Dziwne dziwy (I)

pimafucin pimafucin

9 września 2017

34 min

Poniższe opowiadanie znajduje się w poczekalni!

Matthew był nie za wysokim, przystojnym mężczyzną przed trzydziestką. O ciemnych, niedługich włosach i czarnych, dzikich oczach. Tak pomyślała o nim jego protegowana, gdy po raz pierwszy wszedł do pokoju. Stanął na końcu tłumu, pustym wzrokiem patrząc na przemawiającego. Omiótł wzrokiem grupę ludzi, zatrzymując się na ładnej brunetce w ponętnej sukience. Nie na tyle długo, by zwróciło to jej uwagę. Zawsze starał się być cieniem.

Pochodził z bogatego domu, nie korzystając jednak z pieniędzy rodziców, starał się zarabiać na siebie i szanował to, co robi. Niewiele mówił, darząc tylko od czasu do czasu swoich rozmówców dzikim i niepokojącym spojrzeniem. W swoim wydziale miał ksywę Bosun. Znany ze swojej porywczości i tajemniczości potrafił przeszyć na wylot spojrzeniem ofiarę, zanim zaatakował ją jednym, pełnym sarkazmu i obrazy zdaniem, po czym znudzony zajmował myśli czymś zupełnie innym. Nikt nie wiedział nic o jego życiu prywatnym, nawet o przeszłości jego nie było zbyt wiele wiadomo.

Z pokoju wyszło kilka ważniejszych osób, zostali szefowie departamentu bezpieczeństwa krajowego (Jeff Bolt, Andrew Gkalsky i Bruno Brunner), dwie lokalne gliny, poszkodowana i Bosun. Wszyscy oprócz niego byli zainteresowani całą sprawą. On arogancko usiadł na parapecie, za siedzącą przed nim tyłem dziewczyną i myślał o czymś innym, będąc zupełnie gdzieś indziej. Zapatrzył się w przypadkowy przedmiot. Cały wydział był przyzwyczajony do jego odlotów i nikomu to już nie przeszkadzało.

Alice była średniego wzrostu, nie za szczupłą dziewczyną, ubrana w czarne legginsy, tunikę na ramiączkach prezentującą jej pokaźny biust i brudne, różowe buty sportowe -jedyne co zauważył w niej Bosun. Nie zwracała specjalnej uwagi mężczyzn i na tym jej zależało. On napawał ją lękiem i dziwnymi negatywnymi uczuciami. Ciszę przerwał głos Jeffa:

- Pani Bourne, prosiłbym o powtórzenie tego, co powiedziała nam pani, zanim przyszedł agent Darynski (Bosun).

- Wracałam wieczorem ze stajni. Przechodząc małym parkiem do auta, usłyszałam gwałtowny szelest dobiegający zza krzaków. Przystanęłam na chwilę, gdyż kiedyś zdarzyło mi się tam natknąć na stado dzikich świń, które niezbyt przyjemnie potraktowały moje nadejście. Coś się szamotało, ale nie był to dźwięk, jaki wydaje zwierze, był zbyt szybki, zachłanny. Próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności, patrzyłam w stronę dochodzącego odgłosu to na krzaki, to na sosny w oddali. Po chwili szelest ucichł i zaczęło coś głucho chlupać. Obawiałam się najgorszego, ale jeszcze to do mnie nie docierało. Nie wyciągając telefonu z kieszeni, wyciszyłam go, po czym napisałam SMS-a do Naraya. To pracownik mieszkający przy stajni, który sprawuje całodobową pieczę nad zwierzętami znajdującymi się na obiekcie i w razie problemów wzywa weterynarza. Pisanie zajęło mi dużo czasu, ale na szczęście udało się i wezwał odpowiednią pomoc. Stałam bez ruchu i widziałam jak Naray przystanął na skraju parku, oparty o drzewo, obserwując mnie czy nic mi nie jest. Przy nadjeżdżaniu służb, dźwięk zza krzaków wzmocnił się i zaczął oddalać w stronę parku. Sparaliżował mnie strach, nie mogłam się ruszyć jeszcze długo po nadjechaniu policji i karetki. Przesłuchanie, potem zjawiło się FBI, a potem dowiedziałam się z gazet i telewizji, kto był sprawcą napadu i jak niewiele dzieliło mnie od podzielenia losu mojej koleżanki ze stajni, która w tych krzakach... - umilkł jej głos. Była całą tą sytuacją przygnębiona. Jej koleżanka Annie przeżyła napad napastnika. Jednak ledwo, i do tego wciąż była w śpiączce. Alice nie była już na siłach o tym opowiadać. Zamilkła i patrzyła się tępo w podłogę.

Bosun się ożywił, rozbawił go smutek dziewczyny. Uśmiechnął się psychopatycznie do swoich myśli. Rzekł do niej kpiąco, od niechcenia:

- Potrafi pani siłować się z koniem, Naray jak mniemam, potrafiłby powalić konia z jeźdźcem i nie potrafiliście zrobić nic w tej sytuacji? - dał do zrozumienia, iż dla niego logiczne jest to, że ktoś o imieniu Naray nie mógłby mieć innego koloru skóry niż czarny.

