całe spocone poddało się. Stał z rozdygotanymi nogami wystraszony, w oczekiwaniu na kolejny cios. Marek zeskoczył z niego i rzucił niechlujnie wodze, w kierunku chłopaka.
- Masz, teraz powinien chodzić jak w zegarku. - chłopak wsiadł, koń wystraszony ruszył z miejsca, bojąc się bólu. Zastęp ruszył i lekcja toczyła się dalej. Łzy zakręciły mi się w oczach, rzuciłam bat i poszłam do stajni.
- Wracaj tu Ania! - rzucił w stronę moich pleców.
Weszłam do stajni, usiadłam i zaczęłam płakać. To był straszny i nieobliczalny człowiek. Wszedł do pomieszczenia.
- Czego się mażesz? Nic mu nie będzie. Przyszykuj mi Ramireza i weź sobie jakiegoś konia, pojedziemy z moimi znajomymi w teren. Powinni być tu, w ciągu 20 min.
Podszedł do mnie wyciągając rękę. Nie miałam wyjścia, chwyciłam dłoń i podniósł mnie do góry.
- Spójrz mi w oczy. - Jego oczy błyszczały, były przerażająco spokojne i stonowane - jak będziesz posłuszna to nie podzielisz jego losu. - Pocałował mnie w policzek. Otarł łzy ręką i uśmiechnął się.
- Do roboty, odstresujesz się w terenie. Bawimy się z nimi zawsze w podchody. To nieźle walnięta ekipa.
Bałam się co to może oznaczać. Czy są tak samo pieprznięci jak on? Uszykowałam dwa konie, tamta jazda się skończyła, stajnia zrobiła się pusta. Przyszedł, wskoczył na swojego kasztana, a ten - nauczony prawdopodobnie podobną techniką podążania „chętnie” do przodu - ruszył żwawo przed siebie, w stronę wyjścia ze stajni. Marek jak na 40 latka miał świetną kondycję, dla mnie - niestety. Wyprowadziłam swoją klacz, Midię, przed stajnię. Usłyszałam krzyki dobiegające z drogi leśnej. W bramie ukazało się kilkanaście koni. Na nich rozluźnieni i rozbawieni na całego jeźdźcy, co poniektórzy z flaszkami w rękach.
- Heeejjj Marek!!!
- Marek!
- Jedziemy kurwa, jest impreza!!! Jedziemy nad jezioro po zabawie, wszystko przyszykowane.
Każdy był już wstawiony, konie trochę zapienione szły, jakby czymś pobudzone. Marek na powitanie zaczął numer z batem, brykaniem i rzucaniem się Ramireza. Zajechali, zatrzymując konie przed stajnią. Gdy mnie spostrzegli, ekipa umilkła. Nie odważyłam się obrócić w ich stronę, przełknęłam ślinę. Czułam się jak łania w stadzie wygłodniałych wilków. Po chwili ciszy, największy i najgrubszy z osobników, odważył się odezwać jako pierwszy:
- No, powiem Ci Mareczku, że tym razem udało Ci się jak nigdy. Klaczka pierwsza klasa.
Nie wiedziałam czy chodziło o konia, czy o mnie. Udałam, że tego nie słyszę. Rozległy się śmiechy. Ktoś podjechał do mnie, odwróciłam się i zobaczyłam przed twarzą zapieniony pysk konia.
- Witam Cię śliczna, na imię mi Adrian - wyciągnął rękę w moją stronę. Wyglądał jak bandytaz dożywotnim wyrokiem, wszędzie jakieś blizny i rany. Uderzenie, trzask, koń Adriana wspiął się lekko i odskoczył. To Marek trzasnął go w szyję batem.
- Zostaw ją kurwa, bo Cię wypatroszę. Ty nie masz prawa, się do niej w ogóle zbliżać. Ania wsiadaj, ruszamy.
Adrian zaśmiał się głośno i odjechał. Wsiadłam, popatrzyłam na Marka, puścił mi oko bez uśmiechu i popuścił konia, który tańczył w miejscu, by zerwać się do przodu. Polecieli pierwsi dzikim galopem. Ramirez zadarł ogon do góry i strzelał nim nerwowo. Reszta ekipy zaczęła ruszać za nim. Ja jechałam ostatnia. Po długim i spieniającym wszystkie konie galopie stanęliśmy w kole, losując grupy do zabawy w podchody. Mi się trafiła grupa uciekająca.
- Ania, co masz? - spytał mnie Marek.
- Uciekającą grupę.
- Kurwa! A Ty gnoju? - rzucił w stronę Adriana.
- Tą samą co Ty, stary pryku.
Marek zniesmaczony pokiwał głową.
- Dobra! Wszyscy wiedzą co mają robić. Grupa U jedzie pierwsza, my pijemy flachę i po jakichś 30 min, ruszamy za wami. Się tylko kurwa nie pozabijajcie jełopy!
Wszyscy z mojej grupy ruszyli, było nas 12 osób - w drugiej grupie było tyle samo. Każdy z nas miał jakieś zadanie, wskazówki do pozostawienia, ja miałam ostatnią. Gdy kończyłam ją przygotowywać, chciałam wsiąść z powrotem na Midię. Wsadziłam nogę w strzemię i usłyszałam szelest w krzakach. Wyłonił się z nich Adrian, na swoim „byku”, czerwony od alkoholu z istnym obłędem w oczach. Wsiadłam pospiesznie na Midię, wiedząc, że to nie wróży nic dobrego. Popędziłam ją.
- Poczekaj skarbie, zabawimy się! - roześmiał się głośno - nikt Ci tu nie pomoże, każdy jest gdzieś indziej, złotko! - ruszył za mną leniwie.
Wyjechałam na drogę, zebrałam ją i ruszyłyśmy galopem, ściemniało się. Byłam przerażona. Nie znałam tych lasów, miałam nadzieję, że ona zna drogę do domu.