Dziewczyna, odwracając się gwałtownie, skarciła go spojrzeniem. Widząc jego udawane zdziwienie na rozbawionej twarzy, miała ochotę uderzyć go w nią. Powstrzymała się jednak, ignorując pytanie i do smutnego spojrzenia wlepionego w podłogę, dołączyła złość z jego kąśliwej uwagi. Jeff i reszta obecnych na sali stwierdzili, że nie ma co jej męczyć. Bosun miałby świetny ubaw, zadając jej trudne pytania, jednak spotykając się z oporem dziewczyny, mógłby zrobić się mniej przyjemny. Lubi, gdy ludzie go nie rozumieją i się go boją, uwielbia wzbudzać respekt. Alice wiedziała, jak oprzeć się manipulacji, miała ochotę odgryźć się, ale zaniechała, uwzględniając swoją równowagę emocjonalną.

- Dobrze, w razie pytań będziemy... - zaczął zmęczony już Jeff, ale przerwał mu Bosun.

- Jutro chciałbym, by pani pokazała mi owo miejsce i przy pomocy Naraya -wymówił to imię z niespodziewanym zdziwieniem -zrobimy wizję lokalną całego zdarzenia. Jeśli to nasz poszukiwany, będą tam odpowiednie znaki przedstawiające drwinę z nieudolności całego FBI. Zatem, do jutra.

Uśmiechnął się, najszczerzej jak potrafił i nie żegnając z nikim, wyszedł z pomieszczenia. Mina mu zrzedła, widząc spoglądających na niego ukradkiem policjantów, urzędników i adwokatów przemierzających wielką marmurową salę.

- Nienawidzę świata. - burknął do siebie i ruszył do wyjścia, przyjmując nijaki wyraz twarzy.

Alice pożegnała się ze wszystkimi i wyszła przed budynek, wyciągając telefon. Zadzwoniła do mamy i opowiedziała, jak poszło, pomijając słowa złośliwości, które padły w jej kierunku. Po powrocie do domu wzięła długą i ciepłą kąpiel.

Nazajutrz rano Alice zajechała swoim małym czarnym i zżartym przez rdzę autem na parking stajni. Bosun oparty o swojego starego, brzydkiego mustanga palił papierosa, plując co jakiś czas i śmiejąc się do siebie. Wyglądał, jakby błądził myślami nie po tym świecie. Przebrnęło jej przez myśl to, jak bardzo go nie lubi. Wysiadła i mijając go bez słowa ani spojrzenia ruszyła dzielnie naprzód. On dopiero po wyczuciu jej perfum, ocknął się. Miała jasne blond włosy, rozrzucone w każdą stronę małe loki, które się jej robiły, gdy nie uczesała ich po umyciu. Rzucił subtelnie w stronę oddalających się pleców:

- Witaj piękna.

Zbiło ją to trochę z pantałyku. Pomyślała, że to żart z jej tuszy i nie odpowiedziała nic, idąc dalej.

Bosun uśmiechnął się, obserwując jej kształty i zastanawiając, czy jest ktoś, kto spogląda na nie łapczywie. Rzucił peta na ziemię i ruszył za nią. Myślał o tym, czy seryjny gwałciciel, którego szuka cały kraj, odważyłby się rzucić na nią znienacka. Zastanowił się, dlaczego nie boi się chodzić sama. Władze zaleciły nie chodzić paniom bez towarzystwa, nawet do sklepu.

Ich poszukiwany nazywany był Srebrnym Łosiem. Wybierał sobie dziewczyny zgrabne, drobne, które łatwo można obezwładnić i uciszyć. Ogłuszał je, nie zabijając i zabierał się do dzieła. Macał każdą część ciała i wąchał włosy, wycinał nożem drobny kwiat na plecach, naznaczając te które „zdobędzie”, po czym posiadał je łapczywie i dogłębnie. Ślady naskórka i spermy nie wskazywały na nikogo z bazy. Był cichutki, nie wydawał z siebie nawet dyszenia, dźwięku oddechu -z relacji świadków -tylko szelest ubrań i krzewów, w których ukrywał się z ofiarą. Nie działał w afekcie, zbrodnia zawsze wyglądała tak samo. Wszystko przemyślane, zrobione wręcz ze ślimaczym spokojem, bez obaw o wpadkę. Z krzaków świadkowie widzieli wystające ogromne rogi jelenia.

Bosun przebudził się z zamyśleń, zatrzymując na ramieniu Alice, gdyż nie zauważył, że przystanęła. Odsunęła się od niego, nie zwracając nań uwagi i pokazała palcem miejsce, gdzie przeżyła najstraszniejsze chwile w swoim dotychczasowym życiu.

- To tutaj. Zeznania pewnie masz ze sobą. Ja stałam w tym miejscu -wskazała kółko narysowane białym proszkiem na ziemi -a Naray tam -i wskazała miejsce na skraju parku przy drzewie. - Do niczego więcej nie jestem ci potrzebna.

Ruszyła w stronę stajni, nie patrząc na niego. Wyjął magnetofon i zaczął wymawiać głośno swoje spostrzeżenia. Zauważył znaki, o których wspominał wcześniej...