Adrian się zniecierpliwił. Zerwał gałąź i uderzył parę razy konia w zad. Z leniwego rytmu koń wpadł w szaleńcze tempo, doganiali mnie. Zrobiłam kilka ostrych zakrętów, zaczęłam krzyczeć. Bałam się, że mnie zabije i zostawi w tym lesie. Panika zawładnęła mną całą. Byli tuż za nami. Jego koń ugryzł w zad Midię, ona kwiknęła i strzeliła w niego barana. Zachwiałam się i spadłam, Midia zatrzymała się i podskoczyła parę razy. Byłam cała obolała, Adrian znalazł się nade mną.
- No widzisz, mogło się obejść bez tego. Marek naprawdę dał radę tym razem, ciekawe czy jesteś tak ciasna, jak mówił. - zaczął rozpinać rozporek.
W głowie miałam helikopter, momentami traciłam świadomość. Obraz się ustabilizował, poczułam jak ten gnój mnie rozbiera. Wrócił mi głos.
- POMOCY!!! HALO RATUNKU!!! - zaczęłam drzeć się wniebogłosy, uderzył mnie kilka razy z liścia i pięścią, przytknął mi rękę do ust. Wszedł we mnie.
- Mmmm, miał rację skurwiel. - Zaczął pchać raz po razie. Czuć było od niego obleśny odór wódki, pomieszanej z potem męskim i końskim. Usłyszałam, jak ktoś nadjeżdża. Ból rozrywał mnie od środka.
- Co się stało? Żyjecie?
Martyna zeszła z konia, za nią nadjechał Damian - najlepszy przyjaciel Marka - i kolejne osoby.
- Ja pierdole! Ochujałeś!? On Cię zabije, kurwa zabije!!! - Damian odciągnął go ode mnie z chłopakami. Zasunął mu kopa w twarz. Adrian upadł, nie wstawał.
- Nic Ci nie jest mała? Boże, co teraz będzie. On go zabije za Ciebie. Ja pierdole. - Pomógł mi wstać. Kręciło mi się w głowie, nie tłumiłam już płaczu. Wtuliłam się w Damiana, Midia podeszła do mnie od tyłu i dała znać o sobie pyskiem w plecy. Zaczęłam szlochać, krztusić się. Z buzi i nosa wydzielał mi się śluz, nie miałam siły żyć. Czułam się taka upokorzona.
- Kurwa, co teraz. Dasz radę jechać? Mała, ej!? - złapał mnie za ramiona, odsunął i próbował złapać kontakt wzrokowy.
- Hej, Ania. Dasz radę dojechać do jeziora? Tam jest jedzenie, apteczki, lekarz, ekipa... Musimy tam dotrzeć, nie bój się, to ścierwo już nic Ci nie zrobi. Nikomu. Chcesz, możesz jechać ze mną, na moim koniu.
Pokiwałam przecząco głową. Odwróciłam się w stronę Midii, pogłaskałam po pysku i przełożyłam wodze przez głowę. Próbowałam wsiąść, ale się nie udało, upadłam. Klacz kwiknęła i rzuciła głową do góry. Martyna pomogła mi na nią wejść. Atmosfera była bardzo przygnębiająca, popatrzyli między sobą bez słów. Związali Adrianowi ręce i wsadzili go na jego konia. Zabrali mu wodze, trzymał je Damian. Nie miałam pojęcia, co się za niedługo wydarzy. Chłopacy ruszyli żwawo do przodu. Było już bardzo ciemno. Martyna towarzyszyła mi, w spokojnej jeździe do jeziora. Nie dałabym rady jechać szybciej. Krew lecąca z wargi i nosa zaschła, patrzyłam się ślepo w szyję Midii, głaskałam ją. Czułam się jak w piekle. Po dłuższej podróży w ciszy, zobaczyłyśmy światła ogniska rozpalonego nad jeziorem. Były tam trzy auta, duże namioty, jakieś stoły z jedzeniem i sporo osób. Było za cicho, serce zaczęło mi bić szybciej. Zatrzymałyśmy się przy pierwszym aucie. Ktoś podbiegł przytrzymać mi konia, inna osoba mnie z niego ściągnęła. Z przerażenia uginały się pode mną nogi. Wszyscy mięli ponure miny, atmosfera wydawała się grobowa. Rozejrzałam się po wszystkich. Nigdzie nie widziałam Marka. Myślałam, że mnie zaraz zabiją. Po drugiej stronie ogniska, jakaś postać klęczała związana przodem do ognia, z czarnym workiem na głowie, bez ruchu. Poczułam znajomy zapach, odwróciłam głowę. Stał przede mną Marek. Sam był moim oprawcą, ale w obecnych okolicznościach to on wydawał się być ostoją i ratunkiem. Co za paradoks. Podniósł mi delikatnie głowę do góry, rozpłakałam się, przytulił mnie.
Przybliżył głowę do mojego ucha i powiedział do mnie szeptem zatroskanego ojca:
- Słuchaj Aniu, dzisiaj nie damy rady się stąd wydostać, jest tu z nami lekarz, obejrzy Cię. Nie bój się, nic Ci już nie grozi. Odprowadzę Cię do namiotu, dostaniesz środki przeciwbólowe i usypiające, rano zawiozę Cię do szpitala, jeśli będziesz chciała. Jutro wrócimy do domu. - zaczęłam płakać, przytulił mnie mocniej. Objął w talii i zaprowadził do namiotu. Tam jego kolega -lekarz - mnie zbadał, dał proszki i kubek z wodą. Powiedział, że obrażeń wewnętrznych nie ma ani na dole ani na twarzy. Pojawią się za to siniaki, które po jakimś czasie znikną. Połknęłam tabletki i położyłam się. Marek siedział naprzeciw mnie, ze smutnymi oczami. Przed zamknięciem oczu, zobaczyłam jak zaciska zęby i kiwa w stronę chłopaków głową. Zapadłam w ciężki sen.