Alice miała dzisiaj trening ze swoją ulubioną trenerką. Była mistrzyni świata z chęcią udzielała jej lekcji, oczywiście nie za darmo. Alice jeździła na swoim ukochanym, siwym wałachu, o imieniu Shadow. Gdy akurat kręciła wolty w galopie, na komendę swojej nauczycielki, do barierki zbliżył się Bosun. Oparł się o nią dwoma rękami i patrząc na dziewczynę, zamyślił się z posępną miną. Już dawno nie widział nic piękniejszego. Widok kobiety na koniu, w pełnym skupieniu i harmonii -pomyślał, że to o tym tak pięknie pisali Ci najwięksi. O piękności świata, zawartej w obrazach z cudownych wspomnień. Ułamki sekund, które zaważyły na załamaniu się brutalnego i ponurego świata, jaki znał, z totalnie nieznanym światem, w którym nie panuje chaos. Po skończonej jeździe widział, jak Alice bierze siwego na kantarze na spacer i myjkę. Stwierdził, że dołączy do niej, nie pytając o zdanie. Shadow spłoszył się, widząc nadchodzącego przybysza, przytrzymała go i uspokoiła.

- Co ty tu jeszcze robisz? Nie mam zamiaru odpowiadać ci już na żadne pytania- jego cicha nadzieja, o niezauważeniu go przy belkach ujeżdżalni spełniła się, na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.

- Chciałem zapytać, ile kosztuje tu nauka jazdy. Moja siostra bardzo lubi konie.

- Nie wiem, jestem tu na innych zasadach. Siwy jest moim koniem, poszukaj Katriny, ona jest właścicielką.

Bosun poczuł poirytowanie, zapomniał już, jak rozmawia się z dziewczyną. Ba, zapomniał nawet, jak rozmawia się z normalnymi ludźmi. Kiedyś miał kogoś, kogo kochał, ale wydawało mu się to oddalone o tysiące lat świetlnych. Pomocy w przełamaniu rozmowy nie ułatwiała niechęć i trudny charakter Alice. Skończyła kąpać konia i podążyła w kierunku małej, nieskoszonej łączki. Była zła na siebie i niego, odprowadził ją wzrokiem i rozpłynął się w powietrzu, jak dym z papierosa, którego właśnie odpalił.

Minęły trzy miesiące. Grudzień. Alice przygotowywała swojego końskiego przyjaciela, na przejażdżkę w teren. Było przedpołudnie, wszędzie krajobraz wydawał się mleczny, było dużo śniegu. Ostre słońce odbijało drobinki brokatu, który leżał dookoła stajni i pięknie się mienił, mróz nie dopuszczał do roztopów. Wyprowadziła ubranego w siodło i ogłowie siwego, wsiadła i ruszyła spokojnie, w obawie czy pod śniegiem nie ma lodu. Skrzypiał pod nogami biały puch lecący z nieba, poczuła się jak w raju. To była jej ulubiona pora roku. Zero owadów, uporczywego upału i mniej ludzi wszędzie. Czyli więcej świata dla niej i jej dzielnego konia. Po występowaniu pogoniła go do kłusa, po dobrze znanej jej ścieżce, w kierunku lasu. Przekraczając jego próg, dała sygnał do ostrożnego galopu, coby się rumak nie poślizgnął. Dojeżdżając do swojego ulubionego miejsca, zwolniła, dając siwemu odsapnąć i pooddychać mroźnym i bolącym w płucach od świeżości powietrzem. Była to droga otoczona z jednej strony murem ogromnych, gęstych świerków, których rozłożyste gałęzie skierowane były w dół, pod naporem ciężaru śniegu. Kochała ten widok, latem słychać było zza nich strumyk, ale wierzchem nie miałaby szans przedostać się przez ten busz w celu ujrzenia go. Wolała sobie wyobrażać ten widok, zamykając oczy i delektując się chwilą. Shadow burknął niskim tonem. Z drugiego końca drogi odezwał się cienkim i przerażonym rżeniem ciemnogniady koń. Stał, machając nerwowo ogonem i co chwilę spoglądając w dół. Coś leżało przed nim. Popędzili w jego kierunku, zatrzymała rumaka i zsiadła, żeby nie przestraszyć drugiego. Robiło się powoli ciemno, ale udało jej się go rozpoznać. To był Jasper, koń jej koleżanki ze stajni, zdziwiona co on tu robi, zbliżała się, przyspieszając. Puls zdecydowanie jej podskoczył, wyjęła telefon i włączyła w nim latarkę, by się lepiej przyjrzeć całej sytuacji.

- O matko -jęknęła z przerażenia. Bez ruchu leżała Doris, Jasper był przywiązany za wodze do złamanego drzewka obok, caplował z nerwów, był cały spocony. Dziewczyna leżała z porozrywanymi ubraniami, trochę we krwi, nieprzytomna. Alice zadzwoniła do FBI z wizytówki, którą jej ostatnio dano, namierzyli ją i wysłali pomoc. Sprawdziła jej puls, jak w poprzednim przypadku, żyła. Ściągnęła z siebie ciepłą kurtkę, zostając w grubym, błękitnym swetrze i przykryła nią koleżankę. Była przerażona, bała się, że ten szaleniec gdzieś tu się jeszcze kręci, i słusznie. Konie się odezwały, obróciła się w prawo, ujrzała w ułamku sekundy maskę jelenia z rogami na głowie, dostała czymś w ucho i ciemność.

Po przyjechaniu policji, karetki, w lesie zrobił się szum i dyskoteka świateł. Alice leżała na noszach zziębnięta, z owiniętą bandażem głową i lekko kaszląc, starała się jakoś pomóc. Znikąd pojawił się przed nią Bosun.