Rano gdy obudziłam się, pachniało lasem. Kiedyś ubóstwiałam ten zapach, teraz kojarzył mi się z masakrą, jaka miała wczoraj miejsce. Wyszłam z namiotu. Kilka osób nie spało. Siedzieli przy zgaszonym ognisku, dopijając drinki z nocnej zabawy. Wszędzie było pełno papierków, śmieci i śladów po obfitej imprezie. Podeszłam do jeziora i przykucnęłam, żeby obmyć twarz. Wstając zobaczyłam sporo krwi w miejscu, w którym wczoraj klęczał ktoś, z workiem na głowie. Zaczęłam kojarzyć fakty. Rozejrzałam się nerwowo. Jeden z jego kolegów w czarnej, ubrudzonej skórze powstał i szedł powoli w moją stronę. Wyciągnął spokojnie rękę przed siebie i się uśmiechnął. Zaczęłam biec w stronę koni. Podbiegłam do Midii, odwiązałam ją i chciałam wsiąść bez siodła. Podeszłam do przewróconego drzewa.
- Marek!!! - ktoś krzyknął.
Marek wyszedł z namiotu i spojrzał w moją stronę.
- Nie rób tego Aniu, proszę.
Wdrapałam się niezdarnie na nią i ruszyłam kłusem. Bardzo bolało, ale jedyne czego pragnęłam w tej chwili, to znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Położyłam się niemal na jej szyi, żeby wargi sromowe nie dotykały grzbietu konia. Cała toksyczna atmosfera, całe to zajście... Miał rację co do tego, że jest to nieźle walnięta ekipa. Usłyszałam takt galopu za sobą, zwolniłam do stępa. Byłam za bardzo obolała na ucieczkę na koniu. Nadjechał Marek, zatrzymując chamsko konia i robiąc mu tarkę wędzidłem, aż ten wspiął się lekko. Był bez siodła, jechał obok mnie bez słowa. Ramirez dreptał nerwowo idąc bokiem. Marek nie patrzył na mnie.
- Uspokój się kurwa! - szarpnął konia za pysk. Dojechaliśmy w milczeniu do domu. Marek chwycił Midię i podprowadził pod samo mieszkanie, ściągnął mnie z niej i pozwolił się oddalić. Zabrał konie do stajni. Zobaczyłam dzieci na padoku, które wróciły z Elą z wycieczki. Uciekłam do domu. Marek powiedział jej, że mam chorobowe. Przyjęła to ze spokojem. Wytłumaczył to tym, że spadłam i jestem cała potłuczona, i dał mi tydzień wolnego. Ja pojechałam do mamy w odwiedziny, nie zamierzałam już tam wracać. Byłam u psychologa, zapisał mi jakieś delikatne antydepresanty i coś na uspokojenie. Po dwóch tygodniach mama wyjechała, pozwoliła mi zostać w swoim mieszkaniu jeszcze tylko 3 dni, musiałam coś wykombinować. Usłyszałam pukanie do drzwi, poszłam otworzyć.
Nie wiem skąd wziął adres mojej matki, ale serce stanęło mi na minutę. Marek stał z kwiatami, ubrany w garnitur, w drugiej ręce miał jakiś prezent. Chciałam zamknąć drzwi, nie pozwolił mi. Odepchnął je i wsadził nogę w próg, gdyby przyszło mi do głowy powtórzyć zabieg.
- Chciałem Cię przeprosić. Proszę wróć do stajni, dzieci się o Ciebie pytają, Ela też. Podwoję Ci pensję.
- Nie ma szans, nie proś mnie nawet. Idź stąd i zniknij z mojego życia.
Spojrzał na mój szlafrok, przez który prześwitywała koszula nocna. Jego oczy się uśmiechnęły.
- Ok, a mogę wejść na herbatę? Jak mnie nie wpuścisz, będę tu tak długo siedział, dopóki nie wyjdziesz. - Głupia, dałam się na to nabrać.
- Jedna herbata i znikniesz na zawsze?
Skinął głową i wszedł do środka. Rozglądając się uśmiechnął. Wstawiłam czajnik, nasypałam herbatę do kubka. Poczułam jego perfumy, stał za mną, zupełnie jak wtedy w stajni. Wystraszyłam się, ręce zaczęły mi drżeć. Ocierając ręką o moją rękę, wyciągnął na blat prezent.
- Pomyślałem, że może to poprawi Ci humor - od jego oddechu na mojej szyi, przeszły mnie ciarki. Może do tych perfum, dodał jakiegoś afrodyzjaka?
Wziął czajnik, zalał herbatę i zostawiając ją na stole, oparł się o ścianę.
- Otwórz, proszę.
Otworzyłam prezent, była w środku koperta, a w niej dwa bilety na wczasy dwutygodniowe w Hiszpanii, all inclusive.
- Mam nadzieję, że odpoczniesz, a po odpoczynku wrócisz do nas, chociażby zabrać swoje rzeczy i podpisać zerwanie umowy - podszedł do mnie od tyłu, uchylił szlafrok i pocałował delikatnie w szyję i plecy. Zrobiło mi się ciepło.
- Zawsze będę na Ciebie czekał - Powiedział to półszeptem i opuścił mieszkanie. Byłam zaskoczona reakcją swojego organizmu. Miałam kompletny mętlik w głowie.

Na wczasy wzięłam swoją dawną koleżankę ze studiów, bawiłyśmy się wybornie. Odpoczęłam całkowicie, siniaki zniknęły, znowu wyglądałam dobrze i podobałam się sobie. Leki mogłam już spokojnie odstawić. Niestety, po powrocie musiałam udać się raz jeszcze do tej przeklętej stajni. Nie mogłabym nigdzie indziej podjąć pracy, będąc związana z nimi umową. Poza tym, musiałam zabrać swoje rupiecie.

W dzień, w którym zawitałam tam ponownie lał obfity deszcz. Jazdy zostały odwołane, Ela pojechała do domu. Idąc do stajni, przeszedł mnie zimny dreszcz. Zobaczyłam Marka jak szarpie jakiegoś konia, obok stała przyczepa do przewozu koni i dwaj mężczyźni. Próbowali go wpakować do środka. Marek zniecierpliwiony chciał złamać upór zwierzęcia, uderzając go otwartą dłonią w brzuch i kopiąc czubkiem buta. Koń wzbraniał się coraz bardziej. Dwie osoby pomagały mu, trzymając linę zapartą o zad. Oni byli obecni na tamtym felernym ognisku. Podbiegłam do niego i zabrałam mu konia.