- Witaj piękna. - Rzucił do niej i ściągnął z siebie skórzaną kurtkę, w której chodził cały sezon. Nakrył ją i bez oczekiwania na odpowiedź i poszedł wypełniać swoje obowiązki. Ściągnięto dziewczyny i konie do stajni. W miejscu zabezpieczono ślady, trwało to dobre trzy godziny. Alice miała już wszystkiego dosyć, ręce jej były bardzo odmrożone. Stojąc przy swoim samochodzie, stwierdziła, że nie da rady siedzieć w zimnym aucie i prowadzić. Wyciągnęła telefon, żeby zadzwonić po przyjaciółkę, wtedy niespodziewanie ujrzała przed sobą Bosuna. Przycisnął ją do auta, opierając ręce na nim i patrząc jej w oczy, powiedział, że ją odwiezie. Poczuła się dwojako, jednak dezorientacja nad strachem wzięła górę. Objął ją ramieniem i odprowadził do swego starego mustanga, który już grzał się na chodzie, spoglądając za siebie czy nikt ich nie widział. Wpakował ją do środka i odjechał z piskiem opon. Nie wiedział, co robi, miał ogromną ochotę zaopiekować się nią, a raczej spenetrować dogłębnie. Dziwiło go to, bo nigdy nie zwracał uwagi na większe dziewczyny, ale to już nie miało kompletnie znaczenia. Nie dał po sobie nic poznać, odpalił papierosa. Rozsiadł się wygodnie za ogromną kierownicą brudnego mustanga i spoglądał na nią z dziwnym uśmiechem. Alice bolała głowa i nie bardzo wiedziała, co się dzieje, nie była w stanie rozmawiać. Dojechali, otworzył jej drzwi i pomógł wysiąść, ale tam, gdzie wysiadła, nie było jej domu. Nie przypominało jej to niczego, co znała, okolica była bardzo brudna i ponura. Stali na podeście przed dużym, ciemnym i strasznie staro wyglądającym domem. Zaprosił ją gestem i pomógł iść. Weszli do środka, o dziwo było bardzo czysto, ale pusto i smutno. Jakby nigdy tego domu nie odwiedziło życie.

- Wiem, że mieszkasz sama, ale bycie teraz samej, to ostatnie czego Ci potrzeba. Zaopiekuje się Tobą. - uśmiechnął się psychopatycznie jakby do siebie.

- Ale Ty... nie masz ogrzewania, a mi jest bardzo zimno. Czemu mieszkasz w takim brzydkim i zimnym miejscu?

"Serio?" - Pomyślał - "Jedyne co cię teraz martwi, to brak ogrzewania? Rozbawiło go to."

- To miejsce odzwierciedla moją duszę.

- Lub raczej jej brak. Jak można mieć tak ponuro w środku? Nie myślałeś o jakimś złotym środku? Cokolwiek co by ci rozjaśniło tę pustkę, która gości w Twoim beznadziejnym sercu i życiu?- dopiero po jego smutnym, czarnym spojrzeniu, odniosła wrażenie, jakby właśnie opisała powód swojej obecności w tym miejscu. Kamera jej oka rozejrzała się dookoła, pasował tu. Był ciemny i smutny jak to miejsce. Tylko wydychana para z nosa i ust potwierdzała to, że jest żywy, że nie jest elementem wyposażenia. Dreszcz przeszedł jej przez całe ciało, sutki stwardniały od zimna i zabolały. Zrobiło jej się niedobrze. Nic nie umknęło jego bystremu spojrzeniu, uśmiechnął się.

- Chcesz, mogę Cię odwieźć do domu, ale uważam, że on już wie, gdzie mieszkasz i mógłby Ci coś zrobić. Zabrał Ci dokumenty tak? Wysłałem jeden patrol do obserwowania Twojego mieszkania. Jutro załatwi się kogoś, kto będzie udawał, że wrócił tam jako Ty. - Chciał móc zamknąć się z nią w tym domu i już nie wychodzić. Nie miał pojęcia, skąd u niego nawał uczuć do tej dziewczyny. Był zaskoczony i podniecony tym faktem, tak dużo dawało mu jej ciepło.

- Przygotuję ci kąpiel i postaram się ruszyć piec, aczkolwiek może być problem, bo kilka lat go już nie używałem. - zniknął w drzwiach bezszelestnie.

Alice stwierdziła, że rozejrzy się trochę. Wszystko było szare i twarde. Nie było nawet miejsca, gdzie można miło się rozsiąść. Jedynym miękkim punktem w dużym pokoju , do którego weszła, była nierozkładana kanapa. Miejsce na niej było dosyć wyżłobione, wyglądało na to, że on na niej śpi. Dziwne -zero pościeli, poduszki. Stała niemal na środku, dookoła wszędzie było pełno książek, zero elektroniki. Naprzeciw kanapy kominek, który rzeczywiście nie był odpalany dawno. Wszystkie okna były zabite deskami od środka. "Boże, on naprawdę nienawidzi świata"- pomyślała. Zaczęła się bać. Zastanawiało ją to czy to on przypadkiem nie jest tym gwałcicielem, bądź jakimś innym psycholem. Podłoga skrzypiała, jak się po niej przechadzała. W rogu stał drewniany ponury stół i krzesła, na nich kurz i nic więcej. Poszła do pokoju naprzeciwko, był dywan i ogromne drzewo narysowane na ścianie tuszem, bez liści, bez niczego. Po drugiej stronie sterty książek.