- Zostaw go, on się boi - Marek się uśmiechnął.
- Witaj, kochanie.
Pogłaskałam i uspokoiłam go. Pokręciłam się z nim w kółko, zerwałam trochę trawy i weszłam pierwsza do przyczepy. Koń stał na całej długości uwiązu, patrzył się na mnie. Nie ruszył trawy, po chwili wskoczył do przyczepy przygniatając mnie do ściany. Marek wszedł zaraz za nim, koń skulił się wchodząc maksymalnie do przodu.
- Nic Ci nie jest? - chwycił mnie w ramiona.
- Nie - odepchnęłam go - nie bij go więcej, proszę.
Pogłaskał konia po zadzie i wyszliśmy z przyczepy. Zamknęli ją i odjechali, kłaniając mi się nisko na do widzenia. Przeszył mnie dreszcz tamtego dnia. Spojrzał się na mnie i uśmiechnął.
- Jak było na wczasach?
- Hm, dobrze. - odpowiedziałam obojętnie.
- Poznałaś kogoś miłego? Przydałby Ci się ktoś miły, kto by o Ciebie zadbał.
Rzuciłam mu gniewne spojrzenie.
- Zmieniłeś zamki?
- Nie, ale przygotowałem aneks do umowy gdybyś chciała zerknąć. Pozwól ze mną do biura.
Poszliśmy do biura. Aneks zawierał trzykrotną podwyżkę i brak opłat za mieszkanie.
- Jakbyś chciała zostać, to po jakimś czasie przepiszę na Ciebie wszystkie konie, z wyjątkiem Ramireza. Eli własność to działka, to nie podlega negocjacji.
Targały mną skrajne emocje. Nie wiedziałam czego chcę, co zrobić.
- Zostanę, na trochę, jeśli mi powiesz co stało się z Ad... - głos zaciął mi się na jego imieniu. Wspomnienia wróciły, okropny smród, bród i ból przebiegły po moim umyśle. Przełknęłam ślinę. - z Adrianem.
Marek zagryzł wargi. Pokiwał przecząco głową.
- To w takim razie nie ma umowy.
- W takim razie nie. Prosiłbym Cię żebyś poczekała do jutra, bo Ela ma papiery z rozwiązaniem umowy, a dzisiaj jej nie będzie.
- Jeśli muszę.
Odprowadził mnie do mieszkania. Było zimno, ogrzewanie nie działało. Wzięłam bardzo gorącą kąpiel i przykryłam się kołdrą i dwoma kocami, zamarzałam. Usłyszałam skrobanie zamka. Otworzyły się drzwi, Marek przyniósł farelkę.
- Trzymaj, mam tylko jedną, mnie alkohol rozpala, a Ciebie nie ma kto.
Usiadł naprzeciw mnie, buchnęło ciepło z farelki. Błogosławieństwo. Marek wziął łyka wódki. Chciał podać mi butelkę, ale odmówiłam. Wpatrywał się we mnie bez emocji. To był najlepszy dowód na to, że był socjopatą. Zastanowiło mnie, jak musiało wyglądać jego dzieciństwo. Pewnie było przesycone chorą erotyką i przemocą. Przestałam się na niego patrzeć. Farelka trochę pomogła, ale dalej było mi bardzo zimno. Położyłam się i przykryłam cała kołdrą. Przeklinałam to, że tu wróciłam. Nagle poczułam, że wchodzi pod kołdrę, perfumy pomieszały się z odorem wódki.
- Co Ty robisz? Idź do siebie!
- Cii...cii... zaraz się rozgrzejesz.
Chwycił mnie mocno i przyciągnął do siebie. Znów poczułam jego silną rękę, o dziwo podnieciło mnie to. Jedna ręka była pode mną i dłonią zaczął masować piersi, drugą macał brzuch, miednicę, podbrzusze, aż w końcu zszedł niżej. Było mokro, odwrócił mnie na plecy i położył się niżej. Palcami przebierał wargi sromowe, oblizując ustami soki, które wydobywały się pod wpływem dotyku. Poczułam mega podniecenie i przyjemność. Rozgrzał mnie dostatnio, obrócił na brzuch i położył się na mnie. Nie spodobało mi się to, wyjął nabrzmiałego członka i wsadził głęboko. Wystraszyłam się, nie było to przyjemne. Zaczęłam się wyrywać, chciałam wstać. Chwycił moje włosy i ciągnąc je oparł się na plecach.
- Uspokój się, to nie potrwa długo. Dawno nie waliłem. Cii...
Pracował szybciej i agresywniej. Moja cipka robiła się coraz bardziej mokra, pomimo tego, że bolało. Przycisnął mnie ręką do ziemi. Kochał mieć władzę, dla mnie to było chore.
- A teraz kochanie, powiem Ci co nastanie. Zostajesz tutaj, podpisujesz aneks i zajmujesz się losem tej stajni - zamilkł, nie przerywając pchnięć.
- Po moim trupie, oblechu. - wydusiłam, oddychając ciężko pod jego ciężarem.
- Pojutrze jedziemy z dzieciakami konno na biwak, a za tydzień mamy ognisko z ekipą. - pchnięcia stały się najgłębsze i najbardziej agresywne - nie martw się, Adriana nie ma już na tym świecie, nikt Ci nie zrobi krzywdy.
- Teraz jesteś tylko moja, mmmm... - doszedł.
- Dzwoniłem do Twojej matki. Powiedziałem jej, że się zaręczyliśmy, ale zerwałaś po tym, jak spadłaś z konia i uderzyłaś się w głowę. Lekarz zapisał Ci jakieś proszki, trochę pomogły. Przyjedzie w przyszłym tygodniu na kilka dni, damy jej Twoje mieszkanie, Ty przeniesiesz się do mnie. Weźmiemy cywilny ślub jak chcesz, uprawnię Cię do swojego konta. Nie mogę żyć bez kobiety, dom staje się ruiną, tak samo stajnia.
- Ty masz coś nieźle nasrane we łbie. Mhm, żyj sobie w tej swojej śmierdzącej norze, sam.