Obawiała się iść dalej w dom, więc pozostała na miejscu. Poczuła na szyi oddech i mocny zapach imbiru. Stał blisko niej, napawając się zapachem jej ciała i perfum.

- Proszę, herbata z imbirem powinna pomóc. Nie da rady jednak odpalić tego kominka, to głupie, ale nawet nie ma tu gdzie spać. Może podwiozę cię do hotelu, jak się wykąpiesz? Bądź teraz i wykąpiesz się w hotelu?

Alice rzuciła nieufne spojrzenie na kubek, który trzymał. Uśmiechnął się i wziął łyka, po czym jej podał. Zaufała, że nic w nim nie ma i się napiła. Choć nienawidziła ciepłych napoi, to w tym momencie, stojąc pośrodku lodowatej pustki, stwierdziła, że może jej to uratować życie, zaciekawił ją sobą.

- Co robisz, kiedy nie pracujesz? - Poszła do dużego pokoju i usiadła na twardym krześle przy stole, żeby nie stracić trzeźwości umysłu. Podążył za nią, stanął w drugim końcu pokoju, obserwując ją z zaciemnionego kąta, odpalił papierosa. Pojawił się płomień i mała pomarańczowa kropka, jego nie było widać.

- Czytam, myślę. - "Męczę się ze sobą"- dodał w myślach..

- Dlaczego nienawidzisz świata?- zapytała, nie patrząc na niego i tak nie była w stanie go ujrzeć, poza żarem od papierosa. Zrobiło jej się niedobrze.

- Nie wiem, tak już po prostu jest. Jedni się rodzą szczęśliwi, inni nie. Spójrz na nas. Jeden do jednego. - kończąc jednego papierosa, odpalił drugiego.

- Wierzysz w inny wymiar? W inny świat?

- Wiem, że on istnieje, tylko mnie błędnie zesłano. - zaśmiał się grubiańsko -ale nie mogę rozgryźć, dlaczego na mojej drodze postawiono ciebie. - gwałtownie urwał i dokończył papierosa. Liche światło padało na jedną stronę kanapy i stół gdzie siedziała. Poczuła się bardzo zmęczona i przygnębiona, zakręciło jej się w głowie. Wstała, chciała spać, ale nie chciała zostać sama. Nie zważała już na jego gierki, nogi się pod nią uginały.

- Bardzo chciałabym wrócić do domu i iść spać -podeszła do ciemności, w której się schował. Nie bała się, było jej obojętne, co się stanie, słabła. Wyciągnęła rękę w mrok, ale nie poczuła jego nigdzie, zamknęła oczy i zasnęła.

Złapał lecącą, pogrążoną we śnie dziewczynę pod pachami i położył na kanapie. Oparł się o zabite deskami okno i długo myślał. Poszedł po koc do bagażnika i starannie ją okrył. W powietrzu unosił się zapach konia. Wiedział, że będzie spać jeszcze parę godzin, wyruszył na zakupy. Tyle lat nie miał gości, tak długo z nikim nie rozmawiał. Pokładał w niej ogromne nadzieje, natomiast bardzo ostrożnie, już kiedyś się nadział.