Nie wypuszczał mnie z uścisku, rozłożył się przy mnie wygodnie i starał zasnąć.
- Chyba nie chcesz, żeby nagranie trafiło do Twojej mamy, co? Jest ostatnią bliską Ci osobą na tym bezbożnym świecie, a wiesz, że za to obraziłaby się na Ciebie do końca swojego, bądź Twego życia?
Zasnął, zaczął chrapać.

Rano obudził mnie zapach smażonego boczku, Marek robił jajecznicę. Wstałam, poszłam do łazienki pod prysznic. Brzydziłam się swoim życiem. Po wyjściu rozejrzałam po mieszkaniu. Nigdzie go nie było, jajecznica stygła na stole. Podeszłam do blatu, zrobić sobie herbatę i przemyśleć to wszystko. Chwycił moją szyję i położył siłą na blacie. Ściągnął mi spodnie i zapakował się do środka, rozkoszując głęboką penetracją mojego wnętrza.
- Ała!!! Puść mnie gnoju!!! Jesteś nienormalny! Puść mnie kurwa!!! To boli!!!
Nie zwracał uwagi na moje słowa. Pracował biodrami w najlepsze. Po wszystkim, ubrał mnie z powrotem i wyszedł. Poczułam się jak lalka w burdelu. Dzień w stajni minął leniwo, Ela nie pojawiła się. Wieczorem wyjrzałam przez okno. Znowu nie zgaszone światło przed budynkiem stajni. Ubrałam długi, rozpinany sweter i udałam się wyłączyć światło. Przed domem stały trzy nowe, czarne auta. Pewnie Marek przyjmował gości w najlepsze. Zbliżając się do wejścia usłyszałam cichą rozmowę:
- No ale Marek, trzeba gnoja skasować, bo nam robi konkurencję pod miastem. Nie ma litości.
- Waldek, pogadam z nim, spokojnie. Przeniesie się w inny rewir.
- Nie ma szans. Czas mu się skończył. Jak jest się głupim, to się nie wchodzi w taki biznes.
Poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Wepchnięto mnie do stajni.
- Szefie, ta mała podsłuchiwała waszą rozmowę.
- Kto to kurwa jest?
- Ania, co ty tu robisz? - Marek podszedł do mnie rozbawiony - chcesz, żeby chłopaki przez pomyłkę Tobie łeb odjebali? - wyprowadził mnie na zewnątrz.
- Idź do domu, bo stanie tutaj nie skończy się dla Ciebie dobrze. - Pocałował mnie w czoło i poszedł do środka. Zgasiłam światło i poszłam do domu.
Pomyłam podłogi i położyłam się w ciuchach spać. O godzinie 3:30 obudził mnie huk strzałów na zewnątrz, zerwałam się na nogi i pobiegłam do okna. Nie widziałam nikogo, wyszłam przed dom. Mroźne powietrze orzeźwiło mnie na dobre. Udałam się w kierunku stajni, zapaliłam światło.
- Marek! Gdzie jesteś!? - stanęłam na środku ujeżdżalni.
Usłyszałam czyjeś pospieszne kroki, odbezpieczenie broni i strzał. Zalała mnie fala bólu, zemdlałam. Ocknęłam się w karetce, obok siedział wkurwiony Marek.
- Po co idiotko wylazłaś z domu? Mówiłem Ci, żebyś siedziała w chacie!
- Proszę jej nie denerwować. Pani Aniu, zaraz będziemy w szpitalu.
Zasnęłam. Obudziła mnie salowa, która rzuciła metalową tacą na szafkę. Miała tam waciki i jakieś igły.
- Jak się Pani czuje? Coś Pani dolega? Zawołać lekarza?
- Mmm... mmmmm... nie trzeba, nie.
- Panie doktorze, Pani Ania się obudziła. - Do sali wszedł lekarz. Gdy otwierał drzwi zauważyłam na korytarzu policjanta. Podniosłam plecy, zabolało, upadłam na poduszkę. Spojrzałam na moją lewą rękę. Ramie było całe owinięte.
- Co mi jest? Dlaczego tu jestem? Czemu na korytarzu jest policja?
- Spokojnie Pani Aniu. Policja jest dla Pani bezpieczeństwa. Na posesji Marka P. znaleziono ciało Mariusza C. poszukiwanego za handel bronią i przemyt narkotyków. Pan Marek, był jedynym świadkiem na posesji. Został tymczasowo zatrzymany. Zostanie do Pani doprowadzony na wizytę jutro, na własny wniosek, który sąd przyjął. Teraz, niech Pani odpoczywa, jutro przyjdzie do Pani ktoś, spisać zeznania. Została Pani postrzelona w lewe ramię, na szczęście nie głęboko. Żadne ścięgna nie zostały uszkodzone, ani kość.
Kompletnie nie wiedziałam o co chodzi. Kto do mnie strzelał? Gdzie był Marek? Czy zamkną go na zawsze? Co będzie ze stajnią?
Zobaczyłam twarz Eli.
- Panie doktorze, proszę mnie z nią zostawić na chwilę, same.
Doktor z pielęgniarką wyszli.
- Cześć złotko, jak się czujesz?
- Żartujesz? Co się stało? Gdzie jest Marek? Kto do mnie strzelił?
- Marka zatrzymali jako podejrzanego o zabójstwo. Ja ogarniam stajnię, została zamknięta dla gości na dwa tygodnie, konie są na łąkach u znajomego. Pamiętasz cokolwiek?
- Pamiętam trzy czarne auta i jakąś dziwną rozmowę ich w stajni. Potem, po 3 w nocy obudziły mnie strzały, wyszłam poszukać Marka, stałam na środku ujeżdżalni, gdy...
- Padł strzał. Słuchaj, Marek może beknąć za to zabójstwo, ale za nic nie wyda kolegów. Mam propozycję dla Ciebie. Jeśli powiesz, że on był z Tobą... Sąd Ci uwierzy, Marka po obserwacji wypuszczą..
- Nie wiem. A jeśli to się powtórzy?
- A jeśli wyjdziesz ze szpitala, to się powtórzy, a Marek będzie siedział? Zabije pół zakładu z żalu i nikt już Ci nie pomoże. Pamiętaj, że to totalny furiat. Nigdy nie wiadomo co mu strzeli do łba. Gdyby nie jego ojciec, może wyrósł by na kogoś normalnego, ale..
- Ojciec? Od kiedy się znacie?
- Od dziecka. Zawsze byliśmy jak rodzeństwo. Jestem chyba jedyną osobą, której nigdy nie uderzył, ale to tylko dlatego, że miałam pieniądze i dobry pomysł na biznes.
- Czy wy kiedyś...
- Nie. Dla mnie był jak brat. Uważam, że bycie z takim furiatem, musi odznaczać się taką samą dozą szaleństwa.
- A co z jego ojcem?
- Nic. Zgnił jako bezdomny od zakażenia, podobno nogi zjadły mu robaki. Nikt go nie żałuje, uwierz mi.
Nastała cisza.
- On stworzył Marka takim. Bił go, jego siostrę i matkę, je gwałcił obie. Matkę podwieszał do sufitu w stodole, dzieci przyczepiał łańcuchami do ściany i kazał patrzeć jak pastwi się nad nią. Czasami zabijał do tego zwierzęta i kazał im pić ich krew... Straszne rzeczy się tam działy. Marek, jak dorósł, pastwił się nad nim, ale gdy matka zaczęła bronić ojca podzieliła jego los. Siostrę wygnał z domu, za to, że była dziwką własnego starego. Potem kompletnie mu odpieprzyło. Związał się z Mileną i bił ją niemiłosiernie. Tak samo konie, tłucze do tej pory. Nie mogę nic z tym zrobić, one są jego. Moja jest ziemia, taka była umowa. Marek jest potworem, ale bez niego nie mogę decydować o koniach. Pomożesz go wypuścić?
- Skoro taki z niego potwór, może lepiej, by pozostał zamknięty? - Ela skrzywiła się.
- Jak uważasz. Dobra mała, ja spadam. Jestem umówiona z adwokatem. Wracaj do zdrowia, ja i konie czekamy na Ciebie.
- Dzięki.

Nazajutrz czułam się o niebo lepiej. Ręka tylko trochę bolała, stosowali coraz mniejsze dawki znieczulenia. Inspektor miał przyjść o 16. Była 12:30, ktoś zapukał do drzwi. Policjant wprowadził skutego Marka. Serce mi zadrżało, ręka zabolała. Posadził go za krześle naprzeciw łóżka.
- Jak się umawialiśmy, wyjdź.
Młody policjant popatrzył chwilę dłużej na Marka, potem na mnie.
- Tak, może Pan wyjść - powiedziałam, wyszedł.
Marek się smutno uśmiechnął. Miał podbite oko.
- Jak się czujesz, mała?
- Boli mnie ręka. Co się właściwie stało? Kto do mnie strzelił?
- Słuchaj, widzimy się prawdopodobnie ostatni raz... - wstał, podszedł do mojego łóżka, stał tak dłuższą chwilę. Wsadził skute ręce pod kołdrę, zaczął gładzić moje nogi, brzuch. Zamknął oczy. Metal kajdanek był lodowaty, od dotyku zrobiła mi się gęsia skórka. Zatkało mnie.
- Marek, co Ty?
- Cii... Już nigdy nie będziesz musiała tego znosić. Dziś ostatni raz. - wsadził dłoń pod majtki, zaczął masować mi waginę, otworzył oczy. Patrzył się na mnie z dzikim pożądaniem. Wystraszyłam się. Nie mogłam go zwalić z łóżka, najmniejszy ruch którąkolwiek ręką, sprawiał ból.
Po jakże krótkiej rozgrzewce, wyjął swoje prącie ze spodni, wlazł niezgrabnie na łóżko i rozchylił mi nogi.
- Oszalałeś... Ty naprawdę oszalałeś... - szeptałam z niedowierzaniem. Wszedł we mnie, opierając się skutymi rękami obok mnie. Patrzył mi prosto w oczy, zaczął pracować biodrami.
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo - oczy zaczęły mu się przymykać z rozkoszy. Pierwszy raz robił to powoli, delektując się tym. Zrobiło mi się bardzo przyjemnie. Położył się na mnie i pocałował mnie namiętnie. Takiego go nie znałam. Doszedł po czasie i oparł się głową o moją klatkę piersiową. Wyglądał jakby się załamywał. Schował swoje narzędzie do spodni, przykrył mnie. Dał mi całusa i szepnął:
- Żegnaj.
Do pokoju wpadło dwóch policjantów, zrzucili go na ziemię, dostał kopa w brzuch. Podnieśli go, rzucił im nienawistne spojrzenie i wyprowadzili go. Doktor wszedł zszokowany.
- Wszystko w porządku Pani Anno?
Patrzyłam się w martwy punkt pokoju. O 16 przyszedł pan inspektor. Zeznałam, że Marek spał ze mną całą noc. Pytał mnie czy zgodzę się zeznać to przed sądem? Rozprawa odbędzie się za 2 dni. Zgodziłam się. Wieczorem przyjechała po mnie moja mama, zabrała mnie do domu Marka. Zastanowiło mnie czy on tego wszystkiego nie zaplanował. Na podjeździe przed domem stał wóz policyjny, dwóch siedziało w środku, pilnując terenu i miejsca zbrodni.