Alice obudziła się, poczuła się bardzo zziębnięta i przez te okna nie wiedziała, jaka jest pora dnia. Wydawało jej się, jakby spała wieki. Rozejrzała się po pokoju, nie było nikogo. Przez drobne szczeliny, gdzieniegdzie wpadał mały snop światła, domyśliła się, że jest dzień. Poszła do łazienki. Była ponura, ale ekskluzywna, czysta i błyszcząca, zupełnie inaczej niż reszta domu. Myślała, że zastanie deskę z dziurą i drewnianą skrzynkę ze starym wiadrem. Zaśmiała się, miło było się pomylić w pozytywny sposób. Nalała sobie gorącej wody z płynem i pospiesznie się rozebrała. Normalnie byłaby spanikowana, ale dosypał narkotyku do herbaty, który sam przyjmował swego czasu, dlatego kąpiel samej, w zamkniętym, ogromnym domu wydawała jej się świetnym i bezpiecznym pomysłem. Wskoczyła do środka, przykrywając piersi i łono pianą. Ściągnęła bandaż z głowy, obmyła ranę. Usłyszała, że ktoś wszedł do domu. Bosun położył zakupy w kuchni i zapukał do łazienki, krzyknęła, by nie wchodził. Z trudem się powstrzymał. Przygotował jedzenie na stole, kupił wszystko, co mogłaby pragnąć, zjeść kobieta na śniadanie. Ucieszona jego krzątaniem, wyszła z wanny i zaczęła się szybko wycierać. Usłyszał to i wsunął jej przez szparę otwartych drzwi pudełko z prezentem, była to sukienka. W domu panował ogromny ziąb, ale Alice pod wpływem specyfiku stwierdziła, że sukienka jest śliczna i że ją ubierze. Była czarna, na ramiączkach, do kolan, dekolt nie za duży, uwypuklał jej piersi. Materiał na dole był lekki i luźny. Wyszła na palcach, w samej sukience na przedpokój. Od razu wyczuł jej zapach po kąpieli. Odstawił wino i szybko znalazł się przy wyjściu na korytarz. Stała przy ścianie na palcach, uśmiechając się i nie odczuwając zimna. Nie wytrzymał. Rzucił się na nią, przygniatając do smutnej, szarej, drewnianej ściany. Złapał ją w talii i przycisnął swój nos i twarz do jej głowy. Tak dawno tego nie czuł, bardzo tego pragnął. Czuć ciepło kobiecego ciała, nie mógł się dłużej powstrzymywać. Przytulił ją do siebie i poczuł swoją erekcję. Dziewczyna chichotała wesoło i próbowała się odsunąć. Nie dała rady, wystraszyła się, specyfik przestawał działać. Obraz przed oczami zrobił się poziomy. Poczuła zimno w jednym momencie, a w drugim ciepłe ciało na sobie i po chwili jego w niej. Zaczęła walczyć, starała się go odepchnąć, prosiła, nie krzycząc, by ją zostawił, żeby z niej zszedł. Nie miała pojęcia, gdzie jest, co tu robi i co się dzieje. Bała się krzyczeć, miał taki nieobecny wzrok szaleńca. On zdawał się tego w ogóle nie słyszeć. Patrzył się w dal, w dal swojego szaleństwa. Szalały jego zmysły, myśli, jego członek. Trwało to dosyć długo, po wszystkim wstał i niosąc ją siedzącą na sobie, zaczął nalewać gorącej wody do wanny. Alice na nowo płakała po cichu i bała się spojrzeć mu w twarz. Jej myśli szalały i skupiały się na tym, ile to trwa i dlaczego nic nie pamięta. Trzymała głowę na jego muskularnym ramieniu, jej łzy spływały mu po plecach. Bosun doszedł do siebie i czuł się jak w niebie. Ułożył ją delikatnie w wannie, gdzie piana zaczęła przykrywać jej ciało i sukienkę. Popatrzył chwilę na ten widok i się uśmiechnął. Wrócił do pokoju przygotować kolację.

Otworzył wino i majstrował przy kominku, gdy zapukał ktoś do drzwi. Był to kominiarz, wszedł i nie patrząc na boki, wziął się do pracy. Alice płakała i zasypiała z głową na wannie, była zrezygnowana, zmęczona i przerażona całą sytuacją. Bała się co będzie dalej, nie słyszała żadnego hałasu, ani gościa. Zapłacił i podziękował kominiarzowi. Odpalił kominek, buchnęło żarem i pokój zaraz zrobił się przytulny i ciepły. Wyciągnął nowo zakupiony, duży materac, kanapę przesunął w ciemny kąt, książki też znalazły się pod ścianą. Materac ułożył przy ścianie naprzeciw kominka. Przygotował kupioną pościel i poszewki. Posłanie gotowe, poprzysiągł więcej jej nie tknąć, wbrew jej woli. Zdecydował, że będzie spał na kanapie, co najwyżej jak ona zaśnie, zwali sobie przy niej, ale jej nie tknie.

Dziewczyna obudziła się w wannie, woda była letnia. Wystraszyła się i sprawdziła na swoim ciele, czy to okropieństwo jej się przydarzyło naprawdę, czy to był sen. Okazało się najgorsze, była cała obolała. Dreszcz przeszedł ją po całym ciele, zamarła w bezruchu i myślała o tym, co robić, jak uciec. Nie wiedziała, gdzie jest. W domu nie było żadnej elektroniki, postanowiła z nim porozmawiać, potem oceni sytuację. W starciu siłowym nie ma z nim żadnych szans. Umyła twarz, powycierała się i ubrała w ciuchy, które leżały przy wannie. Jego rozciągnięta dziurawa zielona bluza i czarne spodnie dresowe. Stwierdziła, że nie ma szans, by jakikolwiek facet tknął w takim obleśnym przebraniu kobietę. Wychyliła się niepewnie z łazienki, poczuła przyjemne ciepło na stopach, rękach, wszędzie. Była teraz bardziej odważna, zajrzała do pokoju, był nie do poznania. Zwątpiła w to, czy uda jej się stąd wyjść, wyglądało, jakby nie chciał jej wypuścić. Chciała wyć, ale udało się to powstrzymać, nagle od tylu usłyszała głos.

- Musimy porozmawiać Alice. - przeszedł koło niej, siadając na kanapie. Lustrując jej ubiór, był dumny, że ubrała „jego barwy”, zachęciło go to.

- Chciałem cię przeprosić, za tę sytuację w korytarzu. Nie mogłem się opanować, tak bardzo cię zapragnąłem w tamtej chwili. Myślałem, że kilka lat bycia samemu hamuje pewne impulsy, myliłem się. - mówił szczerze smutnym i poważnym tonem. - Dzwonił do mnie Jeff. Powiedział, że ktoś się włamał do twojego domu. Spokojnie, zaraz dam ci telefon, będziesz mogła zadzwonić, gdzie będziesz chciała. Jeśli chcesz to zgłosić nie będę miał nic prze...

- Jak to do mojego domu?- zmieniła szybko temat. Nie wiedziała, o co mu chodzi, co o tym wszystkim myśleć.