Mama odprowadziła mnie pod drzwi sądowe, byłam bardzo zdenerwowana. Adwokat poinformował mnie, że Marek nie złożył żadnych wyjaśnień. Godzina 12:00, rozpoczęła się rozprawa, weszli po kolei świadkowie. Widzę dwóch mężczyzn, których nakryłam tamtej felernej nocy razem z nim w stajni. Jeden z nich tylko zeznawał, że był wcześniej u Marka, ale się zwinęli z koniem w przyczepie. Marek siedział, wpatrując się bez wyrazu i emocji w drewnianą ławkę przed sobą. Wyczytano moje nazwisko. Dopiero, gdy stanęłam przy barierce i poczuł moje perfumy, podniósł głowę. Uśmiechnął się smutno. Sąd przepytał mnie, również w sprawie jego żony. Zeznałam jak przed inspektorem, że był ze mną całą noc, ponieważ ogrzewanie nie działało, spaliśmy w moim pokoju z farelką. Jako dowód obrońca dołączył zdjęcia pomieszczenia. Poproszono mnie o zajęcie miejsca, Marek nie spuszczał ze mnie wzroku. Jego żona parskała z niezadowolenia co jakiś czas. Myślała, że dzięki sprawie o biciu jej, obdukcjach i niebieskiej karcie skażą go chociaż na kilka lat. Tak się jednak nie stało, został uniewinniony. Miał wyjść jeszcze w ten sam dzień. Pojechałam z mamą do miasta na zakupy i obiad. Mówiła, że za kilka dni musi wracać, ale zostanie dopóki nie ogarniemy się w domu i z końmi. Wróciłyśmy do domu, zalewałam mamie herbatę, ona opowiadała historię ze swojej podróży, gdy nagle zamilkła. Odwróciłam się, Marek stał na wejściu do kuchni, wpatrzony we mnie jak myśliwy w ofiarę.
- No moi drodzy, zapomniałam coś dokupić, skoczę do miasta - wzięła torebkę i udała się w kierunku wyjścia.
- Nie, mamo, zostań... - zatrzasnęły się za nią drzwi.
Marek podszedł do mnie nerwowo, jego oczy buchały płomieniami. Rzucił się do moich ust, przygniatając rękę.
- Ała, uważaj!
Złapał moją głowę w ręce i całował jak opętany. Potem po szyi, piersiach - odleciał. Rozebrał mnie ssając piersi. Ukląkł, całował brzuch, następnie podbrzusze. Podniósł mnie i posadził na blacie.
- Zwariowałeś? Co Ci w tym więzieniu zrobili?
Przywarł ustami do moich warg sromowych, zaczął działać tam cuda. Trwało to dosyć długo, rozgrzał mnie dostatnio i doprowadził do spełnienia. Tak jeszcze nigdy przy nim się nie czułam. Zdjął mnie i ubrał, jak lalkę. Wziął na ręce i zaniósł do sypialni, dając buzi przykrył kocem.
- Musisz dużo odpoczywać.
Zrobił mi herbatę i przyniósł ją do pokoju. Nie poznawałam go. Jak wyszedł podeszłam do okna. Ela czekała przed stajnią, zaczęli się kłócić. Chwycił ją za ramię i wepchnął do środka. Rozejrzał się dookoła i zniknęli oboje. Później zjedliśmy z moją mamą kolację, każdy spał w innym pokoju. Chociaż ja miałam wrażenie, że Marek w ogóle nie spał. Po kilku dniach mama pojechała do siebie. Miała samolot wcześnie rano, ja wstałam około godziny dziesiątej. Wyjrzałam przez okno po czym cofnęłam się gwałtownie. Na maneżu była jego ekipa na koniach, widocznie czekali na niego. Wystrzelił ze stajni galopem, a oni za nim. Spojrzał w moją stronę przelotnie i zniknęli za drzewami. Nie było go kilka dni. Ela przywróciła jazdy, sprowadziła konie z powrotem. Pomagałam jej ustnie, bo fizycznie nic robić jeszcze nie mogłam. Marek nie odwiedzał mnie. Wpadał raz na kilka dni do stajni. Minął miesiąc, ręką mogłam już poruszać normalnie i stwierdziłam, że pora wziąć się do roboty. Ela wzięła jedną grupę w teren, drugą miałam poprowadzić na ujeżdżalni z ziemi. Nagle z bramy weszła na maneż Kamila. Speszyłam się strasznie.
- Cześć, jak leci? - spytała miło się uśmiechając.
- Jakoś powoli... A u ciebie?
- Pozytywnie. Wpadłam do was po swoje siodło i ogłowie. Jest gdzieś Marek w pobliżu?
- Nie wiem, ostatnio go prawie wcale nie widuję, zadzwoń do niego. - wróciłam do prowadzenia jazdy. Poczułam się lekko zazdrosna, ale nie miałam na swoje uczucia żadnego wpływu.
Po jeździe nakarmiłam konie owsem. Wyjrzałam przez otwarte drzwi stajni. Padała lekka mżawka. Na maneżu stała Kamila z Markiem. Rozmawiali roześmiani, po czym przytulili się i zniknęła w bramie. Marek stał patrząc chwilę za nią. Zawirowało mi lekko w głowie. Następne dwa dni miałam wolne. Pojechałam nad morze, musiałam sobie wszystko przemyśleć, co teraz zrobić. Zadzwoniłam do Eli i powiedziałam jej o tym, że chcę zrezygnować. Przyjęła to chłodno, poprosiłam by nic nie mówiła Markowi, zgodziła się, aczkolwiek niechętnie.
Podzwoniłam po ogłoszeniach, z jednego para właścicieli stwierdziła, że przyjedzie, zobaczyć mnie w pracy i wtedy najwyżej mnie zabiorą z bagażem do siebie. Tak się też stało, na szczęście w ten dzień Marka nie było.

Na nowym miejscu standard mieszkania był nieco wyższy. Stajnia nowa, drewniana. Pełniłam swoje obowiązki, nie myśląc o przeszłości. Poznałam dziewczyny, z którymi chodziłam na imprezy, jeździłam na różne wypady. Wszystko układało się świetnie. Minęło kilka miesięcy, był mroźny marzec. Przez dużą warstwę śnieżną, dało się odczuć brak ruchu w stajni. W ten dzień postanowiłam się wybrać sama na przejażdżkę, ręka wróciła do pełnej sprawności. Miał być dzisiaj tylko jeden klient w teren, ale dziewczyny powiedziały, że się nim zajmą. Wracając z terenu do pustej stajni, ujrzałam postać w skórzanej kurtce, opartą o ścianę stajni. Myślałam, że to stajenny Marcin. Rozebrałam konia w boksie, poczułam czyjąś obecność przy wejściu. Przeszedł mnie dreszcz. Udawałam, że go nie widzę.
- Pięknego Ci tu dali konia, pasuje do Twoich włosów. -
Znajomy głos. Gęsia skórka. Jak? Przecież to niemożliwe, Elka obiecała nie zdradzać miejsca mojego pobytu.
- Dużo czasu zajęły mi poszukiwania, sprytnie się zaszyłaś, mała. - znieruchomiałam. Poczułam, że stoi tuż za mną. Przełknęłam ślinę. Złapał od tyłu moją lewą rękę, obejrzał ją i pomacał.
- Ręka widzę zdrowa. A jak reszta ciała? Umysłu? - drwił ze mnie. Spuściłam głowę na dół, nie miałam pojęcia, co teraz zrobi. Przycisnął mnie do ściany i przystawił usta do mojego ucha, szepcąc:
- Nie będę Ci tu robił poruty, daję Ci godzinę. Będę czekać w aucie, spakuj się i wracaj do mnie. Bardzo mnie zraniłaś tą ucieczką, mamy do pogadania. Inaczej i tak tu nie będziesz pracować, ani nigdzie indziej, wiesz dlaczego?
Marcin widząc tę scenę wtargnął do boksu i pociągnął Marka za ubranie. Marek uderzył go pięścią w twarz i gdy chłopak upadł usiadł na nim, gotowy do kolejnego strzału.
- Kto to kurwa, Twój kochaś? Nie radzę, bo zabiję gada!
- O matko! Proszę zejdź z niego, to nie jest mój facet, to stajenny! Dobrze, za godzinę zejdę z walizką, idź już stąd! - pomogłam wstać Marcinowi, przeprosiłam go i kazałam przekazać szefostwu, że muszę jechać i nie wiem czy wrócę. Oni akurat byli za granicą, załatwiając sprawy związane ze swoją firmą.
Pakując się, płakałam. Myślałam, że da mi spokój. Życie za życie... Tak się jednak nie stało. Zeszłam z walizką, Marcin pomógł mi ją zanieść do auta, w którym siedział cierpliwie czekając Marek. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Pożegnałam się uściskiem z Marcinem, otarł mi łzę. Wiedziałam, że to doprowadzi Marka do szewskiej pasji.
Wsiadłam, ruszył z piskiem opon. Jechał z dużym przekroczeniem prędkości, bez słowa. Z zaciśniętymi zębami wymijał w niebezpieczny sposób pojazdy. Był wściekły. Czekało nas dużo godzin jazdy. Po jakimś czasie zasnęłam. Gdy się obudziłam, dookoła było ciemno i pusto. Staliśmy na jakimś leśnym parkingu, Marek palił papierosa. Dziwne, bo nigdy wcześniej tego nie robił. Zauważył, że nie śpię i wyciągnął mnie za rękę na zewnątrz. Poyślałam, że chce mnie zabić.
- I co teraz? Co mam z Tobą teraz zrobić?
- Daj mi spokój, zostaw mnie. Pomogłam Ci nie trafić za kratki, zrób dla mnie to samo, daj mi wolność.
- Wolność powiadasz - zaśmiał się patrząc nieobecnym wzrokiem w ziemię. - właź do środka, na tył.
- Nie.
- Co znaczy nie? Właź sama, bo inaczej Cię tam wsadzę - zaboli.
Wiedziałam, że nie żartuje. Był strasznie pobudzony, kipiała z niego nienawiść.
Otworzyłam tylne drzwi, było bardzo zimno na dworze. Siedzenia były rozłożone, chciałam się wyprostować, ale popchnął mnie i wpadłam do środka. Zapakował się zaraz za mną. Auto było przyjemnie nagrzane w środku.
- Rozbieraj się.
- Co? Zwariowałeś, nie ma mowy.
- Rozbieraj się, bo Cię zabiję. Przez te miesiące nikogo nie waliłem, zajebałem trzy osoby, możesz być kolejną, więc dobrze Ci radzę, nachy w dół.
Popatrzyłam na niego błagalnie, nie miał w sobie litości. Rozpięłam kurtkę i bluzkę, zostając w staniku. Ściągnęłam spodnie i zablokował mi ręce. Rozerwał stanik, zabolało. Wtulił się w moje piersi, ręką zaczął błądzić po ciele. Poślinił palce, później nimi moje krocze. Wszedł bezlitośnie, brutalnie - jak zawsze. Bałam się poruszyć, obserwowałam jego twarz. Widać, że był bardzo zmęczony. Ciekawe ile dób nie spał i "jechał na białym". Otworzył oczy i spojrzał głęboko w moje, uciekłam wzrokiem. Pobawił się chwilę piersiami, pocałował mnie przelotnie i doszedł we mnie. Upadł obok mnie zmęczony, przytulił się i chciał spać.
- Poprowadzę. - ubrałam się i chciałam przesiąść, żeby ruszyć w stronę domu, objął mnie i przyciągnął do siebie.
- Daj mi godzinę.
Po godzinie wstał, przesiedliśmy się do przodu i ruszył. Wydawał się spokojniejszy. Do domu zostały dwie godziny jazdy. Jechał najszybciej jak potrafił. Zaparkował przed domem, gdzie stało czarne auto z ludźmi w środku.
- Oni są by nas pilnować. Jeden skurwysyn na mnie poluje, ale niedługo go odstrzelimy.
Wziął walizkę i weszliśmy do jego mieszkania.
- Ręczniki są w łazience. - powiedział bardzo zmęczonym głosem.
Wykąpałam się, on zaraz po mnie. Tylko się położył, przytulił i od razu zasnął. Spał cały dzień, nie wypuszczając mnie z łóżka, pod wieczór przebudził się i przyszedł za mną do łazienki.
Brałam prysznic. Przycisnął do ściany i zrobił to co zawsze. Pocałował mnie w ramię i położył się. Dołączyłam do niego, poddając się. Nigdy się od niego nie uwolnię.
Dodaj do ulubionych
7,280
Podziel się ze znajomymi
6.32/10

Jak Ci się podobało?

Średnia: 6.32/10 (19 głosy oddane)

Komentarze (0)

brak komentarzy

lub

opowiadania erotyczne

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Wchodzę

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.