Dalej był zaskoczony tym, jak łatwo można ją odwieść od sytuacji, w której się znajduje. Pomyślał, że jest frywolna i przez chwilę zastanawiał czy nie jest nierozgarnięta.

- Nie kłamałem z tym patrolem, naprawdę wysłałem wóz nieoznakowany, by pilnował Twojego domu. Nie wiem, dlaczego nie ujęli sprawcy. Zresztą proszę, sprawdź- Podał jej swoją komórkę. Dziewczyna nie wiedziała, co ma zrobić. Zgłosić całą tę chorą sytuację na policję? Przecież on pracuje w policji... mógłby wyrządzić jej jeszcze gorszą krzywdę, bała się. Pragnęła stąd wyjść, postanowiła zachowywać się normalnie. Zrobiło jej się go żal, miotały nią sprzeczne uczucia, pomyślała, że jest nienormalna i że on jest taki prawdziwy, w tym, co mówi.

- Witam z tej strony Alice..

- Tak, uprzedzał nas agent Darynski, że pani zadzwoni. Jest pani może z nim teraz? Do pani domu wczoraj było włamanie. Niestety, nie udało się złapać włamywacza, nie sądzimy, żeby atak się powtórzył, ale zaostrzamy obserwację. Gdzie pani była wczoraj w nocy? - Alice poczuła się skonsternowana. Patrzyła głucho na Bosuna i odpowiedziała po chwili zastanowienia, że była u cioci. Po chwili zakończyli rozmowę, poczuła się rozbita. Dokładnie wiedział, czego jej brakuje i zaoferował jej to wszystko, sprawił ból, wiedząc, że ona mu nie odmówi. Odczuła ogromny głód, spojrzała na stół, oddając mu telefon.

Bosun spoglądał na nią jak głodny wilk na posiłek. Pożerał wzrokiem, lecz gdy zerkała w jego stronę, udawał, że patrzy gdzieś indziej.

- Do których rzeczy ze stołu dosypałeś narkotyk? Do wszystkich? - spojrzała nań pytająco. I zaczęła podjadać winogron i inne owoce.

- Nie, nie zamierzam cię już faszerować niczym, nawet sobą. - zamilkł i usiadł na kanapie. Zalała go fala rezygnacji. Nie wiedział co dalej, zaczął z powrotem popadać w swą nicość. A jednak dał się oszukać, trwało to krócej niż ostatnio. Już nic go nie uratuje, jest spisany na straty. Posmutniał, miał ochotę wystawić to wszystko za drzwi, łącznie z nią i strzelić sobie w łeb. Pomyślał, że dawno nie czyścił broni, poderwał się do góry i spojrzał na nią. Ani razu jeszcze nie przeniknęła go wzrokiem tak jak teraz, zatrzymał się. Wymieniali spojrzenia, jakby rozmawiali oczami. Wstała i podeszła do niego, znów przekroczyła swoją bezpieczną strefę. Łypał na nią z góry i resztkami człowieczeństwa modlił się, by nie zrobiła gwałtownego ruchu, jak drapieżnik rzuciłby się na swoją ofiarę. Przez kilkanaście lat samotności, nie wpuszczając nikogo do środka, zapomniał, jak to jest przytulić kogoś, jak to jest rozmawiać z kimś blisko, jakie uczucie towarzyszy temu, gdy ktoś jest obecny w twoim życiu. Zapomniał, teraz działał wyłącznie instynktownie, uczucia i przeróżne emocje gryzły się nawzajem i buzowały po całym jego ciele. Alice zauważyła pobudzenie w jego oczach, bała się go, wiedziała już, że za blisko podeszła. Wyglądał jak wilk, który przy najmniejszym kroku swojej zdobyczy, rzuci się jej do gardła i rozszarpie na strzępy. Bo ktoś zakłócił jego przestrzeń, która od tylu lat spowita jest mgłą, mrokiem i pustką.

- Może się trochę cofnę -rzuciła cicho i nieśmiało. Delikatnie cofnęła o krok, nie spuszczając swojego wzroku, z jego trzaskających teraz iskrami oczu. Uspokajał się, ulżyło jej z lekka. Drugi krok. Zapominając o materacu, zrobiła trzeci, potknęła się i upadła na niego. Wszystko trwało ułamki sekund. Ona upada na materac, on upada na nią. Obwąchuje jak dziki pies jej ciało w swoich ciuchach. Chwyta jej oba nadgarstki i podnosi ręce do góry, drugą ręką masuje jej piersi, które twardnieją, talie, łono... Rozgrzewa ją, pomimo coraz głośniejszych protestów i błagań, dla niego one nic nie znaczą. Jest jego, na jego terytorium, jego łup.

Po zwierzęcym i upadlającym ją stosunku, Bosun wypręża się na materacu i układa do spania. Alice idzie do łazienki, wygląda okropnie. Wargę ma rozciętą, leci z niej krew. Włosy potargane, na szyi i plecach liczne ślady ugryzień i malinek. Zwichnięty nadgarstek, po próbie bronienia się, bardzo bolał, nie mogła nim ruszać. Rozpłakała się, on usłyszawszy to, przyszedł do niej nagi niczym boski Achilles. Opatrzył jej rękę bandażem i usztywniaczem. Przycisnął swoje wargi do jej i spijał z nich krew. Bardzo lubił ten metaliczny smak rdzy i soli. Uśmiechnął się do niej, jego iskry w oczach odbijały się teraz od siebie spokojnie.

- Jutro odwiozę cię do domu Alice. Bardzo dobrze się spisałaś, ale musisz sobie to wszystko przemyśleć, odpocząć. Pamiętaj, że zawsze będę w pobliżu i nie pozwolę nikomu skrzywdzić.

- Oprócz samego siebie. - mruknęła smutno pod nosem.

Spojrzał na nią troskliwie.

- Minie czas, zanim nauczę się od nowa dzielić z kimś życie. Nie jest łatwo wpuścić na swoje terytorium kogoś tak ładnego, tak uroczego i nie pragnąć zrobić mu krzywdy. Odwołam wóz sprzed twego domu, żeby nie zobaczyli cię w takim stanie. Gotowi pomyśleć, że to ja jestem tym jebanym perwersem.

Uchylę ci nieba, jeśli ze mną wytrzymasz... A teraz, muszę czym prędzej spożytkować energie i świeże spojrzenie, które dzięki tobie otrzymałem, od ciebie.. - pocałował ją w czoło i zaczął się pospiesznie ubierać. Wyszedł, nie zabierając kluczy ani komórki. Usłyszała tylko agresywny warkot mustanga, pisk opon i poczuła się samotnie. Stwierdziła, że położy się spać.

Jej podświadomość bez niego czuła się całkowicie bezbronna. Po jego wyjściu, jej mózg wpuścił myśli i obrazy, których w stanie spoczynku nie potrafi racjonalnie przełożyć. Siedziała przy stole. Leżało piękne zielone jabłko, ugryzła je. Na stole był tylko wyryty symbol, który już kiedyś widziała. Był to krwawy kwiatek. Usłyszała szelest. Ktoś przemieszczał się po domu. Kątem oka zobaczyła głowę jelenia na ciele człowieka, szelest. Urywki z tamtej nocy. Ogromna, przeraźliwie ziejąca bestia, była w drugim, ciemnym rogu pokoju. Zamiast oczu miała dwie duże, okrągłe pomarańczowe od żaru dziury. Śmiała się z niej. Alice opanował paniczny strach. Jakiś nienawistny i cicho szepcący głos zdał się jej słyszeć „będziesz następna. Brzydka krowoooo”, psychiczny śmiech ze ścian, ściany spływające krwią. Zobaczyła jakby siebie, w masce krowy na głowie, siedzącą przy stoliku, na którym widnieje ów symbol, na jej plecach też. Na podłogę kapie krew. Zobaczyła siebie z kanapy i zaczęła się unosić, coś jakby przez sen zaczęło ją dusić, nagle opadła. Łapiąc oddech, starała się uspokoić mózg i ciało. Zobaczyła postać, która do niej biegnie. Jest czarna i ponura, postury ludzkiej, jest taka sama jak wszystko tutaj, ale nie chce zrobić jej krzywdy. Migawki, stoi nad nią. Przed oczami ogromne trzaskające iskrami czarne oczy. Dłoń, jej krzyk, usłyszała swoje imię. Otworzyła oczy, ktoś trzymał ją za ramiona.

- Alice! Boże, myślałem, że ty... - Bosun wydawał się dosyć zaniepokojony -nie oddychałaś. Brałaś coś? Jadłaś, co się stało?- Alice mdlała, zanurzając się w materacu -co brałaś!?

- Nic, zjadłam tylko kawałek tego jabłka.

- Jakiego jabłka? Nie kupuje jabłek, bo jestem na nie uczulony. - zrozumiał. To nie na nią ktoś polował. To było coś o wiele gorszego...

8,272
7.59/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 7.59/10 (17 głosy oddane)

Komentarze (4)

Aaaa

Aaaa · 12 września 2017

0
0

Bardzo chce przeczytać kolejną część. Kiedy mogę na nią liczyć?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
pimafucin

pimafucin · Autor · 14 września 2017

0
0

Jak znajdę czas 🙂 Miło mi bardzo

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Aaaa

Aaaa · 17 września 2017

0
0

Już nie mogę się doczekać.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Krystyna

Krystyna · 2 listopada 2017

+1
0

Zaczyna się całkiem poprawnie, ale im dalej, tym błędów jest więcej. Po jednej trzeciej lub przynajmniej połowie tekstu, jest jeden wielki bałagan stylistyczny. Inaczej nie umiem tego nazwać. Potem staje się jakby relacją osoby obłąkanej (?), po trosze z innego świata. I teraz to najtrudniejsze. Wytłumaczenie, aby zostać dobrze zrozumianą. Autor ma swój specyficzny styl narracji, który akurat mi niesamowicie odpowiada. Z drugiej jednak strony opowiadanie zawiera masę błędów, głównie stylistycznych, co powoduje, że nie mogę zagłosować za wypuszczeniem z poczekalni. I tu moja prośba do autora... spróbuj sam, a jeżeli to za trudne, może ktoś mógłby Ci pomóc poprawić tekst. Oszlifować go. Ja nie czuję się na siłach. Podejrzewam, że narzuciłabym swój styl pisania, a to całkowicie zmieniłoby klimat tego opowiadania. Szczerze życzę powodzenia przy przeredagowaniu.
Pozdrawiam Krystyna 🙂

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Opowiadania o podobnej tematyce:

Pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.